Natomiast nie zrównywałbym prowokowania tkwiących w podświadomości negatywizmów z gwałtem na niej, czy jakiejś wysiłkowej pracy.
Toteż ja nie zrównuję

Uważam, że wszystko zależy od sposobu, w jaki się to robi.
Powstrzymywanie się od snu po to, żeby w stanie zmęczenia puściły mechanizmy obronne podświadomości jest dla mnie niczym innym, jak zastosowaniem siły na sobie po to, żeby zmusić się do współpracy. Można w ten sposób osiągnąć zamierzony cel, ale uważam, że w ogólnym rozrachunku przyniesie to więcej szkody, niż pożytku. Skutkiem stosowania w stosunku do siebie przymusu jest bowiem utrata zaufania do siebie.
Zgadzam się z twierdzeniem, że nie każda intensywna praktyka jest nienaturalna, czy negatywnie działająca. Ale też nigdy nic podobnego nie twierdziłam! Ba, nawet powoływałam się na jedną z takich b. intensywnie działających praktyk, jaką niewątpliwie jest pozwolenie sobie na obżarstwo w celach obserwacji siebie i dojścia o przyczyn nałogu.
Nie chodzi o to, żeby rozwijać się duchowo uciekać od intensywności doznać, czy przeżyć, ale o to, żeby nie działać wbrew sobie, do niczego się nie zmuszać, a wręcz przeciwnie – na wszystko sobie pozwalać.
A to, że robimy coś inaczej, niż zwykle, niż jesteśmy przyzwyczajeni (np. nie śpimy, nie jemy, szybciej oddychamy), nie oznacza sprzeczności z naturą - zresztą, piszesz o tym poniekąd w poście skierowanym do Clinta:)
Nie zrozumiałeś nie – nie chodziło mi o to, żeby ustalić, co jest dla mnie dobre, a co złe i jedno robić, a drugiego nie. Chodziło mi o to, żeby robić to, czego w tej chwili chcę (w zgodzie z sobą), a nie coś przeciwnego (czyli na przekór sobie). Żeby to robić, trzeba być spontanicznym i otwartym na zmiany, a nie zakładać, że co miesiąc coś tam, coś tam (jak mawiał Yyyrek z BigBradera

, albo że co noc będę smacznie spać w ciepłym łóżeczku. Do tego, żeby żyć w zgodzie z sobą i niczego nie robić na siłę potrzebna jest elastyczność.
Czyli jeśli chce mi się spać, to śpię, a nie zmuszam się do całonocnego czuwania. Jeśli natomiast siostra ma imprezę w domu, a ja się denerwuję, tzn. że chcę się w tej chwili denerwować, bo gdybym chciała spać, to bym spała (człowiek jest w stanie spać nawet przydużym hałasie). A więc pozwalam sobie na te emocje (akceptuję je) i nadal obserwuję siebie i robię to, czego chcę

W ten sposób nie opieram się rzeczywistości, nie tracę energii na walkę, a poza tym wzrasta moje zaufanie do siebie, bo wiem, że nie zrobię niczego wbrew sobie.
Dla niektórych są niezbędne, bo bez wykorzenienia pewnych wzroców spontaniczne życie w zgodzie ze sobą, o którym piszesz, jest praktycznie niemożliwe.
To jest moim zdaniem błędne przekonanie, że żeby sobie lajtowo żyć, to najpierw trzeba się do czegoś zmusić, by coś tam usunąć. To nie jest prawda. Doświadczyłam tego na własnej skórze.
Jeszcze nie tak dawno zmuszałam się do wielu rzeczy, byłam przekonana, że bez tego się nie da czegoś tam osiągnąć, itp. Dopiero gdy zabrałam się poważnie do uzdrawiania dzieciństwa, doszło do mnie, że traktuję siebie tak, jak traktowali mnie rodzice, czyli w taki sposób, w jaki (prawie) wszyscy rodzice traktują siebie i swoje dzieci. Czyli tak, jak to jest normalnie przyjęte w naszym społeczeństwie. Chodzi o przymusy, nakazy, zakazy, naciski, reguły, a wszystko to podszyte lękiem i brakiem zaufania.
Żyjemy w tym od zawsze (wychowaliśmy się w tym, to było dla nas jak powietrze), więc trudno się dziwić, że nie dostrzegamy tego, że to jest nienormalne i że takie podejście zatruwa nam życie i zwyczajnie nas blokuje.
Kiedy takie cos zaczyna się dostrzegać, to wtedy zwraca się uwagę nie tylko na siłowe podejście w metodach rozwoju duchowego, ale nawet na zbyt ciasne gumki w skarpetkach, które do tej pory – dziwnym sposobem – nie uciskały, a nagle zaczynają
Tak więc żeby żyć harmonijnie, w zgodzie z sobą, wcale nie trzeba niczego wykorzeniać (zwłaszcza na siłę), ale odwrotnie, zaakceptować się takim, jakim się jest, z wszystkimi niedoskonałościami.
Innymi słowy zmienić do siebie podejście (i to o 180 stopni). Niczego nie chcieć zmienić, do niczego siebie nie zmuszać, na wszystko sobie pozwalać. W ten sposób życie zaczyna nabierać barw, bo człowiek zaczyna sam się sobie podobać, kochać siebie, czuć się dobrze sam ze sobą. Okazuje się, że niczego się nie trzeba bać, można sobie zaufać, no i przy tym dobrze się bawić

Czego chcieć więcej?
Nie jest to łatwe, nie jest to proces szybki, ale naprawdę warto to zrobić dla siebie i dla swojego dobrego samopoczucia

Jeśli potrafisz się skutecznie rozwijać bez tych bardziej intensywnych metod, to tylko się cieszyć:)
Hej! A kto Ci powiedział, że ja nie stosuję intensywnych metod? Błędny wniosek. U mnie też hardkory lecą, tyle że coraz lepiej to znoszę (bo nie stosuję tego wbrew sobie, a wtedy to staje się dużo łatwiejsze do przetrzymania, no i wtedy nie jest to już hardkor :p). Chodzi też o to, że coraz bardziej lubię siebie, coraz lepiej mi ze sobą, a kiedy coś takiego się czuje, to nic człowiekowi nie straszne. Bo cokolwiek („złego”) bym nie zrobiła, cokolwiek („złego”) by się nie stało, to wiem, że znajdę u siebie zrozumienie i akceptację. A wtedy to cała reszta mi wisi
Tzn. jeśli idzie o ścisłość, to mniej więcej tak jest. Bo jest jeszcze wiele spraw, których w sobie nie akceptuję. No ale z każdym dniem jest coraz lepiej

Dziękuję za info o świetle słonecznym i księżycowym. To logiczne z tym zrównoważonym działaniem światła odbitego w księżycu.
No i już wiem, co mi się nie zgadzało w wypowiedzi Babjiego - jakoś mi się nie chce wierzyć, żeby odbite światło słoneczne miało moc uzdrawiania wszystkiego w ciele. Wydaje mi się to mocno przesadzone.