W moim przypadku nie chodzi o pępowinę, moja mama jest bardzo szczęśliwa z tego , że się usamodzielniłam, że w końcu wyprowadziłam się z domu, że sobie radzę i układam życie. Wiem, że szczerze cieszy się moim szczęściem. Widzę to, że jest ze mnie dumna kiedy przejawiam jakieś oznaki kobiecości, ale ja mimo to czuję blokadę, by poczuć się z tym w pełni w porządku. I dlatego czuję, że to ze mną jest coś nie tak. Wiem że ona by mnie z tą kobiecością i poczuciem pewności siebie zaakceptowała i cieszyła się z tego, to ja z jakiegoś powodu nie chcę przy niej tego okazywać.
Ona godzi się na to, że mieszka z ojcem i bratem i nie trzyma mnie przy sobie na siłę. Nie musimy być ze sobą w stałym kontakcie, bardzo rzadko do siebie dzwonimy, teraz na przykład zadzwoniłam po dłuższym czasie tylko w sprawie noclegu i każda rozmowa, nawet taka, jest pełna miłości i pozbawiona jakichkolwiek pretensji, czy braków, że za mało rozmawiamy, bo dla nas to nie jest za mało. To jest naprawdę cudowne. Gdyby była ode mnie zależna, albo nie godziła się z tym, że mnie z nią fizycznie nie ma to by do mnie dzwoniła non stop i emocjonowała się, sugerując żebym wróciła. Ona nie chce żebym wracała do domu, chce mojego szczęścia, ale wcale nie kosztem swojego. Jej szczęście daje to, że byłam w stanie się wyrwać z toksycznego domu. Ja widocznie jestem tą która się nie godzi z tym, że mama tam została, że ona nie potrafi się z tego wyrwać. Wiem, że to jej decyzja, ale widocznie nie mogę się z tym pogodzić.
Chyba dalej czuję się za nią odpowiedzialna, będąc przy tym kimś kim nie jestem, czyli tą małą dziewczynką (nie wiem dlaczego przybrało to taką formę). Hm… Może mając dalej te wzorce ratowania mamy, jako dorosła kobieta nie czuję się dostatecznie silna żeby jej pomóc i ją przekonać do zmian, więc moja pś jedyne słuszne wyjście widzi w tym, że będę dalej tą małą kochaną, niewinną córeczką, która rozświetlała mamie życie i która jest nadzieją na to, że gdy dorośnie wyciągnie ją z tego bagna. Może boję się że, że gdy na jej oczach stanę się pewną siebie kobietą i nie będę w stanie jej pomóc (bądź po oczyszczeniu intencji uznam, że nie będę się bawić w ratowanie rodziny i zostawię im wolną rekę na podejmowanie decyzji bez wtrącania się) to ona się na mnie zawiedzie. Wiem, że realnie mi to nie grozi, bo naprawdę wiem, że ona mnie kocha i nie wymaga ode mnie świadomie takich rzeczy. To ja mam widocznie cały czas parcie na ratowanie jej a to co się teraz ze mną dzieje to wypadkowa tej potrzeby i mojego podnoszenia samooceny. Nie wiem tylko co mam z tym zrobić:p A nie chcę ruszać wszystkiego na raz.