Ladaco
Za dużo myślisz, Szkoda, że nie na temat i nie po kolei

1. Najpierw, w środku nocy z 2/3 (chyba) grudnia, przeczytałem kilka newsów o wycieku radioaktywnym z reaktora.
Newsy były m in. od agencji Reutersa (podobno bardziej wiarygodnej od mediów rosyjskich, ukraińskich i polskich razem wziętych).
2. Zaniepokojiny sytuacją wysłąłem wiadomość pod tytułem Alert.
3. Sprawdziłem zagrożenie i opisałem je. Osobiście nie mam powodu się chronic, bo u mnie skazenia nie było Alert był po to, żeby ostrzec innych, a szczególnie tych, którzy mieszkają blizej i z wiatrem.
4. Poszedłem spać, nie miałem ani sił, ani ochoty analizować.
5. Obudziłem się, poczytałem, pomysłałem i doszedłem do wniosku, że jeśli to jest WYCIEK, to będą inne skutki skażenia niż przy wybuchu w Czernobylu. Ale o tym pisałem, a nie rozumiem, czemu to uszło Twojej uwadze. Bo nie byoby teraz Twoich pytań
6. 5 grudnia Jechałem z Tolkmicka do Warszawy, gdzie natknąłem się w powietrzu na COŚ, co mi sparzyło twarz (która poczerwieniała i piekła). W rozmowach ze znajomymi dowiedziałem się, że mieli podobne objawy, albo na twarzy, albo swędzenie całej skóry. Pojawiła się też informacja o radioaktywnej chmurze przechodzącej nad Polską (materiały linkowane). Radioaktywności nie potwierdzam, ale coś było w powietrzu na pewno. I to coś szkodliwego!
7. 6 grudnia, ok 7:00 napisałem, że skażenie nad ranem w Warszawie się zmiejszyło do 30% (później spadło do 15 %). Ale nie napisalem, że przed 24:00 poprzedniego dnia osiagnęło 90%. A tak właśnie było.
Pytanie, jakie skażenie zbadałem? To wyjaśnił Mariusz.
Frisky
Właśnie to coś, co paliło skórę i uczulało, było w powietrzu. Nie chmura radioaktywna! I sądzę, że
jeśli badałem szkodliwość powietrza w Warszawie, to z wyłaczeniem radioaktywności, której nie było Ale że nie było radioaktywności, to nie dowód, że powietrze było nieszkodliwe.
Najbardziej pasuje mi tu koncepcja Reicha mowiąca o przemianie prany w szkodliwą energię. Na to nie ma liczników, ani Geigera, ani innych urządzeń stosowanych tradycyjnie do pomiaru skażenia radioaktywnego. A więc porównywanie skażenia radioaktywnego do skażenia popsutą praną, ma się nijak. Podobnie jak nijak mają się wskazania z 1986 r z pomiarów w Mikołajkach do pomiarów w Warszawie.
W 1986 roku, podczas opadu skażenia, byłem w otwartym terenie przez kilka godzin. Było bardzo gorąco, mimo to zarządziłem, by wycieczkowicze zakryli ciało. Ja też to zrobiłem. Mimo to, że siało radioaktywnym cezem i jodem, nikt nie miał oparzeń na twarzy takich, jakich nabawiłem się w piątek wieczór, w ciągu pół godziny, w Warszawie, kiedy nad Polską miała przechodzić rzekoma radioaktywna chmura.
Dziwne, nieprawdaż?
Skoro już tu się zebrało takie grono wytrawnych fizyków, to licze, że któryś mi to naukowo wyjaśni, żeby nie podejrzewać zepsutaj prany (bo niby skąd ona, jeśli nie było wycieku?)
OBECNIE SZKODLIWOŚCI NIE STWIERZAM NA TERENIE CAŁEJ POLSKI.