Autor Wątek: Przebaczanie  (Przeczytany 1092 razy)

Inga

  • Gość
[#]   « 2013-06-24, 11:02:14 »
Tu jest pięknie wytłumaczone czym jest chęć zemsty i przebaczenie oraz w jaki sposób  powinny przebiegać  te procesy aby prowadziły do rozwoju.

Piszę to odnośnie tego co się działo z wątku o szpitalach psychiatrycznych gdzie zarzucano mi chęć zemsty i nakłaniano abym tego nie robiła wzbudzając we mnie silne lęki przed mszczeniem się i tym samym sprawiając ze moja być może chęć zemsty została zepchnięta do podświadomości.
Tym tekstem chcę wytłumaczyć tym osobom aby zrozumiały że te procesy wybaczania muszą iść właściwym torem, że wybaczania nie da się wymusić na siłę, i że nie polega to na zastraszaniu innych przed mszczeniem się oraz zachęcaniu do wybaczenia.

Autorem jest kat-k-a.
http://forum.gazeta.pl/forum/w,681,138727453,,Pulapka_wybaczania.html?v=2


Fragmenty

"A mi się wydaje, że jest całkiem prawdopodobne, że nie tyle pragniesz zemsty co tego, by osoba krzywdząca zauważyła/zrozumiała jak Cię krzywdzi - jak duży zadaje Ci ból. Ludzie często myślą, że chodzi o zemstę czy jakieś odegranie się, a w istocie rzeczy chcą sprawiedliwości w tym kształcie, żeby ta krzywdząca osoba po prostu zrozumiała co zrobiła/robi. Ale zrozumiała tak do końca - odczuła to wewnętrznie/przeżyła (nie to że w sensie fizycznym, ale emocjonalnym - żeby spojrzała na Ciebie jak na człowieka i naprawde zrozumiała co Ci robi). I to nie jest mściwość z Twojej strony tylko po prostu chęć bycia zauważoną, czy dokładniej, by Twoje cierpienie zostało zauważone, by nie było lekceważone. I to jest bardzo prawidłowy odruch, bo wynika z potrzeby bycia poszanowanym - nie poniżanym i nie lekceważonym. To jest bardzo dobre, dlatego że jest bardzo ważną rzeczą, żeby człowiek bronił swojej samodecyzyjności, prywatności, prawa do swoich wyborów i godności (w tym sensie, by nie pozwalał, by inni ludzie go poniżali nawet tego nie zauważając).

Możesz chorować fizycznie ze względu na to, co ktoś robi Ci psychicznie/emocjonalnie (w sensie ranienia Cię typu poniżanie czy naruszanie Twojej prywatności itd.). Z tymże nie myśl, że jest to np. kara za to że chciałabyś żeby ta osoba została ukarana, zwłaszcza że wydaje mi się, że prawdopodobnie nawet tak naprawdę tego nie chcesz. To raczej kwestia tego, że właśnie nie obudziłaś w sobie dostatecznej stanowczości w egzekwowania swojego prawa do bycia/istnienia i bycia szanowaną, czy też nie umiesz jeszcze wyegzekwować szacunku wobec Twojego obszaru prywatności i samostanowienia. Choroba, choć oczywiście nieprzyjemna, zazwyczaj jest po prostu wskazówką i kiedy "odczytasz" tę wskazówkę i wykorzystasz (zmienisz to, czego zmiany sugeruje) nie będzie miała już potrzeby być nadal, więc zniknie. Tak jest najczęściej choć tez nie zawsze, bo oczywiście są też jeszcze inne wpływy, ale jednak kluczowe znaczenie ma to, co Twój organizm chce Ci przekazać, lub dokładniej co Twoja podświadomość (czy rozleglej - reszta Twojej istoty) chce Ci uświadomić przez ciało. Z tego wynika większość chorób. Poza tym możliwe też jest, że Twoja choroba jest też pewną próbą unaocznienia Twojego cierpienia, by ten kto Cię krzywdził/krzywdzi zauważył, że Cię skrzywdził/krzywdzi. Choroba fizyczna jest bardziej "namacalna", bardziej "rzuca się w oczy" jako konkretne cierpienie. Może ta osoba tylko w ten sposób może zobaczyć, że w ogóle cierpisz. Choć oczywiście jest całkiem prawdopodobne, że ta osoba nadal nie zauważa, że Cię rani. Mimo tego wysiłku z Twojej strony.

