Hej:) To będzie długi post:(

Jakiś czas temu nastąpił dla mnie wielki przełom, dlatego postanowiłam napisać o moich odczuciach i się z Wami nimi podzielić:)
Aby docenić siebie za to co przerobiłam, zaczęłam pisać listę zmian zachodzących we mnie w ostatnim czasie, które zmieniły moje życie na lepsze i dzięki którym jestem z siebie dumna. W ten sposób łatwiej mi było oswoić się ze zmianami i docenić to co ze sobą robię. Może nie każdemu jest to potrzebne, ale ja jeszcze nie przywykłam do pełnego doceniania swoich dokonań i chciałabym się nimi pochwalić, pouświadamiać sobie poszczególne efekty mojej pracy, żeby jeszcze bardziej poczuć korzyści płynące ze zmian:) Jeśli macie jakieś fajne efekty pracy nad sobą, jeśli ku Waszemu zdziwieniu udało się Wam przeskoczyć coś dużego, możecie się tym pochwalić tutaj, docenić siebie i przy okazji poczuć się docenionym przez innych;)
To były dla mnie bardzo intensywne, najbardziej przełomowe dla mojego rozwoju 10 miesięcy, pełne uświadomień i…cudownych uczuć. Kiedy ostatni raz pisałam na forum opowiadałam o pożarze mojego domu i o tym jak zginęli w nim moi bliscy. Cała ta chora akcja w której szczegóły już nie będę się zagłębiać, rozrywające na strzępy emocje jakie mi wtedy towarzyszyły i ból jaki czułam, tworzyły prawdziwy koszmar na jawie. Przez długi czas nie wyobrażałam sobie, że mogłabym tak po prostu dojść do siebie i żyć tak jak żyłam do tej pory. Miałam rację tylko co do jednego – moje życie faktycznie nie jest już takie jak wcześniej i faktycznie diametralnie się zmieniło… ale na lepsze.
Atmosfera w mojej rodzinie bardzo się rozładowała - ten pożar był wynikiem wieloletniego kumulowania się negatywnej energii w moim domu, gromadzenia się dużej ilości cierpienia, niemocy, smutku i nienawiści. Każdy z domowników starannie i systematycznie dokładał swoją porcję cierpiennictwa i bezsilności napełniając tym samym coraz większy, obrzydliwy balon nieszczęścia, frustracji i rozpaczy. Mój ojciec z wiekiem pił coraz więcej, zanim się wyprowadziłam od długich lat nie trzeźwiał nawet na jeden dzień, robił nam z życia piekło. Matka, która była zawsze dla mnie jedynym najbliższym wsparciem i która jednocześnie była moim oczkiem w głowie, karmiła się uwagą którą jej poświęcałam a jednocześnie mimo mojego wsparcia, zatracała się coraz bardziej w swoim cierpieniu i bezsensie życia, powtarzając w kółko, że życie jest niesprawiedliwe, że się nie da żyć inaczej i wiecznie narzekając na to, że inni mają lepiej a ona jest taka biedna. Siostra, która odcięła się od rodziny już długie lata temu, ale z ciągle aktywnymi wyrzutami sumienia że zostawiła nas samych w toksycznym domu. Brat, który ze szczęśliwego uśmiechniętego chłopca, zamieniał się latami w sfrustrowanego mężczyznę, który tłumił w sobie emocje tak bardzo jak to tylko było możliwe i ja – osoba która własnymi rękoma podtrzymywała to wszystko, żeby się dramatycznie nie zawaliło, przy okazji zatracając się w swoim własnym cierpieniu i poczuciu niemocy przy braku realnego wsparcia.
Mój dom sam w sobie (XIX-wieczna wojskowa kamienica) był już przesiąknięty złą energią, pamiętam że kiedy moja rodzina się tam wprowadzała, choć byłam jeszcze bardzo mała, miałam w sobie niepokój i niezbyt przyjemne odczucia w stosunku do tego miejsca. Całe dzieciństwo nękały mnie silne lęki, bałam się ciemności, razem z moim bratem mieliśmy często wrażenia że w naszym domu mieszkają jakieś nadprzyrodzone istoty, czuliśmy ich obecność, bla, bla, bla. Często miewałam koszmary, kiedy byłam dzieckiem bardzo często śniły mi się różnego rodzaju katastrofy, pożary, apokalipsy, wojny zagrażające bezpośrednio mojej rodzinie i budynkowi w którym mieszkaliśmy.
