Ola, Lynd

Ja w ogóle też zwróciłem uwagę, że sporo osób, nie wszyscy oczywiście, ale jednak dość istotna część rozwojowiczów z naszego regresingowego potrafi ludzi tak wrzucać do różnych kategorii z powodu rozwoju. I tak już słyszałem, że np. jedzący mięso to się w ogóle do rozwojowiczów nie zaliczają (albo przynajmniej krzywe spojrzenia jakby ktoś wielce grzeszył) albo też w drugą stronę - wybielanie wszystkich, którzy siedzą w środowisku, bo jak ktoś się tym zajmuje to musi być świetny i w ogóle. I wielkie zdziwienie że ktoś mógł się zajmować regresingiem kilkanaście lat, a mimo to mieć ostro nasrane w głowie - jakby samo stosowanie technik miało już cudowną moc

Wiele osób w swym uduchowieniu potrafi oceniać innych ludzi na podstawie tego co jedzą czy jak się ubierają. Jakie to duchowe...
Generalnie powiedziałbym że jest dość klasycznie aniołkowo czyli po prostu mnóstwo odfruniętych, oderwanych od materialnego życia ludzi kręcących się głównie we własnym towarzystwie i bojących się ludzi "z zewnątrz". Jest ślicznie, kolorowo, tak duchowo bardzo, ale jak przychodzi co do czego to się okazuje, że po kilkunastu latach rozwoju że dzieciństwo ruszone tylko powierzchownie, że w związkach polepszyło się na zasadzie odcięcia się tylko od syfu i stworzenia sobie bezpiecznej klatki rozwojowego towarzystwa, praca męczy i nie satysfakcjonuje, itd.
Ja tutaj nie idę w drugą skrajność i nie wypinam się na metody i ludzi, bo wciąż to cenię i zamierzam korzystać zarówno z poznanych technik, jak i poznawać kolejnych wartościowych ludzi, którzy też przecież tutaj nie brakuje. Uważam tylko, że powstało tu dla wielu dość sterylne, sztuczne środowisko w którym można się czuć fajnie, ale to jest tylko złota klatka. Bo świat ma dużo więcej do zaoferowania, a nie wszyscy mają odwagę skorzystać, niektórzy wręcz się brzydzą ze swoim wciąż nieuzdrowionym stosunkiem do materii i pogardą do wszystkiego co "nieduchowe". A potem się spotykają tacy i nie potrafią nawijać o niczym innym jak rozwoju i wszystkim co z nim związane, jakby innych tematów już nie było.
A przecież chodzi o to, że mamy korzystać z tego co przesiąknięte jest Boskością, a nie duchowością, a to jest ogromna różnica! Moja partnerka więc nie musi siedzieć po uszy w duchowych klimatach, wystarczy że jest szczerze zakochana we mnie po uszy, a ta miłość się z niej wylewa na każdym kroku

A ja się też przy niej uczę odnajdywać Boskość w tym, co nie jest typowo duchowe i to jest cudowne. Ja miałem zawsze mocno nasrane w kwestiach stosunku do materii, dużo pogardy i niechęci, a przy mojej ukochanej to się zmienia w bardzo szybkim tempie. Choćby właśnie w kwestii zwierząt. Ja miałem w pś pogardę do ludzi jako niższych form życia, a tym bardziej zwierząt, które totalnie olewałem jako niewarte jakiejkolwiek uwagi. A teraz odkrywam tyle cudowności i przejawów Boga w tych kwestiach, że to się w głowie nie mieści. Więcej mi dała wspólna zabawa z jej szczurkami, niż jakaś tam np. wspólna praktyka oddechowa.
Dla mnie praktyki duchowe to tylko narzędzie, nie potrzebuje dzielić tego z drugą osobą. Wystarczy mi, że mogę potem się podzielić efektami tego i jestem z tym rozumiany i akceptowany (a jestem