Co do wybaczania, to myślę, że cały problem zasadza się na błędnym rozumowaniu, że wybaczenie ma być celem - że mamy dążyć do wybaczenia stawiając je jako cel, a osiągając je (w istocie po prostu zazwyczaj okłamując siebie i innych) mamy uzyskać wyzdrowienie i inne korzyści typu naprawienie relacji. Tak naprawdę jednak wybaczenie powinno być traktowane jako wskazówka, że zaszedł pewien proces - jest to efekt uboczny, a nie cel. W idealnej sytuacji osoba krzywdząca powinna zrozumieć co uczyniła/czyni i być tym na tyle wstrząśnięta/przejęta na ile jest to wstrząsające i adekwatnie do tego powinna poczuwać się do odpowiedzialności za to, co zrobiła/robi. Rozumiejąc co zrobiła/robi powinna Cię przeprosić i wtedy Ty doznałabyś ulgi, bo Twoje uczucia zostałyby zauważone i uszanowane, i wtedy najprawdopodobniej bez problemu, praktycznie odruchowo, przebaczyłabyś. Nie mówię, że na pewno, ale prawdopodobnie, bo tak naprawdę dla zranionej osoby zawsze bardzo ważne jest właśnie to czy osoba ją raniąca w ogóle zdaje sobie sprawę z tego, co robi. Na ile to zauważa. Na ile zauważa uczucia jak i samą ranioną osobę. W tych optymalnych warunkach byłoby Ci dużo łatwiej niż teraz zarówno przebaczyć (i wtedy byłoby to szczere) jak i "przerobić" traumę, której doznałaś. Ona mogłaby zniknąć. To byłby pełny proces zakończony właśnie tym uwolnieniem tej nazwijmy to blokady, jaką wywołało działanie tej osoby. Uległabyś tej pewnej przemianie i choć pamiętałabyś o tym, co się stało, nie byłabyś tym tak mocno (tak mocno jak teraz) zraniona - zniknąłby emocjonalny ślad/ból z tym związany i dlatego mogłabyś łatwo przebaczyć.

Przebaczenie byłoby więc efektem ubocznym "załatwienia sprawy do końca".
I patrząc na taką sytuację z boku możemy zauwazyć, że na początku mamy oprawcę i ofiarę, a na końcu byłą ofiarę, która przebaczyła i która "wydobrzała". I myślę, że ta wiara, że przebaczenie załatwia wszystko wynika z błędnej interpretacji, że skoro pojawia się ono na końcu, to niby ma to być nasz cel, z którym wiąże się to wydobrzenie ofiary. W istocie jednak to jest jedynie efekt uboczny, który faktycznie pojawia się na końcu, ale wymuszanie go na siłę, chocby ofiara miała nie wiadomo jak dobre intencje nic nie da. Potrzebne jest zajście pełnego procesu. A samo wybaczenie pojawiające się na końcu jest jedynie widocznym efektem ubocznym/wskaźnikiem/flagą, że doszło do dopełnienia procesu.

