Hej

Jak do końca odreagować karmę z Atlantydy ?
Wychodzą mi obciążenia, bardzo ciężkie i silnie związane z Atlantydą. Z tego co mi się aktualnie przypomina największym skurwie*** jakim byłem po przez różne wcielenia to właśnie na Atlantydzie.
Makabra jeżeli chodzi o niskie wibracje.
Mam bardzo mieszane i porąbane odczucia związane z tym okresem czasu. Mam silne poczucie winy i odczucie, że osiągnąłem wtedy głębokie dno jeżeli chodzi o poziom wibracji. Bycie zwyrodnialcem level hard. I z drugiej strony mam poczucie, dużej fascynacji całym tym klimatem, przynależnością do "elity złych". Przez to też mam spory problem odpuścić do końca obciążenia z SS - ten sam klimat, podobna ekipa.
A i mi nie żal jest, Atlantydy materialnej - nienawidziłem jej. Co prawda sam rozpier*** Atlantydy bardzo mojej pś się podobał.
Mi szkoda, tej astralnej Atlantydy, miałem w niej siedzieć wiecznie, a tu buła…

Na Atlantydzie byłem czymś w rodzaju czarnego maga/ kapłana. Chyba średnio wysokiego szczebla. Wydaję mi się, że „pracowałem” incognito. Inicjowałem „bateryjki” i kolejnych inicjatorów „bateryjek”. Wiedziałem, że to co się wmawia innym, to bzdury, że bateryjki mają nam służyć do tego, żeby można było siedzieć w astralu wieczność. Byłem też odpowiedzialny za masowe mordy na Atlantydzie, pod koniec jej istnienia. Działałem jako „szara eminencja” – nikt nie miał się domyśleć, że jestem za to odpowiedzialny. W ogóle, „mnie nie było na Atlantydzie”

Pilnowałem wykonania misji tych, którzy oficjalnie mieli być za to wszystko odpowiedzialni –stanowili oni coś w rodzaju „mięsa armatniego”, „tarczy” na którą mają iść wszystkie ataki energetyczne. Ofiary miały ich zapamiętać jako oprawców i w razie czego mścić się karmicznie na nich. Ja i moi współpracownicy mieliśmy być „czyści”. Wiem, że dochodziło też do tego, że z astralu opętywałem „oficjalnych oprawców” ze swoją ekipą – by ich dopilnować. Podobnie robiłem w czasie drugiej wojny światowej z SS.
Byłem mistrzem jeżeli chodzi o jak najbardziej skomplikowane manipulacje( przynajmniej tak mi się wydawało). Szczególnie podobał mi się pomysł, żeby zmanipulować tak swoim umysłem, żeby nie zorientować się jakim manipulatorem jestem i żeby nie dostrzegać, że coś złego robiłem. Uwielbiałem zakładać, manipulacje na manipulację, hipnozę na hipnozę. I najlepsze, że to było tak skuteczne, że święcie wierzyłem w to co sam sobie wkręciłem. A później jak dostawałem spłatę karmiczną, to byłem taki zdziwioooony, że mnie "niewinnego" ktoś krzywdzi

Wiem, że w późniejszym okresie w pewnym momencie przez tego rodzaju „zabawy” – nie widziałem kim jestem, po co żyje i która moja osobowość jest prawdziwa. Pozostał mi po tym, też silny „lęk”, że jak odliczę i puszczę wszystkie wzorce/ wyobrażenia/ zaślepienia to nic ze mnie nie zostanie, bo nie ma „mnie” prawdziwego. Także… świetny wzorzec jak ktoś chcę wylądować w psychiatryku…
Jako czarny mag byłem bezlitosnym psychopatą. Na Atlantydzie miałem jeszcze dużo mocy. Później jako mag to już raczej same porażki lub urojeniowe sukcesy… Co zauważam w porównaniu z obciążeniami czarno tantrycznymi i satanistycznymi ? Na Atlantydzie nie byłem tak „szalony”, impulsywny. Działałem bardziej przemyślanie, z dużą większą precyzją. To co się działo na Atlantydzie było zaplanowane. Byłem „spokojny”, zdyscyplinowany i bardzo cierpliwy. Nie atakowałem jak Assur na lewo i prawo z całą mocą, jak pojawiał się najmniejsza prowokacja. Zimno kalkulowałem, jak sytuacja była naprawdę ciężka, to wpadałem w potężny „kontrolowany szał” i atakowałem energetycznie. Wiedziałem jak energia jest cenna. Wydaję, mi się, że dobrze sobie radziłem w astralu. Zresztą wtedy byłem przekonany, że jestem strzygą .
Moja silna fascynacja Atlantydą związana jest chyba przede wszystkim z tym, że tam byłem „kimś”. Że miałem dużo mocy. I że wszystko mi się udawało, że wszystko szło po mojej myśli, według mojego planu.
Czy ktoś ma podobne wspomnienia z Atlantydy ?
Pamięta ktoś jak wyglądały masowe mordy na Atlantydzie ?
Czy ktoś odreagował sobie do końca bycie magiem/ kapłanem na Atlantydzie ?