Pozytywne Inspiracje
Forum => Karma i reinkarnacja => Wątek zaczęty przez: Witek D. w 2013-04-18, 21:09:51
-
Z uwagi na przedłużające się i zastanawiające mnie komplikacje związane z pracą u mnie, podjąłem ten temat
Przypomniało mi m.in. jak budowałem fortece gdzieś w średniowieczu (budowałem, czyli te kamienie układałem), troszkę obozowo mi się przypomniało, też karma (mająca chyba u mnie największe znaczenie) z Egiptu. Tam dostawałem hipnozy na ciężką pracę, dodatkowo też, zapewniano mnie o tym, że ciężka praca prowadzi do oświecenia, że można je osiągnąć poprzez ciężką pracę. A wokół mnie wtedy zachwyty gdy ciężko pracowałem "jak on ciężko pracuje [z takim podziwem i dumą]". Kierownikiem tam był mój obecny ojciec i tu też ten motyw się przejawia, że jestem doceniany tylko za ciężką pracę a inne się nie liczy. Zresztą co wcześniej zrozumiałem, dla mojego wewnętrznego dziecka pochwała i docenienie ze strony ojca liczyły się najbardziej jeśli chodzi o wzbudzenie motywacji. Ale ta część już za mną.
Nie jest to moje pierwsze podejście do tematu ciężkiej pracy, ale coś mi się wcześniej udało. Teraz jeśli pracuję np. fizycznie, to potrafię znajdować rozwiązania które ułatwiają mi pracę, sprawiają że jest lżejsza (albo ktoś mi proponuje metodę na to) albo okazuje się że moja praca czy nadmierny wysiłek nie są potrzebne (a efekt i tak jest osiągany). Na razie próbuję sobie oczyścić intencje (zwłaszcza z uwagi na różne opcje które się pojawiły dla mnie) zarówno co do pracy jak i bardziej w szczegółach - intencje co do zakwaterowania w pracy (przy pracy), otoczenia i warunków pracy.
-
mam cos podobnego, oczyszczam temat, ale te hipnozy na ciężka pracę mnie osłabiają.
-
odnośnie tematu wątku, to wpadło mi dziś w oczy takie ogłoszenie na FB:
"zatrudnimy pracowników z dużym poczuciem humoru do pracy za śmieszne pieniądze" :))
-
No w końcu udało mi się załatwić ten wyjazd do Holandii :) Super sesję miałem wczoraj u MariuszaEro (polecam :D) i poczułem że jestem już zdecydowany i gotowy by jechać, no i dziś dostałem telefon że mogę jechać w poniedziałek już.
-
Witku super , że w końcu poszło :)
a przez jakie biuro jedziesz? bo ja też się wybieram niedługo i nie wiem, z którego skorzystać, w sumie to mam listę pośredników z Opola, chyba zostanie wybrać "na czuja" bo od czytania opinii mózgownica puchnie, przdałoby się wybyć tak na 3 miechy , u mnie problem tego typu, że muszę kogoś znalesć by opiekował się tatą, a tak to chyba jestem gotowa
-
Kolega załatwia :)
-
Witek, świetnie :)
-
:)
-
Inga,
Proszę, powiedz, a jak Ty sobie radzisz w pracy? Czy w pracy wiedzą o Twoich "problemach" schizotypowych, czy nie ujawniasz tego. No i jak układają Ci się relacje z ludźmi? Pytam, bo sam mam z tym problem.
-
Jutro ci odpowiem.
-
Dobrze :)
-
Ja też miałam problem z konfliktami z ludźmi z pracy. I też z powodu konfliktu z kierowniczką, zostałam zwolniona. I stało się tak pomimo tego że ze wszystkich sił starałam się ustępować i być miła. Tak się dzieje że ofiary jak magnes przyciągają wykorzystywaczy oraz osoby lubiące rządzić. Ja też zawsze byłam otoczona takimi ludźmi, podobnymi do mojej rodziny.
Obecnie widocznie na tyle się zmieniłam że już nie przyciągam takich dominujących ludzi. Ale i tak bardzo się staram aby nie wzniecić konfliktu.
