Hm. A do mnie z kolei zaczęły przychodzić pozytywne wiadomości na temat pracy. Na tyle przebrnęłam, że pojawiły się takie w których jestem zapraszana na rozmowę kwalifikacyjną. Teraz ja wybrzydzam i boję się podjąć decyzję, a nóż pojawi się coś lepszego. Nie chcę podejmować decyzji, aby tylko podjąć. To trochę bez sensu i nie daje mi podświadomie wyboru - jakbym wierzyła, że gdy odmówię to już nic innego, lepszego do mnie nie przyjdzie. Wysyłalam CV także dla sprawdzenia w różne miejsca, czy będzie mną zainteresowanie. Odezwano się z takich miejsc w których najmniej płacą, lub których ja się najmocniej boję

Ciesze się, że coś ruszyło, ale to znak dla mnie, że muszę oczyścić to i owo. Bez sensu się zamykać i brać to co rzucają. Jakby nie było to wywaliło mi, że nie biorę tego co do mnie przychodzi, że śmiem wybrzydzać, nie iść na rozmowę, wolę czekać na coś innego. Popłakałam mocno na sesji i dotarły do mnie odczucia małego dziecka, które praktycznie od najmłodszych lat robiło coś dla innych. Chodzenie do szkoły, nauka, odrabianie lekcji, staranie się - to wszystko dla rodziców, ze strachu. Poczułam się jak produkt społeczeństwa, który nie może powiedzieć o tym jak mu źle, o tym co nie pasuje. Potem wychodził mi cały szereg sytuacji w których nie mogłam decydować o sobie, ponieważ karano mnie wręcz śmiertelnym poczuciem winy, obrażaniem się, wyzywaniem.
Podejmowanie decyzji u mnie w domu zawsze kończyło się i tak wygraną rodziców. Nawet gdy wyrażałam swoje potrzeby, tak mnie zmanipulowali, aby wyszło na ich. Ostatecznie do 20 paru lat robiłam to co mi kazali i jedynie walką połączoną z odreagowywaniem wszystkiego jak leci w miarę wyzwoliłam się. Jestem samodzielna, ale nie do końca rozumiem co to znaczy.
Tak samo w przypadku tych ofert, wyszedł mi lęk, że nie mogę odmówić, nie przyjść, ponieważ zostanę ukarana. To bez sensu. Sesja fajna, pomagałąm sobie EFT i zeszło poczucie zagrożenia, takie otumanienie z dzieciństwa - nie wiem po co żyję, po co to robię, muszę się bezmyślnie starać, aby nie zostać ukaraną. Chyba dłuugo myślałam, że istnieję tylko po to, aby spełniać oczekiwania, życie rodziców, bo po to się urodziłam. Dla dziecka uznanie, pochwalenie, jest takie ważne. A mi się nigdy nie udawało postawić na swoim. Nawet gdy czułam, że to dla mnie dobre, w porządku - moje próby przeforsowania wszystkiego kończyły się mega awanturami, krzykami, złamaniem mojej psychiki, abym nie podjęła decyzji takiej jak chcę. Efektem tego jest wiara w to, że ja nie wiem czego chcę i co dla mnie najlepsze. Boję się czekać, boję się zawieszenia, decydowania o sobie. To takie śmieszne.