Cześć:) Interesuje mnie temat uzdrawiania zwierząt. Czy mieliście z już z taką pracą do czynienia? Jakie znacie techniki i co o tym myślicie? Kiedyś zainteresowałam się bioenergoterapią dla zwierząt, ale jakoś do końca tego nie czułam i nie zagłębiałam się jakoś mocno w temat. Teraz miałam pewne pierwsze doświadczenia w pracy z energią z moimi szczurkami i muszę przyznać, że sprawiło mi to dużo radości i było bardzo ciekawym dla mnie doświadczeniem. Czuję, że mam ze zwierzętami jakieś takie dobre połączenie i że mogłabym im naprawdę w ten sposób pomagać (tym którym naprawdę da się pomóc, a nie po to żeby przedłużać ich cierpienia).
Pierwszą sytuację miałam po warsztatach u Kingi Roszczyniały z uzdrawiania duchowego, sporo fajnych rzeczy się nauczyłam, otworzyłam na coś nowego dla mnie i nabrałam ochoty na więcej, więc zaczęłam sobie czytać na ten temat, ale tak na spokojnie, bez większych planów. Pokryło się to z chorobą mojej szczurki, która już dwa razy miała wycinany nowotwór. Za pierwszym razem nie męczyła się, ale guzek trzeba było wyciąć, bo rósł w dość szybkim tempie. Dianka jakoś wróciła do siebie, była bardzo dzielna i miała silną wolę przeżycia, a do tego wspierałam ją modlitwami (pani wet mówiła, że w całej jej karierze nigdy nie widziała, żeby szczur tak szybko wybudził się z narkozy i od razu wstał na nogi). Niestety w krótkim czasie w tym samym miejscu pojawił się drugi guz i znów trzeba było ją operować. Po drugim zabiegu nie mogła już dojść do siebie, byłam u najlepszej pani weterynarz specjalizującej się w chorobach szczurów w mieście, ale za wiele nie mogła zaradzić. Powiedziała, że nie może mieć niestety pewności, że wycięła wszystko, bo guzki znajdowały się w tkance mlecznej, która u szczurzyc zajmuje sporą część ciała i fizycznie nie można jej w całości usunąć tak jak np. w przypadku listwy mlecznej u suk. Szczury bardzo ciężko diagnozować, nie ma też w tym celu specjalistycznego sprzętu, który mógłby wykrywać choroby w tak małych organizmach. Chemia też nie wchodziła w tym wypadku w grę. Prawdopodobieństwo wystąpienia przerzutów było wysokie i jedyne co można było zrobić to sterylka, która u szczurzyc jest bardzo ryzykowna, a nawet nie miałyśmy pewności czy przyczyną nowotworu były hormony związane z układem rozrodczym. Dianka bardzo się podłamała, ciężko znosiła kwarantannę (szczury to stadne zwierzęta i źle się czują samotne w klatce), była osowiała, zalękniona i co najgorsze okropnie schudła. Wet, który ściągał jej szwy się przeraził i kazał stosować specjalną dietę i wmuszać w nią jedzenie, ona z kolei karmę wywalała z miski i jak już coś łaskawie zjadła to tylko smakołyki podane do pyszczka i to w bardzo małych ilościach.
Zamiast więc wpychać w nią jedzenie na siłę postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce i zrobiłam jej spontanicznie zabieg oczyszczający. Na początku bałam się ją dotykać i skupiać na komórkach nowotworowych, bo nie miałam do siebie pełnego zaufania co do swoich własnych intencji, nie chciałam aby to przeszło na mnie, a wiem że takie energie lubią się do ludzi "przyklejać". Skorzystałam więc z oczyszczającej energii ognia i zapaliłam przed klatką świeczki. Po wyciszeniu, krótkiej medytacji i modlitwie wszystko działo się spontanicznie, intuicyjnie czułam co mam robić. Pozdejmowałam z niej napięcia i przy okazji wizualizowałam jak komórki chorobowe wychodzą z niej i wpadają do ognia, spalają się i znikają. Wzmacniałam w niej zdrowie, zrobiłam modlitwę i powierzyłam wszystko Bogu. Diana podczas zabiegu miała nieco zdziwioną minę:D Ale ogólnie była spokojna, choć z natury jest bardzo ruchliwa.
Po wszystkim zostawiłam ją w spokoju i niedługo później zastałam ją w miseczce jak, że tak to ujmę - wpierdzielała karmę aż jej się uszy trzęsły, której od tygodni nie chciała tknąć. Szczęka mi opadła kiedy to zobaczyłam, wcześniej ułożyłam jej specjalną dietę, żeby nabrała apetytu i nic. Od dnia zabiegu całymi dniami jeśli nie spała to jadła i jadła, skubała wszystko co było w klatce. Chciałam zrobić jej jeszcze jakiś wzmacniający zabieg, ale nie czułam aby była taka potrzeba. Diana szybko wróciła do siebie, jak na razie nie ma przerzutów, jest wesoła, energiczna, futro jej odrosło, dzięki apetytowi jest już dwa razy większa, czyli taka jaki powinien być zdrowy szczur. Ciężko uwierzyć, że to przypadek, szczególnie że mam szczury od wielu lat i nigdy nie widziałam tak nagłej zmiany w zachowaniu zwierzęcia i stanie zdrowia w tak krótkim czasie.
Ostatnio inna ze szczurzątek Freya odczuwała jakiś ból związany chyba z kręgosłupem. Promieniowało jej to też na łapki, tak że nie mogła się wspinać i potem kulała też na jedną łapkę. Ona ogólnie ma jakieś wady związane z budową jej ciała, ale do tej pory funkcjonowała normalnie. Tutaj widziałam, że coś jest nie tak, wiedziałam że cierpi, spała samotnie w nienaturalnej pozycji.
Zrobiłam jej zabieg, przebiegał nieco inaczej, tutaj głównie czułam, aby powierzyć ją całkowicie Bogu. Otwierałam się na wszystko co najlepsze dla niej, niezależnie czy ma to być uzdrowienie czy zakończenie jej życia. Moją intencją było to, aby przestała cierpieć. Wizualizowałam też jak boskie światło przepływa przez jej ciało wzdłuż kręgosłupa i go oczyszcza. Czułam w trakcie niesamowite ciepło na sercu, tą przyjemność odczuwałam aż fizycznie. Czułam, że z miłości do niej oddaję ją w pełni Bogu, bo wiem, że przy Nim jest całkowicie bezpieczna. Dziś mijają dwa dni od zabiegu, a ona chodzi, je i wspina się już normalnie. Po tym doświadczeniu nie miałam już potrzeby zastanawiać się już nawet czy to zbieg okoliczności czy to moja Moc zadziałała, tylko podziękowałam Bogu za wparcie i cóż... Jeśli będę miała kolejne przypadki będę próbować i ćwiczyć dalej:)