Kiedy już dorosłam i choć czułam, że idę do przodu ciągle kreowały się mi się sytuacje przez które musiałam jeszcze zostać w domu, choć wiedziałam że to tylko kwestia czasu. Kiedy poznałam mojego partnera wyprowadzka była już tylko nieunikniona i kiedy ja beztrosko pełna szczęścia przepełniającego moje serce jechałam pociągiem na randkę z Ukochanym, moja rodzina wtedy po raz pierwszy w całym moim życiu pluła na mnie jadem. Z matką prawie nigdy nie miałam konfliktów, zawsze dobrze się rozumiałyśmy, z bratem tylko jak to z rodzeństwem zdarzały się kłótnie o pada:D, a tutaj nagle jakieś krzywe spojrzenia, jakieś krzyki, jakieś pretensje o wszystko… Teksty typu: „a ty znowu do niego jedziesz?” z miną pełną wstrętu. Z ojcem też miałam więcej kłótni niż zwykle bo zaczęłam się otwarcie stawiać kiedy mi coś nie odpowiadało. Nie mogłam w to uwierzyć, bo nie poznawałam tych ludzi, byli zupełnie inni- zimni, zniesmaczeni, zawiedzeni, co jednocześnie przeplatało się z tym co świetnie już znałam i zapewnieniami, że oni się cieszą moim szczęściem i że wszystko jest w porządku, tak żeby zachować pozory. Zżerało ich od środka, że się w końcu naprawdę zakochałam, że naprawdę wyrywam się z ich chorej struktury. Przy okazji moich poprzednich związków ich podświadomości nie czuły zagrożenia, bo wiedziały że mnie nie stracą - z moimi byłymi facetami nie byłam ani pewna swoich uczuć ani też oni nie byli w stanie się jeszcze wyprowadzać ze swoich domów. Układ mojej rodziny i ich plany wspólnego tkwienia w cierpieniu zaczęły się poważnie walić kiedy ja zapragnęłam żyć własnym życiem i postanowiłam być w pełni szczęśliwa.
I tak też zrobiłam. Kiedy zaczęłam pracować nad sobą wszystko wyszło na wierzch, emocje skumulowane z całego dzieciństwa wylały się. Moja podświadomość wariowała, ale jakimś cudem udało mi się przez to wszystko przejść. Dostawałam mnóstwo miłości, wsparcia i pomocy od partnera, ale w dużej mierze dochodziłam do siebie swoimi własnymi siłami - nie potrafiłam jednak tego docenić. Nie potrafiłam docenić zmian które we mnie zachodziły, przez co miałam poczucie, że cały czas tkwię w tym samym miejscu. Jednocześnie odwiedzając rodzinny dom widziałam, że to nie ja a moja rodzina stoi w miejscu, tak bardzo w tym domu nic się nie zmieniało... Zaczęłam czuć wstręt do tego miejsca i przyjeżdżałam coraz rzadziej wykręcając się ciągłymi wymówkami. Kiedy poszerzyłam swoją świadomość, nie mogłam już zwyczajnie wrócić do tamtego miejsca, same odwiedziny zadawały mi ból i dyskomfort. Dopóki jednak ta nasza rodzinna struktura istniała tak długo coś mnie w niej trzymało.
I nagle wielkie bum. Wybuchł pożar, wszystko się rozładowało, układ się rozpadł, każdy poszedł w swoją stronę, każdy podjął swoją własną decyzję z tym co zamierza dalej ze sobą zrobić. Wiem, że mimo wszystko łączyła nas wszystkich również miłość i troska o siebie nawzajem i mimo możliwych, nawet najgorszych konsekwencji wszyscy w tym samym czasie postanowiliśmy w końcu COŚ zrobić i stawiliśmy czoła sobie samym. Dlatego teraz już dużo łatwiej mi akceptować decyzje moich bliskich, pogodziłam się z tym wszystkim co się stało, bo znam wyraźnie przyczyny i skutki całego zdarzenia. Nie widzę u siebie już podejścia z poziomu dziecka, kiedy to stało się coś strasznego a dziecko nie wiedziało dlaczego i pozostało mu tylko płakać z bezsilności.
Więc, jeśli chodzi o efekty mojej pracy i rzeczy za które siebie doceniam:
1. Cudownie jest mieć świadomość że każda z niemiłych rzeczy jakie miały miejsce w w moim życiu wynikały konkretnie z czegoś, że nie są wynikiem przypadku czy niesprawidliwości tak jak uważałam w dzieciństwie. Miło jest czuć, że nic nie dzieje się bez przyczyny a muszę przyznać że większość życia bałam się strasznie tego faktu. Wolałam okłamywać siebie, jako dziecko wierzyłam że mojej rodzinie nic złego nigdy się nie stanie, że wypadki i katastrofy to rzeczy które nas nie dotyczą, jednocześnie usprawiedliwiając nieprzyjemne zdarzenia zrządzeniem losu i niesprawiedliwością. Doceniam swoją dojrzałość i moją otwartość na ciągłe poszerzanie swojej świadomości.
