carolieen,
No właśnie, radosny, też mam takie wrażenie, a to nie mogła być prawda, przecież psychiatryki, to są miejsca zgrozy nawet w dzisiejszych czasach, a co dopiero gdzieś tam przed naszym obecnym urodzeniem. Albo byłyśmy tak nieświadome otaczającej rzeczywistości, albo może to był psychiatryk dla pacjentów z bardzo bogatych rodzin, gdzie mogłyśmy liczyć na jako takie traktowanie:) Mnie się romansowało z Aamirem zupełnie przyjemnie, chociaż pamiętam, że pilnowałam się, żeby swoje tiki, natręctwa i inne nerwicowe cuda, o których wiem w tym życiu tylko ze słyszenia, trzymać na wodzy, żeby się chłopak nie zniechęcił:P Czasem w ostatniej chwili je powstrzymywałam. Tak jakby nie byłam świadoma choroby i jednocześnie byłam jej świadoma. W tym życiu z braku przestępczych ciągot i braku choroby psychicznej, zamykałam się w domu sama na całe miesiące, czasem nie mając żadnego pretekstu, a czasem znajdowałam wyśmienity. Np. kiedy chorował pies i wymagał 24 godzinnej opieki na dobę, to wróciłam do niego, a mieszkał z moimi rodzicami 500 km ode mnie, nie chodziłam oczywiście do pracy, nie wychodziłam poza podwórko (raz tylko wyszłam na 15 minut do sklepu i jak wróciłam, to spał z głową w misce na wodę, więc mi się odechciało wychodzenia zupełnie). I tak przez całe 9 ostatnich jego miesięcy życia, ciurkiem. Ludzie dookoła lamentowali nad moim losem i prorokowali moje rychłe ześwirowanie, a mnie nie było z powodu zamknięcia kompletnie nic. Jeżeli miałabym ześwirować, to tylko z powodu stanu psa, ale skoro i to przeżyłam (jakoś), znaczy, że mi psychiatryk w tym życiu niegroźny:)