Z tymże oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że w wielu przypadkach, raczej w większości, nie ma nadziei na to, że osoba krzywdząca zauważy co robi/robiła. W takiej sytuacji najlepiej gdybyś się od tej osoby maksymalnie odcięła (żeby choć trochę wydobrzeć emocjonalnie), co jest często niemożliwe. Potem też oczywiście dobrze, żebyś przerobiła/uwolniła traumę.
. W każdym razie wtedy kwestia przebaczania też zejdzie na plan dalszy i jeśli już to faktycznie przerobisz/uwolnisz się, to i bez problemu przebaczysz, ale nie wymuszaj na sobie przebaczania na siłę. Wymuszając przebaczenie, kiedy zdajesz sobie sprawę, że ktoś dalej Cię krzywdzi, albo że nawet nie zauważył kiedy Cię skrzywdził, okazujesz sobie brak szacunku i brak miłości. Może brzmi to nieco pompatycznie, ale Ty masz właśnie zawalczyć o to, by ta osoba jak i inne osoby szanowały Cię, brały pod uwagę, uznawały Twoją ważność - Twojego istnienia i Twoje prawa, a nie pomiatały Tobą, olewały, lekceważyły. Zmuszając się do wybaczania komuś, kto Cię skrzywdził i nawet tego nie zauważył, i kiedy Ty nadal cierpisz - poniżasz się sama przed sobą. To działa autodestrukcyjnie. Natomiast przez to, że tyle jest tych metod mówiących o tym jak to niby powinnaś wybaczyć mimo wszystko, a skoro nie wybaczasz, to jesteś zła - przez to z kolei masz wyrzuty sumienia i w ten sposób nastepne powody, by się szmacić/karać/poniżać. Nie rób tego. W wywoływaniu w kimś poczucia obowiązku wybaczania (co czynią autorzy tych metod) nie ma nic szlachetnego (a dokładniej jest to podłe, bo daje negatywne konsekwencje, nie mówiąc już o tym, że nakłania do zakłamywania się).




To, że ktoś Cię rani wynika z jego wolnej woli i nie ma tu co usprawiedliwiać osobę raniącą. Jednak to na ile dane zachowanie w stosunku do Ciebie zastosowane będzie dla Ciebie raniące - na ile Cię zrani - wynika z tego na ile jesteś podatna/czuła na to zranienie. Osoby, które nie wytworzyły w sobie wystarczającej siły (i w tym nie rozwinęły tego szacunku wobec siebie jak i umiejętności uświadamiania innym, gdzie leży granica ich prywatności, poza którą ci inni nie mają prawa wkraczać) zawsze będą doznawać cierpienia pod wpływem danego traktowania.
Jednak w miarę postępowania rozwoju dojdą do takiego momentu, że kiedy ktoś je w ten sposób potraktuje będą już na tyle silne/rozwinięte, że nie będzie to robić na nich wrażenia, nie będzie ich to wcale dotykać. (Z tymże nie należy się obawiać, że staną się mniej wrażliwe w sensie odczuwania empatii, bo to bynajmniej się nie zmniejsza. Wręcz przeciwnie, empatia w miarę rozwoju wzrasta.) W tej sytuacji warto zauważyć, że np. dwie osoby może spotkać ta sama sytuacja (takiego samego traktowania ich przez innych) i jedna z tych osób będzie przekonana, że ciągle "obrywa od życia", a druga nie będzie miała takiego wrażenia, ponieważ będzie wszelkie ataki (czy nazwijmy to ingerencje w jej prywatną sferę) bez problemu odpierać i nawet ich nie zauważy, bo nie będzie nimi zraniona emocjonalnie. Tak więc na swój sposób można mówić o pewnym przyciąganiu przez samą "ofiarę" sytuacji, w których jest ona ofiarą (ulega zranieniu), jednak te sytuacje spotykają ją często dlatego, że ona po prostu jeszcze nie przerobiła tego problemu (nie rozwinęła tej części swojej osoby). Nie nauczyła się sobie radzić z tym egzekwowaniem u innych szacunku i poważnego traktowania jej osoby.
 Wielu ludzi stwierdza więc że taka "ofiara" sama przyciąga tego rodzaju nieprzyjemne dla niej sytuacje. Na swój sposób tak, ponieważ ona tego potrzebuje do swojego rozwoju. To jest sfera życia/istnienia, która jeszcze jest u niej niedopracowana, więc te sytuacje są pomocne, by zauważyła to i zrozumiała w czym problem. Po drugie można uznać, że je przyciąga dlatego, że ponieważ się nie broni jest łatwą ofiarą, a to faktycznie przyciaga ludzi, którzy chcą dominować czy krzywdzić. Przyciąga w różny sposób. Przykładowo w taki najprostszy sposób, że taka "strachliwa" osoba prawie nigdy się nie broni. Kiedy np. gwałciciele wybierają swoje ofiary wybierają właśnie takie "słabsze" (emocjonalnie i psychicznie, nie chodzi o to że fizycznie) osoby, bo prawie w ogóle nie grozi im z ich strony jakaś obrona w formie fizycznej. Te ofiary będą zbyt przerażone, a jednocześnie uległe (dosłownie nie będą się bronić, bo myśl o prawie do obrony siebie jest im obca). To jest taki prosty przykład i to sytuacji związanej z przemocą fizyczną, ale rzecz w tym, że to przyciąganie "oprawcy" zachodzi na na wielu płaszczyznach.