). Wyrywam się z klatki wyobrażeń o tym, że praktyki duchowe stanowią wartość nadrzędną w rozwoju i stanowią o jego wartości - dla mnie jest to coś ważnego do uświadomienia, czego potrzebowałem.
A nie wywala wam nienawiść i inne ciężkie emocje?
Cięższe emocje, jakie wywalały nam to głównie uderzały w siebie samych, niż siebie nawzajem. Zdarzyło mi się czuć trochę nienawiści do samego siebie, ale nawet nie były bliski tego, żeby czuć to do partnerki. Czasami zdarzyło się trochę wkurzenia i frustracji, a my generalnie wszystko mówiliśmy sobie wprost i razem nad tym pracowaliśmy. Nie zawsze wszystko wyszło od razu, szczególnie że wpierw trzeba było się przyznać przed sobą, ale ogólnie bardzo szybko się na siebie otworzyliśmy i dawaliśmy sobie mnóstwo wsparcia i akceptacji dla wywałek. Przede wszystkim nie traktowaliśmy ich śmiertelnie poważnie, ja już zresztą kiedyś pisałem, że jak będę miał związek z kimś kto ma podobny stosunek do tego jak ja, to będzie dobrze. I tak jest

Zdarzyła się jedna większa wywałka, gdzie zdenerwowaliśmy się oboje na tyle, aby wyrzucić na siebie nieco złości, ale bardzo szybko skończyło się tym, że oboje stwierdziliśmy że my przecież nie chcemy tak do siebie mówić, bo za bardzo się kochamy, więc zaraz płakaliśmy, przepraszaliśmy się i mówiliśmy sobie bardzo ciepłe i miłe rzeczy

A nawet nie zdążyliśmy się pokłócić, ani nic. Zresztą ogólnie mi się ani razu nie kłóciliśmy, zdarzały się dosyć emocjonalne rozmowy, ale pokłócić się nie udało, nawet jak się jakieś prowokacje pojawiły, szczególnie że z reguły jedna strona zachowywała więcej przytomności i wspierała tą drugą w poradzeniu sobie z wywałkami, zamiast się koncentrować na tylko na swoich "krzywdach"

Na ten moment już raczej się nie zdarza, żeby swoje emocjonalne wywałki wywalać na siebie nawzajem. Po prostu otwarcie rozmawiamy o tym co czujemy i nie traktujemy tego personalnie, bo wiadomo że emocje i obawy nie są logiczne i przede wszystkim nie wynikają z tego, jaka ta osoba jest naprawdę - więc czemu by je traktować śmiertelnie poważnie? U nas to normalne, że rozmawiamy o wszystkim o czym chcemy porozmawiać i nikt się o nic nie obraża. Dajemy sobie tyle wsparcia i zrozumienia, że naprawdę nie ma problemu żeby wyrazić najgłupsze nawet obawy. Wprost padają sformułowania w stylu "boję się, że mógłbyś mnie zostawić dla innej, bo..." "boję się, że w takiej sytuacji mogłabyś mnie zostawić i...", "źle się poczułem kiedy powiedziałaś/eś...", "w sytuacji X miałem poważne wątpliwości odnośnie Y", itp, itd. Nie ma tematów tabu, nie ma duszonych w sobie uczuć. Obije jesteśmy niesamowicie zachwyceni tym, że możemy ze sobą rozmawiać dosłownie o wszystkim, że możemy wyjawiać wszelkie swoje wątpliwości, a nawet rzeczy wstydliwe i głupie. A wychodziły naprawdę różne rzeczy i to takie, że nawet nie będę ich pisał na publicznym forum

My się nie kochamy tylko jak jest różowo i sweetaśnie, ale cały czas. A to oznacza, że nie boimy się swoich wywalankowych stanów i je w pełni akceptujemy. Bo czemu miałbym nie akceptować, że partnerka się wkurza o coś bez sensu, jeśli mi się też zdarzy wkurzyć o coś bez sensu? Jesteśmy ludźmi i to normalne, że nam czasem wywala i robimy bądź mówimy rzeczy, których potem żałujemy. A my i tak sobie twardo okazujemy mnóstwo miłości niezależnie od tego, co by się nie działo z tą drugą osobą, bo po co być krytycznym rodzicem, skoro można być kochającym partnerem?

A to jest takie cudowne, bo ja nigdy przenigdy nie czułem się tak totalnie i w całości akceptowany przez nikogo, a tutaj to dostaje w 100% i jest mi z tym niesamowicie wspaniale
