Nie bardzo wiem w jakim wątku napisać dalszy ciąg moich doświadczeń na Jasnej Górze w Częstochowie. W pewnym sensie pasuje to trochę do tematu Atlantydy. W tej historii również chodzi o stworzoną strukturę z wielu istot i ich energii. Najpierw zamieszczę tutaj to co pisałem w innym wątku na ten temat w zeszłym roku:
"Od dawna intrygowało mnie co tak naprawdę kryje się za cudownymi relikwiami takimi jak obraz MBJ. Kilka lat temu przy obrazie poczułem, że jest w tym miejscu jakaś istota, którą na swój użytek nazwałem "strażnikiem obrazu". Nie byłem wówczas zdolny do większego przekazu. Ostatnio, podczas powrotnej podróży z Krakowa, zatrzymaliśmy się z żoną w Częstochowie. Oczywiście "zaliczyliśmy" zabytki itp., jednak moim jedynym celem było "porozmawianie" z "strażnikiem obrazu". Nie było to łatwe, bo był 3 maja i w katedrze odbywała się msza za mszą. Jednak obraz można było obchodzić tradycyjnie, od tyłu. Posuwając się na stojąco wśród wędrujących po kolanach pielgrzymów, mogłem podejść pod sam obraz i poczuć silne wibracje, niemal słyszalne fizycznymi zmysłami. Potem wypytałem "strażnika" o to kim jest i o co w tym wszystkim chodzi. To była zresztą wymiana informacji, gdyż potem pozwoliłem mu odczytać wszystkie informacje o sobie do jakich uzyskał dostęp.
"Strażnik obrazu" okazał się istotą połączoną z wieloma mu podobnymi na wysokim poziomie astralnym. Istoty te nie mają nic wspólnego z astralem katolickim czy jakimkolwiek innym, religijnym. Tworzą coś jakby boga energetycznego, a zasilają się poprzez energię modlitw ludzi religijnych. Nie interesuje ich ideologia, to jak dana religia powstała. Bez znaczenia są dla nich historie o człowieku powieszonym na krzyżu, czy o walecznym wielbicielu Allacha, albo przebudzonym hindusie z rodu Sakjów. Pojawiają się wszędzie tam, gdzie ludzie gromadzą się i generują energię zdolną do zasilenia ich tworu. Nie manipulują wiernymi, nikogo nie opętują, niczego nie wymuszają, z nikim się nie komunikują w celu niesienia jakichś przekazów typu objawienia itp. Jeśli trafi się ktoś otwarty na zmiany, to pomagają mu wspomagając zgromadzoną energią. Przekaz "strażnika" był jasny. Poza nimi (a raczej chyba poza ich sferą) nie ma niczego, żadnego boga do jakiego ludzie wznoszą modły. Nie było w tym przekazie nawet nuty chęci nawracania mnie czy czegoś podobnego. Po prostu stwierdzenie tego co jest ich rzeczywistością."
A teraz dalszy ciąg historii.
Na wstępie dodam to czego chyba nie miałem odwagi napisać poprzednim razem. Podczas gdy pozwalałem tym istotom "czytać" we mnie okazało się, że i ja kiedyś uczestniczyłem w tym "projekcie". Kiedyś w jednej z sesji regresingu przypomniałem sobie jak brałem udział w tworzeniu czegoś co nazwałem "alternatywnym bogiem". Chodzi o to, że zapamiętałem tamten okres swojego istnienia jako działanie w opozycji do prawdziwego Boga. Było to połączenie wielu istot, gdzie dochodziło do różnych starć i napięć między poszczególnymi członkami tego "stowarzyszenia". Porzuciłem tę grupę rozczarowany brakiem harmonii i brakiem spełnienia moich oczekiwań. Przynajmniej tak to zapamiętałem. Jak się okazało w Częstochowie, rzeczywistość była nieco inna.
1 maja tego roku znowu odwiedziłem Jasną Górę. Ciągnęło mnie tam coś nieuzdrowionego w tym temacie. Oficjalnie jechałem, żeby wykorzystać moc tych istot do uzdrowienia pewnej dolegliwości fizycznej. Gdy stanąłem w miejscu mocy zostałem powitany bardzo życzliwie przez istoty o których piszę. Ale nie dochodziło do uzdrowienia, a nawet okazało się, że "moc" nie bardzo wie po co tu przyjechałem. W pewnym momencie oni zrozumieli, ja uświadomiłem sobie dopiero po chwili. Gdzieś w mojej pś tkwiło jakieś poczucie winy i chyba żalu za to, że opuściłem grupę z negatywnymi emocjami.
I poczułem ze strony istot coś jakby życzliwe pożegnanie. Dały mi do zrozumienia, że absolutnie nikt nie ma do mnie żalu za moją decyzję. To wolna grupa i każdy może decydować o sobie. Wszyscy uczestnicy tworzą ten projekt absolutnie z własnej i nieprzymuszonej woli. Jeśli ja wówczas odbierałem to inaczej, była to tylko moja wewnętrzna presja i rozpaczliwa próba "odnalezienia się" po pierwszym upadku.
W znakomitym nastroju, chociaż z lekkim niedosytem wyszedłem z kaplicy.
Wieczorem razem z żoną znowu poszliśmy na Jasną Górę. Uparcie chciałem uzdrowić swoją fizyczną dolegliwość. I znowu "moc" nie bardzo rozumiała po co się pojawiłem. I wówczas ja uświadomiłem sobie, że w tej sferze istnienia odczytują oni tylko to co mocno emanuje z naszego wnętrza. Nie odczytują oni naszych świadomych myśli i celów. Aby zostać uzdrowionym trzeba nie tylko otwarcia, ale też niezłej determinacji i poczucia zasługiwania na uzdrowienia. Mnie zabrakło determinacji. W końcu dolegliwość ta nie daje mi się aż tak mocno we znaki i sądzę, że przez ćwiczenia rytuałów tybetańskich z biegiem lat pozbędę się jej.
W tym momencie poszedłem w innym kierunku. Spytałem, czy mogę im "zrzucić" moje niektóre obciążenia w pś. "Usłyszałem" coś w rodzaju: "jasne, dawaj" wypowiedziane z dużą życzliwością. Poczułem jak schodzi ze mnie to co nagromadziło się w pś podczas pracy z afirmacjami. To było jak sesja regresingu.
Po wyjściu z kaplicy żona przyznała mi się, że w pewnym momencie poczuła niezwykłą ulgę i zeszły z niej wszystkie negatywne emocje. A to akurat mnie nie zdziwiło
