Dziękuję wszystkim :-) Pewne podpowiedzi są ciekawe. Zacznę od początku

Iustitia "nie wiem, jak wyglądaly u Ciebie relacje rodzinne, ale gdzieś tam w konstelacjach bylo sporawo płaczu /do tej pory masz ten płacz w oczach/ i Twojej bezsilności ze względu na podtext przecież to rodzina czyli jedyne sprawdzone dobro."
- To mi przypomniało, że faktycznie nie czułam się bezpiecznie, ani nie czułam pełnego oparcia w rodzinie - choć bardziej to były moje schizy niż coś realnego tzn. ja sama nie mówiłam rodzicom o pewnych rzeczach, np.: o sytuacji w szkole czy wśród rówieśników... bo bałam się, że będą mną pogardzać. I to mimo że realnie nie dawali takich podstaw. Czyli faktycznie mieścił tu się lęk przed przyznaniem się do słabości, ze sobie z czymś nie radze (tu: na niwie społeczno-równieśniczej). I to było głównie źródłem płaczu wtedy.
Możliwe, ze mimo iż bardzo dużo uzdrowiłam, to pewne rzeczy we mnie stamtąd tkwią. Głównie lek przed życiem-nie życiem - na uboczu, w samotności. To jest tez lęk karmiczny, który nadal powoduje u mnie czasem ataki żalu. Zatem "płacz" dobrze utrafiony.
" Ewidentnie wychodzi, że to jest ten hamulec-że dla Ciebie relacja to pozwolenie, żeby w końcu wyszedl z faceta ktoś przez kogo się placze i sytuacje, że ktoś musi być bezsilny."
- w tym przypadku myślę, ze kiedyś przynajmniej nie chodziło tylko o facetów, tylko ogólnie ludzi. Może gdzieś jeszcze coś we mnie tkwi w tym temacie, choć wydawało mi się, ze uzdrowiłam to w większości.
Przychodzą zazwyczaj półrozwojowcy

to nie jest tak, ze jest zupełna posucha, ale nie ma też realnego spełnienia, ani konkretnych podstaw do tego w tych relacjach.
"bezsilnośc nieuzdrowiona dalej sprawia, że im więcej w Tobie sily tym wiecej faceci nie wiedzą co mają zrobić jeśli nie chcą rezygnowac z wlasnej sily przy Tobie"
Iustitia, to jest ciekawa uwaga - tylko nie wiem, czy dobrze ją rozumiem. Masz na myśli, ze to, iż czasem jeszcze czuję się bezsilna, mimo że generalnie jestem dość samodzielna, sprawia że mężczyźni nie czują się przy mnie pewnie?