Miałam na dzisiejszej terapii dalszy ciąg wspomnień z Tybetu.
Najpierw zobaczyłam w sesji oddechowej twarz z obcietą dolną wargą. Było to dla mnie przerażające. To był wieśniak, a ja byłam mnichem. Potem ten sam wieśniak został pozbawiony górnej wargi. Widać mu było zęby przez które uciekała ślina. Cierpienia tego człowieka były straszne. Zrozumiałam że wargi zostały mu obcięte za to że nie chciał oddać pańszczyzny, tłumacząc że nie będzie miał co jesć. Więc mu obcieli wargę mówiąc, że od teraz nie będzie mógł jeść więc jedzenie mu nie będzie potrzebne. Gdy nadal nie miał z czego oddać pańszczyzny, to mu obcieli drugą. On się kręcił koło naszego klasztoru, więc widocznie do nas należał. A ja musiałam na niego patrzeć. Nie poradziłam sobie z tym w tamtym wcieleniu. Jedyne co wtedy pragnęłam to płakać z żalu nad tym człowiekiem po całych dniach, ale nie było mi wolno. Musiałam się rozwijać duchowo, bezemocjanalnie, spokojnie i na odcięciu od uczuć. Tamte emocje mogłam wyrazic dopiero teraz, na terapii. Płakałam długo na cały głos. Potem sobie uświadomiłam że ta moja litość wynika z moich inicjacji w bothisatwę i przyrzeczeń wspołodczuwania ze wszystkimi cierpiącymi. Ja czułam cierpienia tego człowieka i dlatego tak bardzo mi było go żal. Po tym uśiwadomieniu nagle wszystkie uczucia mi minęły i poczułam że znów mam serce z kamienia a jedyne co czuje to pustkę.
Rozwój w warunkach obecności tak ogromnego okrucieństwa nic mi nie dawał.