Z tego wynika pogląd, że "ofiara" sama ściągnęła na siebie nieszczęście, co w pewnym sensie jest prawdą, ale z tego wyciąga się dalej idący już kompletnie nieprawidłowy wniosek, że ofiara sama jest sobie winna. I w ten sposób w końcu winą obarcza się ofiarę zdejmując tym samym odpowiedzialność z oprawcy. Rzeczywistość wygląda jednak tak, że każdy "oprawca" ma swoją własną wolę i jeżeli kogoś krzywdzi, to nie ma na to żadnego usprawiedliwienia. Jasne, że jego postępowanie może się przydać tej osobie krzywdzonej na tej zasadzie, że będzie mogła z tego wyciągnąć jakieś wnioski co do swojego zachowania, stosunku do samej siebie, stosunku do innych itd., ale to że wyciągnie tego rodzaju nauki z tej przykrej sytuacji (o ile je wyciągnie) będzie wyłącznie zasługą tej osoby skrzywdzonej.
Nie ma tu zasługi samego oprawcy. Pozytywne konsekwencje dla ofiary, jeśli zaistnieją, będą jedynie związane z prawidłowym podejściem/pracą (w sensie nakierowaniem na swój rozwój, chęcią zrozumienia i rozwoju) osoby zranionej. Oprawcy nic nie usprawiedliwia. Oprawca także może wyciągnąć z zaistniałych sytuacji jakieś wnioski i bardzo dobrze jeśli je wyciągnie i dzięki temu czegoś się nauczy, jednak na samo jego działanie nie można patrzeć jak na jakiś "dar" dla osoby ranionej, ani nie można tego usprawiedliwiać słabością osoby ranionej. Tak więc warto jednak we wszystkim zauważać istnienie wolnej woli i nie lekceważyć go, bo wolna wola jest jedną z ważniejszych rzeczy, bez których rozwój człowieka byłby niemożliwym.

To tak trochę w nawiązaniu do wpisu wyżej, który sugeruje, że jeśli ktoś odczuwa pragnienie zemsty, to nie powinien go argumentować tym, że oprawca miał wolną wolę. Według mnie jak najbardziej ma do tego prawo. Wolna wola występuje zarówno u oprawcy jak i u ofiary. I też z wolną wolą ofiary wiąże się to jak potem ona postąpi - na ile będzie skłonna do zemsty - czy skończy się na samej myśli o tym, czy pójdzie to dalej, czyli przejdzie w czyny. To będzie zależało od jej wolnej woli - będzie czystym wyborem tej osoby i tak samo jak w przypadku tego, co zrobił oprawca, jeśli ofiara zacznie się mścić nie będzie na to usprawiedliwienia. Z tymże nie chodzi mi w tej chwili o określanie któregoś z tych postępowań jako złe, dlatego że najważniejsze jest czy potem dana osoba będzie dzięki temu coś rozumieć, czy zdoła to wykorzystać dla swojego rozwoju duchowego.
 W zasadzie w Naturze nie ma zła ani dobra. Ten podział jest bardzo umowny. Jest wygodny do pewnego stopnia, jednak nie jest naturalny. Przykładowo jeśli mamy drapieżnika polującego przypuśćmy na zająca, to kiedy go złapie i zabije, to dla drapieżnika jest to dobre, bo się naje, natomiast dla zająca będzie to złe, bo zginie i to być może w męczarniach. Tak więc tak naprawdę nie da się dzielić rzeczy na dobre i złe. Podobnie jeśli mamy gdzieś suszę jeśli spadnie tam deszcz, to będzie to dobre, deszcz będzie postrzegany jako dobry, natomiast jeśli mamy gdzieś powódź ten sam deszcz będzie postrzegany jako zły. Tak naprawdę liczy się równowaga. Jeśli się upieramy przy definiowaniu zła, to można by nim nazwać brak równowagi (przykładowo w przypadku tej suszy czy powodzi mamy brak równowagi między suchością, a wilgocią - trochę głupio to brzmi :) ale chyba wiadomo o co chodzi). I wracając do tych kwestii związanych z ofiarą i oprawcą. Przykre dla ofiary doznania, jako że przykre wydają się złe, jednak to jest jedyna droga, by ta osoba się rozwinęła, tak więc z punktu widzenia jej rozwoju duchowego te sytuacje są dla niej korzystne czy inaczej - są jej potrzebne. Czyli mozna by powiedzieć, że w związku z tym sa jednocześnie dobre i złe. Podział na zło i dobro jest sztuczny.