2. Odpadła mi też całkowicie potrzeba kontrolowania życia moich bliskich za wszelką cenę, chęć opiekowania się nimi i wieczne martwienie o nich moim kosztem. Moją rodzinę zobowiązałam się chronić za wszelka cenę, jednak kiedy już rozumiem że każde z moich bliskich ma prawo żyć swoim życiem tak jak chce, nawet jeśli w cierpieniu i niemocy, ja to zaakceptuję. Jeśli ta osoba nie chce pomocy, ja nie będę jej wmuszać tej troski na siłę. I od razu zrobiło się miejsce na moje potrzeby, na moje odczucia i w efekcie relacja z moją matką wygląda coraz lepiej, a tak się tego bałam, że to nigdy się nie ułoży, że ona już zawsze będzie na mnie tak wisieć. I udało się! A wydawało się nie możliwe…
3. Choć zacięcie się broniłam, teraz nie wyobrażam sobie życia bez rozwoju, bez modlitw i medytacji, bez ciągłego poszerzania swojej świadomości, bliskości z Bogiem i poprawiania jakości swojego życia. Nie wyobrażam sobie, żebym kiedykolwiek miała pozostać bierna. Odpadł mi strach przed rozwojem, pamiętam jak na początku miałam takie skojarzenia, że gdy zacznę się sobą zajmować otworzę puszkę Pandory i się nie odnajdę w strumieniach emocji które mnie przytłoczą. Emocje okazały się tylko emocjami, konfrontowanie się z nimi nie było wcale takie straszne, a kiedy przestałam je w sobie tłumić w końcu poczułam przestrzeń i wolność w swoim sercu. Nie było tak strasznie jak mi to mówiła moja podświadomość, emocje nie zalały mnie, nie przytłoczyły, za to coraz subtelniej odkrywam siebie i subtelnie sięgam do swojego wnętrza.
4.Nie wymagam już od siebie za dużo, zauważyłam też że mniej analizuję umysłem a więcej czuję sercem. Nie nakładam na siebie zbyt dużej ilości pracy, robię to co w danym momencie czuję, nie załamuję się ilością swoich obciążeń i problemów, tak jak to kiedyś było. Kiedy na luzie rozpracuję jeden problem przy okazji uzdrawiają się kolejne i wszystko tak ładnie płynnie przechodzi, dzięki czemu czuję się już tylko coraz lepiej niezależnie od tego co mam jeszcze do przerobienia. Mam o wiele większą akceptację dla swoich słabości, nawet jeśli np. w towarzystwie czuję się niepewnie i plącze mi się język, już się tym nie przejmuję i zapewniam siebie że nic się przecież takiego nie stało, zamiast niepotrzebnie wyolbrzymiać problem. Dzięki temu łatwiej otwieram się na więcej,a moje zmiany są dużo bardziej efektywne, bo nie blokują się przez kompleksy i brak wiary w siebie.
5.Otwieram się na ludzi. A to dla mnie naprawdę duża zmiana i coś co zawsze pragnęłam osiągnąć, mieć fajne relacje z ludźmi i czuć się przy nich całkowicie swobodnie. Dużo się w tym temacie u mnie zmieniło, a zaczęło się od tego że (w końcu!) poznałam świadomą i bardzo ciepłą, mądrą przyjaciółkę z którą mogę porozmawiać o wszystkim. To dla mnie nowość, bo wcześniej nie wyobrażałam sobie, że mogłabym tak po prostu fajnie dogadywać się z nowo poznaną osobą, która nie jest jednocześnie moim partnerem:P Nauczyłam się oczekiwać od ludzi dobrych rzeczy, przestać ich stale podejrzewać o złe zamiary.
6.Perfekcjonizm. Mam gdzieś czy jestem w czymś perfekcyjna czy nie, moja wcześniejsza podświadoma zasada oscylowała wokół stwierdzenia: „zrób to idealnie (a nie-jak najlepiej potrafisz), albo nie rób w ogóle”;D Więc tutaj również jestem z siebie dumna. Widzę to przy okazji rysowania, czy chociażby gotowania. Im więcej się spinałam tym bardziej nie wychodziło, tym bardziej byłam z siebie niezadowolona i czułam się do dupy. Teraz jestem zadowolona z takiego poziomu jakim mam, akceptuję swoje niedoskonałości, że czegos jeszcze nie umiem, że czegoś nie wiem. Uczę się cały czas i jest mi z tym świetnie. Doceniam to co już potrafię, doceniam swoją pracę i moje postępy. A jeśli chodzi o gotowanie – OMG, odkryłam skrywany talent, wystarczyło wrzucić na luz:P
7.Ciesze się tym co jest, potrafię transformować złe samopoczucie w dobre samopoczucie, wcześniej często zatracałam się w swoim cierpieniu, wyolbrzymiałam problemy, szybko się poddawałam, ogólnie deprecha:D Czuję się dużo pozytywniej nastawiona do świata, do mojego życia, do ludzi których spotykam.
Nie ma dla mnie już problemów nie do przeskoczenia. Pozostałe negatywne myśli czy codzienne problemy to dla mnie teraz takie pierdoły, z którymi nawet nie walczę. Pozwalam żeby wszystko swobodnie, stopniowo, krok po kroku się uzdrawiało, bo wiem że na pewno się uzdrowi. Wiem, że już teraz będą mnie spotykać tylko same dobre rzeczy, bo taki jest mój wybór:)
Jupi
