Sport to przede wszystkim rywalizacja. Ma ona sens gdy stawka w grze jest wyrównana, tzn. rywale reprezentują równy poziom. Jeśli pojawi się ktoś o klasę lub dwie lepszy, zawody stają się trochę dziwne. Pół biedy, kiedy wiadomo jest z góry, że taki zawodnik w konkursie się pojawi. Można wtedy postawić sobie inne cele niż wygrana. Kiedy jednak taki zawodnik pojawia się nagle, jak Filip z konopi dochodzi nieraz do komicznych sytuacji.
Mój siostrzeniec od dawna uprawia skok wzwyż. I jest w swojej grupie wiekowej w czołówce krajowej. Obecnie chodzi do liceum. Zwykle startuje w mityngach i zawodach jako reprezentant swojego klubu. W tym roku ktoś w jego szkole wpadł na pomysł żeby posłać go na licealiadę.
Zawody skoku wzwyż rozpoczęte. Trwa zacięta walka. Pokonywane są kolejne wysokości: 1,50 m, 1,55, 1,60, 1,65. Przy 1,70 konkurs właściwie się kończy. Tymczasem siostrzeniec cały czas tylko rozgrzewa się na boku i nikt nie zdaje sobie nawet sprawy, że on również zgłoszony jest do konkursu. Przy wysokości 1,75 zostaje już tylko jeden. Po zaliczeniu tej wysokości skacze z radości. Opiekun dzwoni i informuje kogoś-tam o sukcesie swojego podopiecznego. „Zwycięzca” podchodzi do sędziego i prosi o poniesienie poprzeczki o 3 cm, aby mógł pobić swój rekord życiowy. Sędzia na to, że może podnieć ale tylko o 5 cm. Pada pytanie: dlaczego? Odpowiedź: „bo do konkursu zgłoszony jest jeszcze jeden, który zacznie skakać dopiero powyżej 1,80”. Można sobie wyobrazić jak wielka konsternacja zapanowała wśród grupy otaczającej lidera konkursu. Siostrzeniec natomiast samotnie oddal 3 skoki (1,85; 1,95 i 2,05) i bez specjalnej satysfakcji odebrał złoty medal.