O moim zaburzeniu nikomu nie mówię i udaję że jestem normalna. Z powodu tego udawania muszę być bardzo nieszczera i skryta, bo właściwie to niczego nie mogę o sobie powiedzieć. Więc moje rozmowy polegają na zdawkowej wymianie zdań np. o pogodzie. I dlatego nie mam żadnych relacji z ludźmi.
Jedynie na forum pozwalam sobie na pisanie tego co myślę i wchodzenie w konflikty, bo jak zostanę stąd wyrzucona to nie będzie to takie nieszczęście.
I radę mam taką, że jeżeli się jest ofiarą to trzeba ustępować i w żadnym razie nie stosować rozwiązań siłowych bo i tak zostanie się pokonanym. Ja tak będę robić do czasu nabrania pewnośći siebie.
Myślę że u ciebie było podobnie i że z żadną życzliwą osobą nie miałeś zatargów.
-
Inga
A jak sobie radzisz, gdy ktoś "wchodzi Ci na głowę"? Tzn. np. współpracownik chce coś szybko od Ciebie, podczas gdy on Ci szybko nic nigdy nie zrobi, albo zrzuca na Ciebie część swojego zadania, a potem zbiera laury, albo próbuje Cię podkopać i wygryźć, bo widzi, że lepiej znasz się na pracy, aniżeli on?
No i jak sobie radzisz z pretensjami szefów, że coś miało być zrobione, a nie zostało, albo z sytuacją, gdy szef wrzuca Ci jedno zadanie za drugim, że wówczas trzeba siedzieć po nocach w pracy, a szef się cieszy, że znalazł takiego osła do pracy, co to za darmo siedzi w nadgodzinach i się wszystkim przejmuje i wszystko robi perfekcyjnie?
Bo u mnie wszystkie powyższe sytuacje występują w pracy.
-
Mario na takich współpracowników to najlepiej nauczyć się dbać o siebie (myśleć w kategoriach, co jest dobre dla mnie) i nauczyć się mówić NIE.
To łatwe nie jest i na początku bardzo trudno jest powiedzieć nie. Bo lęki są duże. Ale najczęściej się okazuję, że świat się nie wali jak powiesz NIE. :)
Na szefów nie znalazłam jeszcze siły. Mimo wszystko myślenie, że "zależy" się od nich jeszcze jest dominujące. Ale po numerach jakie wycieli mi w grudniu i styczniu, nie mają u mnie żadnych szans.
Z szefami u mnie było tak, że ja od zawsze nie doceniałam tego co robię, myślałam, że jestem do niczego, że inni robią lepiej i więcej. I to szefostwo wykorzystywało, bo było wstanie mi każdy kit wstawić, a ja z poczucia winy się na to zgadzałam.
Ale odkąd wiem w czym problem, to już wkrótce nie będą wstanie czegoś takiego zrobić ....
-
Ja wystartowałam nie tak dawno z afką:
Jestem bezpieczna niewinna w porządku i wartościowa gdy rezygnuję z bycia ofiarą. Zasługuję
na Boską ochronę pomoc opiekę i wsparcie.
Piszą ją może jakieś 2 tygodnie. I już widzę rezultaty. Czuję się w jakiś niewytłumaczalny sposób pewniej, bezpieczniej, nawet gdy się coś okazuję w pracy np że coś źle zrobiłam, pomyliłam się, poszli do szefa niezadowoleni klienci, cokolwiek, to ja nie panikuję, nie wchodzę w rolę ofiary.
I nic złego się nie dzieje, energia rozchodzi się " jakby nigdy nic wielkiego się nie stało". Mniej sie też
spinam w pracy, jeśli chodzi o szybkość robienia czegoś. Kiedyś bardzo mnie to stresowało, presje
niecierpliwych ludzi, którzy atakowali. Teraz jest dużo lepiej. Nie boję się też tak, że popełnię błąd.
A pracuję na etacie w usługach foto, więc przychodzą ludzie, do zdjęć, często są to osoby, które bardzo siebie nie akceptują, wtedy bywało, że chętnie zwalały winę na fotografa, czyli mnie;)
choć na zdjęciu wyglądali nawet lepiej niż w rzeczywistości, ale nie było to ważne.
Pomogła też afka:
Zasługuję i jestem zawsze wystarczajaco dobra, wartościowa , kompetentna i mam wszystko
co potrzebne by zarabiac bardzo duze sumy moich własnych pieniedzy, byc bogata, żyć
w dostatku i byc niezależna finansowo.
