Przyznam szczerze że mój temat relacji z rodzicami - właściwie to z matką, bo z ojcem prawie nie mam kontaktu - był dla mnie dość długi i bolesny, i wydaje mi się, że już go w conajmniej 90% załatwiłem. Po kilku latach prawie żadnego kontaktu, przyszedł gdzieś tam moment wybaczenia, i nagle matka ożywiła chęć kontaktu ze mną.
Fajnie, tylko po co? Czuję zero potrzeby kontaktowania się z nią, prowadzę zupełnie szczęśliwe i samodzielne życie, przecierając swoje ścieżki. Zacząłem się zastanawiać, skąd jednak dla mnie niechęć do kontaktu, i uświadomiłem sobie, że praktycznie nie mogę odnaleźć czegokolwiek, co matce bym zawdzięczał. Jako dziecko, wychowywali mnie głównie dziadkowie, byli mi bliżsi niż rodzice. Nie pamiętam, aby matka przekazała mi jakiekolwiek wartości w życiu, nauczyła czegokolwiek - nawet jakiejś głupoty typu jak przyszyć guzik czy upiec placek, nie mówiąc już o jakichś poważniejszych sprawach, kiedykolwiek zabrała mnie na jakąś wycieczkę, wyjazd, kino,itd. - nic. No, oczywiście, miałem zapewnione minimum niezbędne do przeżycia, jakieś ciuchy, jedzenie, swój pokój. Dwie rzeczy, za które po części jestem jej wdzięczny, to dwa komputery które kupiła mi kiedy byłem jeszcze dzieciakiem, oraz to, że miałem względną wolność - poza tym, że nic jakby nie wniosła w moje życie, to z drugiej strony, niczego mi też nie narzucała ani nie zabraniała - myślę, że miałem sporo wolności, no w rozsądnych miarach.
Z drugiej strony, może czegoś nie zauważam? Coś przegapiłem?