Muszka jestem na tym samym etapie w związku my mamy Marysię 6 lat, która kocha ojca.
Mój mąż to człowiek pełen gniewu, powody bywają różne za mało dla niego mam uwagi, troski, wszystko mam gdzieś, mam jechać na szkolenie z pracy na 3 dni, wywala mu wtedy brak zaufania, w domu atmosfera lodowata bo koszula niewyprana, bo wróciłam 20 min za późno, bo mam pewnie gdzieś rodzinę, no i żeby to wszystko przeżyć biedak musi się wieczorem i w weekend napić.
Wszystkie trudności tego małżeństwa wykorzystałam od początku do swego samorozwoju i póki co robię to nadal, jeszcze nie wiem czego chcę, moja samoocena jest nadal słabiutka i co gorsze daje sobie często wmówić że to moja wina, wtedy odpuszczam, tłumaczę sobie jeszcze nie teraz jeszcze nie mam na tyle siły żeby odejść i zmierzyć się z tego konsekwencjami.
I tak sobie cierpię i dalej jestem czyjąś ofiarą, czasami dostrzegam światło w tunelu a prowadzi ono w tylko jednym kierunku, do wewnątrz mnie, tam jest radosny spokój, szczęście i spełnienie, poczucie własnej wartości, bezpieczeństwa, poczucie że jestem w porządku wobec siebie i całego świata.
Wiem że decyzje trzeba podejmować z ich konsekwencjami a słuszne decyzje podejmę wtedy kiedy będę wiedzieć czego chcę. Rozumiem że trzeba kochać siebie, akceptować siebie, szanować siebie a nasze doświadczenia z mężami skłaniają nas ku pracy nad sobą i "zmuszają" często do poddania tego wszystkiego Bogu, bo same często nie jesteśmy w stanie sobie ze wszystkim poradzić.