Trochę długa, ale moja pś takie obrazowe lubi:)
Jeszcze odkryłam niedawno, że czułam się nie w porządku, gdy brałam od ludzi pieniądze, za moją pracę. To było dziwne.
-
"Jeszcze odkryłam niedawno, że czułam się nie w porządku, gdy brałam od ludzi pieniądze, za moją pracę. To było dziwne."
To nie jest dziwne:D
Często wystepuje, mnie czasem tez to nawiedza szczegoónie gdy mam dług karmiczny wobec kogoś
-
Mariomar
Miałam taką sytuację jaką opisujesz i sobie wtedy nie poradziłam, zostałam zwolniona.
Ja dostawałam trudniejszą pracę za co zbierałam reprymendy a moja koleżanka, bardzo silna i pewna siebie, zbierała laury. Jak tylko się postawiłam kierowniczce, tak wyleciałam. One były koleżankami a ja do wysługiwania się mną.
Jeżeli chodzi o współpracownika to myśle że tutaj da się coś zrobić asertywnością, bardzo przemyślanymi argumentami, spokojem i operowaniem faktami. Bez wchodzenia w walkę. Ale ja za bardzo bałam się tej koleżanki aby móc na niej cos wymóc. Te wszystkie lata to było pasmo cierpien i upokorzeń.
Teraz w tamtej sytuacji też bym sobie nie poradziła.
Jako rozwiązanie widzę tylko pracę nad sobą i wychodzenie z roli ofiary, podwyższanie samooceny po to aby nie być traktowanym jak śmieć.
Obecnie mój współpracownik chciał mi wejść na głowę a ja ostro zaprotestowałam ( chciał palić w pracy) Od tamtej pory mnie nie lubi, bo musi wychodzić na papierosa. Ale że ten pracownik nie jest nikim ważnym więc ta kłotnia nie ma znaczenia. Innych problemów raczej nie mam.
Ciekawe że zostałeś zwolniony podczas gdy byłeś bardzo przydatnym (darmowym) pracownikiem.
-
Dziękuję, Inga. :)
No właśnie, ja też jestem taką ofiarą, co to kuli się w kłębek. A jak zaatakuję i tzw. "wygarnę" co myślę, zwalniają mnie. Ale czasem człowiek po prostu nie wytrzyma przy tak niskiej samoocenie i wybuchnie we własnej obronie, jak skundlony pies, który wystraszony, w akcie desperacji nagle jeszcze zaatakuje.
-
Bo taki jest schemat przejawiania się ofiary. Wytrzymuje upokorzenia i wytrzymuje tak długo jak tylko da radę. A jak już absolutnie nie jest w stanie tego wytrzymać to atakuje. Jednak z tego powodu że bardzo sie boi to po takim ataku przegrywa.
-
Najlepiej oczywiście działa wysoka samoocena.
Ale na teraz...
Często na zmianę nastawienia szefa do nas pomaga humor, bajer i w ogóle podejscie na luzie. Świat sie nie zawali. Byłem świadkiem wielu sytuacji, w których rozmowa, żart, gadki szmatki zmiękczyły nie jednego szefa.
Przypomina mi się, jak w księgarni wypada własiciel z zaplecza i zaczyna się czepiać. Młoda pracownica nie wie za co sie wziąć, trochę panikuje a starsza mówi: oj tak ciężko będzie, niechże pan nas nie straszy itd. Mówi to z dystansem, w sumie dalej wyraża to, co czuje, opisuje sytuację, a szef się uspokaja i rozmowa zaczyna się rozkręcać na inne tematy niż źli pracownicy.
Sytuacji i sposobów może być wiele. Może nie zawsze to będzie działać, ale często jest skuteczne. Szef też człowiek :)
-
Samoocena to podstawa, ale też poczucie bezpieczeństwa i niewinności:)
-
Moze macie jakieś doświadczenie w tym - jak najskuteczniej przekonać podświadomość, że konsekwencja i systematyczność w działaniu są korzystne, opłacalne, fajne i de facto lekkie, bo np.: niczego nie trzeba nadrabiać, lub szybciej się osiąga cel dzięki konsekwencji?
