Przyznam że cierpię na ogromny dysonans poznawczy. Nauka vs duchowość.
W podstawówce odrzuciłem katolicyzm, bo wydawało mi się kretyństwem że ktoś umarł na krzyżu za nasze grzechy, a teraz jemy jego ciało...? Ludzie dorośli jak możecie w to wierzyć? Jednak wiedziałem że nie mogę być tylko ciałem, a śmierć to koniec egzystencji.
Wtedy poznałem teorie reinkarnacji i karmy. O, to mi pasowało, było bardziej logiczne, ale potem zacząłem drążyć to dalej, ale po co wogóle to wcielanie? Acha od rośliny przez zwierze do człowieka.... ale czemu tak krwawo? Boże nie mogłeś wymyślić jakiegoś delikatniejszego sposobu? Czemu wszystko musi się zżerać?
Przeczytałem książkę którą kiedyś polecił Leszek : "Duch nie spadł z nieba" Hoimara Von Ditfurtha. Jej główna teza jest zawarta w tytule... nasze "Ja" jest wytworem chemii mózgu, którą z kolei zawdzięczamy milionom lat ewolucji.
Jednocześnie przekonałem się na własnej skórze (i również opiniach kilku innych osób) że na podstawie zdjęcia Leszek potrafi trafnie rozpoznać z czym człowiek się boryka.
I czuje się rozbity. Czuję, że potrzebuje Boga, ale nie potrafię odwołać się do niego w żadnej afirmacji... Ciągle mam pretensje o przetrwanie najbardziej dostosowanego. Czy tak powinno być? Nie można delikatniej?