To tak, jak inni przez całe lata zarzucali mi, że wszędzie widzę Boga, bo dużo o nim pisałam i opowiadałam. Nawiedzona itd. To jakiś absurd. W jakim kierunku się nie ruszyć, każdy widzi sprawę pod siebie, idealistycznie lub w sposób wyparcia, że pewne informacje go rozstrajają, wzbudzają niepokój z braku rzetelnej wiedzy w temacie, że gdy czegoś dotnie, to go pobrudzi. Gdyby Bóg chciał zlikwidować zło, zrobiłby to już dawno, ale nadal jest i nie można udawać, ze nie istnieje, gdy ocieramy się o nie codziennie w realnych warunkach. Biologiczna odporność człowieka polega na kontakcie z wirusami i bakteriami, a nie na unikaniu ich i sterylności, bo to jest najszybszej droga do braku tejże odporności. Dlaczego Jezus chodził do najpodlejszych spelun i przybytków, leczył trędowatych, mył brudne nogi innym, z kolan podnosił prostytutki itd...i jakoś nie przeżywał, że się czymś/kimś zabrudzi energetycznie? Na tym polega miłosierdzie, które jest czymś więcej niż miłość, grubo więcej. Bez zła nikt nie nauczyłby się, nie wzbudził w sobie uczucia miłosierdzia. Bez skrajności nie byłoby nauki i rozwoju duchowego, jeśli się nie poparzysz, nie wiesz, czym jest poparzenie i jaki to boli, a przede wszystkim jak może to bolesne dla innych, gdy tymczasem nas to nie dotyczy z powodu ciągłej ostrożności i popadania w idealizm
Ze względu na moje liczne doświadczenia energetyczne nie wierzę w tego typu widzenia, bo człowiek powinien być świadomy każdej informacji (aby tą świadomość w sposób indywidualny kształtować), po to jest biblioteka świata. Jedzenie również widzi anorektyk, alkohol widzi też wszędzie niepijący producent alkoholu itd...a co do Boga, to historia Hioba pokazuje pułapkę prób wiary, że całkowite oddanie Bogu to nie wszystko. Gdy mam ochotę napić się lampki wina, to nie oznaka, że widzę siebie jako alkoholiczkę, tylko robię to, co sprawia mi przyjemność poprzez smak. Jeśli piszę o Lucyferze, to nie oznaka, że dajemy sobie buzi i klepiemy się przyjacielsko po ramieniu. Wszystkie afirmacje i wizualizacje dotyczące zależności i relacji ludzkich, są manipulacją tak czy siak, wpływamy na coś pośrednio wedle naszych pojęć dobra i zła, do tego można się mocno doczepić wielowątkowo i z sporym arsenałem argumentów. Bogu nie potrzebna jest ślepa wiara, idealistyczna, tylko wiara w całej swej głębi przeżyta, gdzie następuje totalne zrozumienie swoich błędów, przez co jeszcze bardziej napłynie zrozumienie błędów innych i otwartość wybaczania. Zbytnie idealizowanie czegoś jest pułapką, bo to znieczula na niedolę ludzką, potem jest tylko hasło: „taka karma” i następuje obojętność. Mamy poczucie, że nas to nie dotyczy, bo my jesteśmy ponad tym, przerobieni i przepracowani.
• Szczęśliwi ubodzy w duchu, albowiem ich jest królestwo niebieskie.
• Szczęśliwi, którzy się smucą, albowiem będą pocieszeni.
• Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości; albowiem ich jest królestwo niebieskie.
Mam udawać, że takie zdania nie padły w historii ludzkości, że jestem mądrzejsza i ponad tym? Zlekceważyć, czy przemyśleć dogłębnie?
Może mam udawać, że ludzie ubodzy duchem nie istnieją, tacy, którzy nie mają szans na rozwój z przyczyn niezależnych (ale posiadają duszę)? Duch jest tylko duchem, uczącą się energią, dusza z założenia jest czysta sama w sobie.