Na razie to mi wywalają skojarzenia pt. "systematyczna praca, to nuda, hardcore i niekreatywność".
Ułożyłam zatem kontrę: "Już teraz otwieram się na to, ze systematyczność w pracy i działaniu jest dla mnie lekka, ciekawa, korzystna i sprzyja mojej kreatywności"
Ale może macie jakieś inne jeszcze pomysły, uwagi czy rady? Bo czuje, ze mogę wszystkiego nie widzieć ;)
-
Ja mam podobny "problem" :D
Stosuje metodę małych kroków kaizen i chwalę się za każdym razem jak mi się udaje lub robię postępy.
Tłumaczę sobie korzyści z systematyczności, jednocześnie dając sobie pole do swobody.
Moja pś strasznie nie lubi jak coś jest jej narzucane z góry. Ale jak ją przekonuję i daję pole do jakiejś swobody to jest chętniejsza do współpracy :)
-
Grażynka - teraz mam mnóstwo swobody, duże jej pole - a nadal nie mogę się przekonac do systematyczności i jej korzyści.
Wiem, że na pewno bruździ mi w tym jeszcze fakt, że mimo iż ponad rok temu systematycznie się odchudzałam (zbilansowana dieta, nie głodowanie), ćwiczyłam ... i choć uzyskałam wymarzoną wagę, to od ostatniego lipca (kiedy ważyłam tyle ile chciałam), hop-siup, waga skoczyła znów 7 kg w górę. To mnie zdemotywowało do systematycznosci ;)
Choć wiem też świadomie, ze po osiągnięciu wagi i kondycji, jakiej chciałam, znów mnie żżarły w pewnym momencie stresy i odpuściłam - zatem systematyczość np.; ruchu wtedy poszła się paść.
Czyli niby świadomie wiem, ze to był wynik zaniedbania np.: systematycznego ruchu, ale i tak wywala mi na systematyczność, ze ona nic nie daje (człek się tylko namęczy i po chwili znów to samo, co było;) :D
-
Na razie jednak wprowadziłam innowację, by pokazac sobie ile np.: czasu marnuję, po pierwsze na opory w trakcie pracy, a po drugie na niekonsekwentne działanie;
Zapisuje sobie 1. czas startu pracu, 2. czas realnego startu pracy (1 i 2 nie zawsze są takie same;), i 3. ile realnie mi zabrała; jak wypadają przerwy w realizacji danego zlecenia, np.: projektowaniu - tez je wpisuję.
Mam nadzieję, ze to mi uświadomi dobitnie, ze nie opłaca się odwlekać i być niekonsekwentną ;)
-
Na razie jednak wprowadziłam innowację, by pokazac sobie ile np.: czasu marnuję, po pierwsze na opory w trakcie pracy, a po drugie na niekonsekwentne działanie;
Zapisuje sobie 1. czas startu pracu, 2. czas realnego startu pracy (1 i 2 nie zawsze są takie same;), i 3. ile realnie mi zabrała; jak wypadają przerwy w realizacji danego zlecenia, np.: projektowaniu - tez je wpisuję.
Mam nadzieję, ze to mi uświadomi dobitnie, ze nie opłaca się odwlekać i być niekonsekwentną ;)
Asia trzymam kciuki :)
Moja pś by zastrajkowała :D
No ale każda jest inna i co innego ją motywuje :)
-
Grażynka - dzięki :)
Na razie u mnie działa (na razie drugi dzień;), myślę jednak, ze nie zawsze bedzie to potrzebne, chodzi głównie o wybicie mnie ze schematu roboty, w jaki wpadłam.
-
Ciekawostka - tak jak zacząłem sobie afirmować na początku zeszłego tygodnia że wybieram zawsze siebie w pracy, tak od tego czasu ani dnia nie pracowałem bo ciągle coś tam się okazywało że nie ma dla mnie pracy (a ogólnie była). Teraz idę na inny dział, choć trudno mi przewidzieć jak tam będzie :)
-
Witek, wielokrotnie podkreślałeś jak bardzo nie lubisz się przemęczać i pewnie podświadomość 'wybieram siebie' zrozumiała jako 'nie muszę nic robić' ;)
-
Nie, tu rzeczywiście chodziło o to żebym nie odrzucał siebie (bo czułem w niektórych pracach, że to robię) :) Potrzebowałem się wewnętrznie zintegrować żeby razem ze swoim wnętrzem iść do pracy a nie odrzucać je dla pracy.