I wracając do Twojej sytuacji, odcięłaś się od osoby Cię raniącej i na tyle się już wzmocniłaś, że zanika w Tobie poczucie mściwości - odgrywania się za poniesioną krzywdę. Ta osoba staje Ci się obojętna. Gdybyś poszła drogą wybaczania na siłę, kiedy czułaś do tej osoby silny żal i myślałaś o zemście (wystarczy, że w ogóle myślałaś), zakłamałabyś się. Wmawiałabyś sobie, bo bardzo tego chciałaś i bardzo chciałaś postępować dobrze, że wybaczyłaś, a w głębi duszy wcale byś nie wybaczyła. W ten sposób można się bardzo silnie zakłamać, do tego stopnia, że naprawdę się wierzy w to, że się wybaczyło i że dzięki temu polepszył się nasz stan. To jest możliwe. Można w tym stanie trwać nawet do końca życia, z tymże z punktu widzenia rozwoju duchowego stałabyś w miejscu. Zablokowałabyś w ten sposób proces, który w normalnych warunkach skończyłby się spontanicznym i szczerym prawdziwym wybaczeniem i zablokowałabyś swój własny rozwój.
. Dzieki temu Twój rozwój zachodzi dalej. I ponieważ własnie postępujesz w ten prawidłowy sposób Twoja chęć zemsty w stosunku do osoby, która Cię zraniła zanika (czy nawet zanikła). To jest normalne. Im bardziej człowiek się rozwija tym mniejszą ma tendencję do osądzania jak i do mściwości, aż jedno i drugie całkowicie zanika. To jest bardzo dobre, jednak nie dojdzie się do takiego stanu przez oszukiwanie się. Ludzie często przyjmują jako wytyczną, związaną czy to z naukami religijnymi, czy w ramach nauk związanych z rozwojem, że mają nie osądzać, albo mają nie chcieć się mścić. Jednak jeśli przyjmują to tylko jako zalecenia prawidłowego postępowania, to nie czują tego. Hamują jedynie swoje odruchy mściwości i osądzania. Te odruchy nie znikają. Zostają jedynie wyparte ze świadomości. Prawidłową drogą jest rozwój, a kiedy on postępuje zarówno chęć osądzania jak i mściwość znikają. I wtedy znikają tak naprawdę, że po prostu przestajesz w końcu rozumieć dlaczego jakimś innym ludziom może na tym zależeć, bo kompletnie nie widzisz w tym żadnego sensu. I nie osądzasz wtedy tych ludzi jako złych (choć może Ci przeszkadzać, czy sprawiać ból, jeśli widzisz że ranią innych), tylko po prostu nie rozumiesz tych ich chęci, dochodzisz do stanu, że one są tak bardzo Ci obce, że zupełnie ich nie czujesz/nie rozumiesz.

I znowuż, jeśli chodzi o to nieosądzanie innych jak i o niemszczenie się, wiele osób myśli, że można sobie to narzucić. To jest kolejny przykład przeskakiwania procesu, który w naturalny sposób ma prowadzić do zaniku tych zachowań (prawdziwego zaniku, a nie jedynie ich wyparcia). Wielu ludzi myśli, że można skoczyć do sytuacji końcowej. Że skoro to jest na końcu, skoro to jest wskazany efekt/stan końcowy, to można od razu przeskoczyć do niego. W istocie nie ma to sensu. Zawsze potrzebny jest proces, potrzebne jest to obudzenie czy to danych uczuć, czy zanik jakichś tych bardziej negatywnych/niskich popędów w wyniku przejścia przez pewien proces. Inaczej mówiąc po prostu na drodze rozwoju. W rozwoju duchowym nie ma miejsca na skróty.

