Byłem dzisiaj w odwiedzinach w szpitalu psychiatrycznym. U mojej byłej dziewczyny, o którą obawiałem się w jakim stanie ją zobaczę, okazało się że została pewnym siebie liderem grupy pacjentów. Świetnie się tam bawiła, mówiła co jej przyszło na myśl, pograliśmy trochę na harmonijce, dosiadła się do nas delikatna kobieta która stwierdziła że wyglądam jak jej ciocia ze Szwecji i poczytała mi bajkę o piesku, a potem O. poznała mnie ze swoimi kolegami z oddziału w "sali konferencyjnej gdzie przyjmuje swoich gości" (na palarni). Tam zrobiła mi masaż karku żebym się rozluźnił (co za absurd, przychodzę do pacjenta w odwiedziny a ona mi masuje kark, jakbym to ja do niej przyszedł z problemem) a potem namawiali mnie przyjaźnie żebym z nimi został. Rozmowa musiała brzmieć dziwnie:
- Mamy dla Ciebie tu jedno miejsce
- Nie mogę...
- Czemu nie możesz?
- Bo... musze żyć! Muszę iść jutro do pracy.
- Ja też kiedyś musiałem.
- ...
Tam kwitnie życie towarzyskie, mają w dupie zewnętrzny świat i każdy sobie coś robi po swojemu. Oni wszyscy na lekach psychotropowych więc byli rozluźnieni i panowała tam iście rodzinna atmosfera pokoju i miłości ale trochę ich zachowania napawały mnie lękiem, że poczułem że przestaję być sobą. W końcu jak wstałem i chciałem iść do wyjścia. O. zaczęła się ze mnie śmiać a mi wywaliło jak głupi i zacząłem się śmiać jak naćpany i nie umiałem się ruszyć przez dobrych kilka chwil. Powiedziała mi żebym nie wychodził bo zobaczą że ćpałem i zajęło mi dobrą chwilę ogarnięcie się i rozpoczęcie wędrówki do wyjścia. Wyszedłem śpiesznie zadowolony że wreszcie się od nich oderwałem, i poczułem jaki jestem rozbity, przespałem trochę i obudziłem się z jakimś poczuciem braku sensu.