W tym temacie, poszukiwanie poprzednich wcieleń, chcę coś napisać. Bo chyba coś konkretnie znalazłam.
I czuję, że muszę to napisać

Leszek wspomniał, że najkrótszy okres miedzy wcieleniami to 12 m-cy + 9 m-cy na ciążę.
Otóż, do ubiegłego roku, sądziłam, że w moim ostatnim wcieleniu zostałam podczas wojny skazana ( oskarżona pod wpływem intrygi, donosu, skazana i zamordowana - chyba w obozie w Niemczech ). Osoby "intrygująco/skazujące" to istoty z mojej obecnej pracy

Karma - musi być oczyszczona . Mniejsza z tym.
Więc myślałam dotąd, że to właśnie TO było moje poprzednie wcielenie.
Kiedyś, kiedy jeździłam intensywnie na warsztaty regresingu, dość spontanicznie i jakby nie na temat ( co znaczy, że jeszcze wtedy nie miałam tego przerabiać, to nie był ten czas ), przypominałam sobie , że jeszcze się w międzyczasie rodziłam i umierałam jako dziecko. Ale nie traktowałam tego serio, bo myślałam, że podpinam się pod wspomnienia rodzinne, miałam rodzeństwo, które zmarło.
Dopiero w zeszłym roku dowiedziałam się, że to JA jeszcze dwa razy "zdążyłam nawrócić"

)
Otóż gdy byłam dzieckiem, to latem do moich obowiązków należało pójście na cmentarz i dbanie o kwiatki na grobach mojego braciszka i siostrzyczki. Grabiłam, podlewałam te kwiatki. Siadałam sobie obok i coś tam "do nich" mówiłam. Głównie, że szkoda, że umarli, bo miałabym rodzeństwo i miałabym z kim sie bawić.( Mam brata ale on jest starszy ode mnie 9 lat i nigdy za bardzo więzi miedzy nami nie było)
Ale specjalnego smutku nie czułam wtedy.
Czyli zarówno braciszek jak i siostrzyczka - to byłam ja !
To był szok. Ale jednocześnie ulga

Coś pojaśniało.
A co do tego czasu jaki jest potrzebny między inkarnacjami.
Mam dokumenty rodzinne, tzw "Książkę rodzinną", pamiątka po moich rodzicach ( tu chciałam napisać "nieżyjących rodzicach" - ale to mijałoby się z prawdą. Wiem, że żyją

).
I tam jest napisane, że braciszek zmarł 23 lutego ( żył 20 dni ), a siostrzyczka urodziła się 1 listopada następnego roku ( żyła pół roku ).
Między lutym - smiercią a listopadem - narodzinami następnego roku mija - 12 m-cy + 9.
Szybko poszło . Na styk wręcz
Dzieci umierały bo widać ewidentnie bały się tego wcielenia.
Co do mnie bezposrednio.
Gdy juz mama zaszła ze mną w ciążę, to będąc w jej połowie, dźwignęła miskę z mokrym praniem. Ciężkie to było, więc dostała potężnej przepukliny. Lekarz jej powiedział, że albo mnie usunie i będzie żyć, albo zaryzykuje urodzenie mnie i może umrzeć.
Wybrała naturalnie to drugie.
Tak, że zaczęło się coś takiego.
"Lepiej ty żyj - ja sobie umrę. Nie żyj ty mamo, ja jeszcze się przecież nawet nie urodziłam". Itd, itp. Dziwna i okropna sprawa.
( na regresingu wielokrotnie odreagowywałam medytację wymiany - dosłownie prawie co sesję. Brud nazbierany, że szok ! Nawet teraz, a właściwie do niedawna, gdy kogoś dajmy na to pomasowałam, np bratową bolał bark - pomasowałam i ... ledwo do domu doszłam ! A ona mi dzwoni szcęśliwa, że jaka ulga ! Przestało boleć
A ile ludzi mi się wyżalało ! . Ludzie czasem traktują drugiego człowieka jak odkurzacz na swoje brudy !
No ale z tym moim urodzeniem - zdarzył się cud.
Mama przeżyła. Urodziłam się całkiem normalnie. W domu - odebrał mnie tata . Z położną w tle

Pamiętam jego mocne, męskie dłonie. Takie "pewne", "stabil"

Tylko ... No własnie. Przez pół ciąży obie żyłyśmy ze śmiercią na ramieniu. Wibracja śmierci.
Zaważyło na dalszym życiu.
Nie od razu wyszło. Dużo później.
Podsumowując.
Człowieczek taki czasem odważnie się decyduje. Mówi sobie "No to idę. Już czas . Trzeba się zmierzyć"
Ale potem "wymięka". I im bardziej ku wyjściu, tym większe przerażenie go ogarnia. Bo wie ...
I może jest czasem taka szansa, opcja, ze kiedy urodzi sie w trochę innej konfiguracji, ciut ciut innej, na przykład jedno z rodziców bedzie "lepszym wariantem", albo polepszy sie sytuacja polityczna, finansowa. Czy coś
Nie twierdzę, że totalnie.
Ciut, odrobinkę. Z małymi modyfikacjami.
To może zmierzy sie ze swoja karmą w bardziej komfortowych warunkach ?

Bo może dziecko chce się spotkać tylko z jednym z rodziców, bo albo maja wspólną karmę albo wie, że to właśnie ten rodzic, pomoże mu mimo wszystko.
A tu, jeżeli tenże rodzic tkwi w jednej, relacji no to nie ma wyboru.
I czas się wcielać. Tylko potem okazuje się, że coś ten drugi rodzic jest albo zły, albo w ogóle nieistotny. Nie ma więzi.
I czasem jest tak, że po poczęciu rodzice sie rozstają. Nic np ojca do dziecka nie ciagnie. Bo nie maja "wspólnych tematów"

Są z innych bajek.