Leszku
od lat zajmowania się rozwojem i medytacjami ( ze zmiennym zapałem:) stoję na rozdrożu dwóch głównych "rodzajów" medytacji:
1.wynikająca głównie z nauk OSHO i sprowadzających się w rezultacie do obserwowania,bycia świadkiem wszystkiego co we mnie zachodzi bez oceniania i utożsamiania się z tym, po prostu obserwowania, vipasany
2. wpisywania w podświadomość pozytywów, czyli medytacje w których "czuję afirmację" , nawet nie powtarzam w myslach a staram się czuć te afirmację w połączeniu z głebokim relaksem i wizualizacjami
...
szczególnie ważna jest dla mnie sytuacja którą z tych dróg wybrac podczas normalnych codziennych zajęć jak np. spaceruje i nie chcę tracic czasu to czy wtedy raczej skupić się na czystej obserwacji bez oceniania czy na afirmowaniu ( czuciu) pozytywów,
Mialem takie dylematy na początku więc napiszę, jak to było u mnie.
Wielu mistrzów duchowych z tradycji Wschodu bardzo pięknie pisze o świadomości, o byciu uważnym, o byciu tu i teraz bez oceniania, analizowania, kontrolowania bez lgnięcia do pozytywnych czy negatywnych stanów umysłu - wystarczy czysta świadomość.
Czy taka świadomość, obserwacja swojego umysłu jest panaceum na wszystkie problemy współczesnego człowieka?
Zachęcony takimi słowami zacząłem praktykę duchową. Wszystko byłoby dobrze gdyby nie silne obciążenia w podświadomości. Zaczęły mi więc wychodzić ciężkie wzorce z podświadomości, nerwice, lęki, bóle...
Zacząłem się bardziej starać i wywierać na siebie jeszcze większą presję; zmuszać się do uważności, co powodowało jeszcze większe problemy. Wkurzałem się na siebie, że za mało pracuję, że mi nie idzie, że się rozpraszam. Była to dla mnie ślepa uliczka.
W moim przypadku, tak trudnym, medytacja bierna o jakiej piszę nie była skuteczna a to dlatego, że świadomość mi się szybko rozszerzała i coraz bardziej i mocniej odczuwałem to, co we mnie siedzi: ból, lęki, niepokoje, zmartwienia, stres itd.
W poczuciu bezradności zacząłem pracować nad uwalnianiem obciążeń a później przeprogramowaniem podświadomości, czyli jak to nazywasz robiłem medytacje czynne.
Teraz z perspektywy czasu wiem, że ta pierwsza droga jest skuteczna, ale trzeba być już na odpowiednim poziomie, a jeśli już na niskim to trzeba ją łączyć z oczyszczaniem podświadomości, uczeniem się nowych nawyków, budowaniem nowych, pozytywnych programów funkcjonowania.
Właśnie taki sposób zalecam, łączenie tych dwóch medytacji. Oczywiście wszystko bez presji wobec siebie, że muszę być świadomy, bo to prowadzi do nerwicy. Pełny luz, tylko bardzo łagodna zachęta, żeby być świadomym.
Te dwa sposoby pracy można łączyć, wtedy są efekty.
Teraz wiem, że na przykład taka szeroko zalecana przez wschodnich mistrzów vipassana jest bardzo zaawansowaną praktyką duchową, a nie praktyką dla człowieka wziętego z ulicy, czy nawet na początku drogi. Choć wszystko też zależy ile czasu sie poświęca na praktykę. Na początek na powinno być kilka-kilkanaście minut dziennie.