Chciałam się pochwalić, a raczej wyrazić radość, że jestem na Hawajach
Udało mi się spełnić moje marzenie, które miałam w głowie od chyba 10 lat, mało tego spełniam przy okazji jeszcze inne

Najfajniejsze jest to, że nie czułam żadnej ekscytacji na myśl o tym wszystkim, jedynie spokój, jakby po prostu to się miało zdarzyć, jakby pewne ograniczenia zniknęły z mojego życia i pewne rzeczy stały się dla mnie dostępne. Kilka razy miałam cykora w czasie drogi, odnośnie dojazdu na lotnisko, korków itp., ale wszystko bardzo fajnie się ułożyło. I mój wieczny strach o nadbagaż... który zawsze mam

mogłam mieć 50 funtów bagażu głównego, miałam 59

, wyjęłam laptopa, ciągle nadbagaż 50,5.. ale panowie byli tak mili, że się uśmiechnęli i powiedzieli, że nie ma żadnego nadbagażu, jeden nawet podszedł i podniósł walizkę do góry wskazując na licznik, że teraz jest 49

I te widoki.. chyba leciałam nad Arizoną bo przez 2h widok za oknem był jeden-pustkowie, pustynia, skały i coś jakby wielki kanion tyle, że 10 powtórzony. Na tych pustkowiach czasem ogromne pola solarów, natomiast prawie w 99% nic poza tym, żadnych domów, czasem nawet dróg, nic.
I potem piękny widok na Kalifornię - góry w tle i ooooolbrzymie przedmieścia Los Angeles, nie do opisania te rozmiary. Fajnie było widać jak co drugi dom miał basen na placu. I wille na wzgórzach. Lotnisko też bardzo przyjemne, czyste, nowe, zadbane... jedyny minus - brak darmowego internetu, za wszystko trzeba płacić.
Poczułam się super "to jest to!" kiedy wyszłam z samolotu już na Hawajach, to ciepłe powietrze, palmy.. i najciekawsze lotnisko jakie w życiu widziałam, jakby otwarte, bez dachu takiego głównego

w sumie każdy tam może wejść.
Ludzie tu są tacy easy-going, na luzie. Jest tylko jeden bank hawajski, nie chcieli tutaj typowych, skomercjalizowanych banków amerykańskich, dobry pomysł w sumie. Poza tym jadłam papaję taką ichniejszą pierwszy raz w życiu i mieszkam jakieś 100m od Wulkanicznego Parku Narodowego