-
Jakiej afki uzyc przy transformowaniu pogladu, ze szef predzej czy pozniej zabije/doprowadzi do smierci?
-
Iustitia, co do afki nie wiem.
Ale jest modlitwa :
Dobry Boże, powierzam tobie oczyszczenie, uzdrowienie i , bezpieczne dla mnie rozjaśnienie - relacji pomiedzy mną . . . XXX, a . . . szefemXYZ.
Niechaj się dzieje, dokonuje i dokona.
Dziękuję, że już się dokonało
W pierwotnej wersji to było 3 razy rano po przebudzeniu i wieczorem przed zaśnięciem. Ok 3 dni max.
Ale coś czułam, że jakby mało było.
Obecnie, po konsultacji z Leszkiem - DO O-PO-RU :)))
Można ją powtarzać co jakiś czas.
-
Marylka to zaszłość karmiczna, dlatego chce afką przedsesyjną
dzięki za odzew:-)
-
Witek
No to good for you :)
-
Clint
:) Powodzenia w uzdrawianiu.
Z moich obserwacji widzę, że z pracą jest tak, że pewnych rzeczy nie widać, mam na myśli wzorce. Do momentu gdy nie zacznie się działać w temacie. Dopiero pojawiają się sytuacje które rożne nasze braki obnażają. Do tej pory spały sobie spokojnie, a my nie mieliśmy o nich pojęcia.
Ja mam tak, że co jakiś czas znajduję dość sprawnie pracę, gdy tego faktycznie chcę. Czasem nawet mam więcej niż jedna opcja do wyboru.
I wywala, oj wywala niestety. Ja to uzdrawiam, a wtedy tracę tą pracę. Najpierw sobie myślę, że szkoda, bo cześć tego co tam było było fajne, mam tam jakieś poczucie straty, zastanawiałam się nawet czy to czasem nie ja sprowokowałam i czegoś cennego przez to nie straciłam.
Ale po pewnym czasie okazuje się, że zupełnie nie. Ostatnio po moim odejściu, okazało się, że sytuacja w samej pracy znacznie się zmieniła na dużo gorszą. Np moja kierowniczka (prawie połówka) zaczęła bardziej szaleć i atakować pracowników( o czym sama mi nawet powiedziała, zagadując do mnie po jakimś czasie), poszła w jeszcze "mroczniejszą" stronę, a ja w zupełnie przeciwnym kierunku. Poza tym okazało się, że dziewczyny zaczęły pracować po 13 godzin dziennie, czasem po kilka dni z rzędu, gdzie wcześniej było ustalone 8 godzin. Ja już bym na takie coś na pewno nie poszła. Wygląda to tak, że wyciągnęłam z tej pracy to co dla mnie było dobre, uzdrowiłam to co było do uzdrowienie i odpadłam.
I tak co nowa praca, okazuje się dużo lepsza, ale też nie doskonała. Jest dokładanie taka na miarę moich obciążeń i tego co przepracowane. A ja tak sobie uzdrawiam stopniowo. Nie idzie to może w bardzo szybkim tempie, ale nie skupiam się w swoim rozwoju tylko na tym temacie, ale ogólnie na różnych rzeczach, które akurat się pojawiają.
Tak mam akurat, że pracuję nad wieloma tematami równolegle.
-
Dzięki :)
No ja jak na razie obserwuje to co się dzieje u mnie w temacie to widzę, że dzieją się różne rzeczy, które generalnie czemuś służą. Zeszły rok pod kątem pracy był bardzo fajny, przychodziło do mnie samo bez mojego wysiłku wiele okazji na dorywcze dorobienie sobie pieniążków, w tym świetna praca wakacyjna do której chodziło z czystą przyjemnością.
