na mój gust ludzie trochę za bardzo opierają swoją samoocenę na tym co mają (w sensie cech, przedmiotów, umiejętności, osiągnięć, stanu umysłu, wyglądu, wieku, pozycji jaką zajmują - również w rodzaju porównywania się z innymi lub celami /ideałami do których sami dążą itp.), nadają temu (w swoim obrazie siebie) zbytnie znaczenie, a pomijają lub pomniejszają rdzeń samooceny, bo przecież nic z tego co powyżej nie sprawi (zarówno gdy się zwiększa, stoi w miejscu, jak i gdy się zmniejsza), że ludzie staną się bardziej lub mniej wartościowi
z tego punktu widzenia zarówno przeszacowane, niedoszacowane jak i właściwie oszacowane osiągnięcia, zdolności i umiejętności nie powinny zbytnio wpływać na nasze poczucie wartości, podobnie jak sukcesy i porażki, większy czy mniejszy kontakt z "sobą prawdziwym", czy wręcz jego brak itp. itd. - im większe uzależnienie od tego czy innego zmiennego czynnika, tym większy wpływ % na samoocenę i ocenianie innych
: )
tak to piszę i znalazłem teraz taki art w którym fajnie przeniesiony został akcent samooceniania się z poziomu "właściwej oceny posiadanego stanu inwentarza", na rdzeń samooceny związany z poczuciem wartości własnej wynikającej z akceptacji i miłości do siebie (jako niezmiennej podstawy),
myślę, że zdrowa jest oparta na tym postawa, że niezależnie od wszystkiego stale i wciąż jest się wartościową istotą:
http://www.psychorada.pl/news,jak-dbac-o-poczucie-wlasnej-wartosci-w-rodzinie.htmlbyć może wtedy gdy wiemy, uświadamiamy sobie i czujemy, że to my swoją obecnością nadajemy wartość ( w sensie źródła jak i naszego stosunku ) temu wszystkiemu, a nigdy odwrotnie, łatwiej jest akceptować to jakie osiągnięcia się ma i w jakim jest się miejscu, na jakim etapie np. w rozwoju, uwzględniając wszelkie błędy i porażki, a w efekcie wszystko to (czyli siebie) adekwatnie oceniać wraz z tymi składnikami traktowanymi jako peryferyjne lub dodatkowe czynniki?