I jeszcze jedna kwestia odnośnie tej mściwości. Istotne jest, że w danym momencie czując się zraniona byłaś w stanie się przyznać, że myślisz o zemście, że rozważasz tego rodzaju reakcję. To jest bardzo ważne i prawidłowe. Zauważając istnienie tej chęci zemsty akceptujesz to istnienie (nie mylić z akceptacją w sensie pochwalania samej zemsty - akceptujesz stan rzeczy - akceptujesz _istnienie_ chęci zemsty) dzięki czemu możesz przejść do dalszych etapów, kiedy ono zaniknie. Wiele osób nie chce się przyznać choćby samemu przed sobą do tego, że mieliby ochotę na zemstę, dlatego że mściwość jest źle postrzegana (no bo faktycznie jest niskim popędem). Nie chcą więc postrzegać siebie ani żeby inni ich postrzegali jako mściwych. Jednak jeśli faktycznie czują chęć zemsty nie przyznając się do niej nie mogą ruszyć z miejsca, bo dystansują się w ten sposób do tego jak wygląda ich sytuacja, ich odczucia, pobudki itd. w tym danym momencie. Odcinają się od rzeczywistości. Przez to blokują swój rozwój. "

Dlatego zamiast zmuszania sie do pożądanych zachowań, bardzo ważna jest szczerość wobec siebie i pozwalanie sobie na wszystkie uczucia jakie sie pojawiają.

Inga

  • Gość
[#]   « 2012-08-29, 21:38:31 »
Tak, bez przeżycia moich własnych uczuć jakie miałam wobec niej w dzieciństwie- nie ujadę.

Iustitia

  • Gość
[#]   « 2012-08-29, 21:20:54 »
Inga, bez wybaczenia mamie, a raczej przeżycia własnych niewolniczych odczuc przy nakazujacej mamie, ktora poświęciła dziecko, żeby tylko tatę spacyfikować to nie ujedziesz.
Z autopsji-każdy kat czyni swą powinność tylko dlatego, że obok jest osoba, ktora pozwalajac mu na katowskie zachowania sama staje sie katem /ukrytym ale katem/

Inga

  • Gość
[#]   « 2012-08-28, 22:08:19 »
Już wiem dlaczego budzi się we mnie bezsilna wściekłość gdy ktoś, np Leszek proponuje mi abym wybaczyła ojcu. 2 razy mi o tym mówił a ja jestem na niego za to ciągle zła i nie potrafię mu tego wybaczyć.
Przypomniałam sobie jak mama mi mówiła abym wybaczała ojcu. Bo moja mama to niedoszła zakonnica, której plany zniwelowała moja babcia wydając ją za mąż w wieku 17 lat, tylko po 3 wizytach ojca u niej. I mama swoją chrześcijańską miłość realizowała w naszej rodzinie, zabraniając złoszczenia się na ojca i sprzeciwiania się mu. Bo przecież Jezus powiedział że trzeba wybaczyć nie 7 razy ale 77 razy. I ja za każdym razem gdy ojciec mnie krzywdził musiałam mu to wybaczać, a złość kierować przeciwko sobie. Mama też mu wybaczała to że ją traktował jak niewolnicę, zasypywał przkleństwami, poniżał, wyśmiewał. W imię miłoci Bożej znosiła to wszystko w pokorze.

Również czuję wściekłość gdy mi ktoś mówi że powinnam akceptować ludzi takimi jacy są.
Mama mi to samo mówiła odnośnie ojca, abym go zaakceptowała takim jaki jest i mu się nie sprzeciwiała, bo on musiał się wyzłościć i trzeba to było przetrzymać, godząc się z tym jaki on jest.
Dlatego idea akceptowania ludzi takimi jacy są jest dla mnie kompletnie niezrozumiała i ja się z nią nie zgadzam.
W psychologi się tego też nie stosuje, natomiast stosuje się akceptowanie swoich uczuć takie jakie się ma w stosunku do ludzi.
I ja zgadzam się z tym że należy akceptowac swoje uczucia w stosunku do ludzi a samych ludzi już wedle uznania.