Teraz jak chciałem się wyprowadzać i w związku ze związkiem :D, wywaliły mi różne mechanizmy, głównie jakieś nerwicowe od ojca przejęte i inne obciążenia, co sprawiło że zrobiło się dość niefajnie. No, ale z perspektywy czasu widzę, że wszystko było właściwe - kijowa praca pojawiła się jako możliwość przejawienia pewnych chorych wzorców z których się wyleczyłem, co było cennym doświadczeniem, a to że potem kolejne dwa miesiące nie pracowałem też mi służyło - mogłem sobie z grubsza ogarnąć sprawy uczelniane z którymi w sumie chyba bym się nie wyrobił przy pracy na pełen etat i miałem też mnóstwo czasu na związek, czasu który w sumie był bardzo nam potrzebny przed wspólnym zamieszkaniem na poukładanie sobie różnych spraw.
Teraz dopiero czuje tak serio że to już najwyższy czas i nie mogę się doczekać kiedy już będę chodził do tej pracy rozpoczynając cały ten proces usamodzielniania się. Nawet się nie denerwuje jakoś przed poniedziałkową rozmową - czuję że po prostu tam jadę dowiedzieć się co i jak, zaprezentować swoje bogate możliwości i zdecydować czy ta praca mi odpowiada. Bardziej się boję, że to mi warunki będą nie pasować niż to, że mogliby mnie nie chcieć :P No, ale żebym miał nie wziąć tej pracy to musieliby chyba płacić jakieś totalne grosze, bo ogólnie nawet jeśli praca sama w sobie się okaże nudna i monotonna to idę w to, a potem będę myślał na szukaniem czegoś lepszego. I tak już wolę nudę niż ciągły stres i nienawidzenie tego co się robi. A grunt, żeby zacząć coś robić, to przyspieszy to też dalszy rozwój tego wszystkiego.
-
Czyli by wychodziło teraz na to, że dla Ciebie praca, która jest znośna, to jest nudna:)
Polecam sobie posłuchać medytacji Leszka na przyjemne zarabianie.
Dla mnie teraz to jest priorytet jeśli chodzi o pracę. Widzę, że to ważne. Trzeba mieć przekonanie że się zasługuje by dostawać duuuużo pieniędzy za przyjemność właśnie.
Zauważyłam, że mocno ugruntowane jest przekonanie, że pieniądze dostaje się za poświęcenie, za to że coś trzeba nieprzyjemnego znosić, poświęcić.
Mi to pokazywali klienci, marudząc że drogo teksty w stylu, że za co tyle pieniędzy, mają płacić.
Widziałam, jakie mają wyobrażenia na ten temat. I że ja głębiej też takie wątpliwości mam.
-
Znośna praca nie musi być nudna, ale akurat ta gdzie złożyłem CV może się taka okazać, ale to się jeszcze zobaczy, bo ogłoszenie było bardzo ogólnikowe i nie wiem na ile zróżnicowany zakres obowiązków bym miał.
Myślałem nad tym, żeby popracować z tą medytacją o której piszesz, ale wpierw chyba będę musiał nad ojcem popracować, bo on mi jeszcze za bardzo bruździ pod wieloma względami.
-
Clint przenieś tę dyskusję do wątku Karma związan z pracą, bo fajne rzeczy piszecie :)
-
Przeniosłem :)
A co do pracy - mimo że boję się różnych niefajnych rzeczy, to gdzieś tam w środku czuję że będą się dziać rzeczy dla mnie korzystne i właściwe na dany czas, więc nie boję się utknięcia w nieciekawym miejscu. Myślę że będzie się działo to co potrzebne, aby dojść do tych fajnych warunków i będzie tylko lepiej i lepiej, nawet jeśli pojawią się chwilowe trudności.
Zresztą sam jestem ciekawy jak to będzie - usamodzielniam się i sięgam po niezależność finansową od moich rodziców, wiec to dla mnie coś zupełnie nowego i niezwykle przełomowego. Podekscytowanie i chęć korzystania z korzyści takiego stanu górują nad lękami mimo wszystko, więc zamierzam iść do przodu nawet gdybym miał to robić na miękkich nogach :)
-
Dla mnie teraz to jest priorytet jeśli chodzi o pracę. Widzę, że to ważne. Trzeba mieć przekonanie że się zasługuje by dostawać duuuużo pieniędzy za przyjemność właśnie.
Zauważyłam, że mocno ugruntowane jest przekonanie, że pieniądze dostaje się za poświęcenie, za to że coś trzeba nieprzyjemnego znosić, poświęcić.
Dla mnie też to jest priorytet : )
W Polskim społeczeństwie poświęcenie jest dość mocno rozwinięte i wręcz gloryfikowane. Ludzie się poświęcają dla związków, rodziny, kraju, pracy - dla czegoś z zewnątrz, licząc na miłość, uznanie, większe pieniądze, docenienie partnera/szefa, raj po śmierci : )). Czyli tym samym wierzą, że sami nigdy nie zagwarantują sobie tego, czego pragną i że zawsze będą zależni od presji, oczekiwań, widzimisie, które płyną z zewnątrz.
Kojarzy mi się to z dużą niemocą w materii, z poczuciem odrzucenia, odcięciem od własnej mocy, niemożności odnalezienia się w świecie i wyobrażeniu, że ten świat rządzi się swoimi własnymi zasadami, wobec których można się zbuntować, albo dostosować (tak czy siak człowiek jest nieszczęśliwy). Czasem zapominamy, że boskie prawa również tutaj są nadrzędnymi prawami i jeśli będziemy z nich korzystać, zasady w świecie przestaną być męczące, ograniczające, czy przytłaczające.
-
Ja jeszcze nie dotarlem do tego ze pieniadze ktore mam z pracy, sa dla mnie :) na razie jestem na etapie przekonania ze jestem wiezniem pracy, a idea zebym cos sobie kupil to cos niepojetego ;)
-
Podekscytowanie i chęć korzystania z korzyści takiego stanu górują nad lękami mimo wszystko, więc zamierzam iść do przodu nawet gdybym miał to robić na miękkich nogach :)
To dobry sposób, by przełamywać lęki. Gdy realizujemy jakiś cel, warto na każdym kroku podświadomości przypomninać "po co to wszystko" : ).
-
Witek D
To dla mnie to niewyobrazalne co piszesz, nie dałabym chyba tak rady, ja musze miec korzysci z pracy, na zasadzie przyjemnosci jakie mam z tego, lubie materialne rzeczy, lubie ładne otoczenie, przedmioty, gadzety, ciuchy, restauracje, kina i inne rozrywki, sprzety itd:D
Poza tym nawet praca którą wybieram daje mi tez korzysci z faktu bycia pracownikiem, np znizki na interesujace mnie przedmioty czy usługi.
Chyba karmy ascety to nie mam, spotykam sie tez z przekonaniem, że jestem czerwonym aniolem:P
Może coś w tym jest, bo miałam karmiczne relacje z czerwonymi:)
A jednoczesnie wiem, ze moj stosunek do materii jest nieuzdrowiiony, pomimo ze lubie materialne zycie.
Głównie materialne przedmioty i nature.
Natomiast ciało to, wyglada na to, temat ktory najbardziej u mnie kuleje. Podobnie jak temat mocy, w materii...
Kinga
Dokładnie tak samo to widzę, tutaj temat mocy, zwłaszcza w materii, się kłania.
-
Laka
Bo wiesz :) Ja zawsze bylem wysylany do pracy bo ktos mi mowil i wykonywalem ja zeby miec spokoj i wrocic do tego co lubie. Nigdy nie bylo w tym cyklu korzysci z pracy, tylko - wyznaczono, robie, wracam do swoich zajec. I karma mi jeszcze uklada to tak, ze nie bede mial namacalnych korzysci z obecnej pracy, chociaz staram sie przekonac, ze to normalne kiedy mam pieniadze z pracy dla siebie, na to zebym cos sobie kupil itp. Z kupowaniem sobie to tez jest bajka, bo mi zawsze kupowano wszystko a rzadko kiedy sam cos sobie kupowalem (poza jedzeniem). Jeszcze nie zaskoczylo u mnie ze moge cos zobaczyc w sklepie i kupic to za wlasne pieniadze :)
-
WitekD
Ach to pokazuje, że kazdy ma swoj uklad wzorców.
Wiesz, to ze Ci kupowano, to dobrze, bo juz pś wie, ze moze dostawac:) Od kogos.
Ja poczułam spełnienie, gdy nakupowałam sobie wczoraj kilka lakierów, jakieś pomadki, w sumie gorka kosmetykow. Jest promocja w Rossmanie.
Jak faaajnie, nie musze wybierac, w kolorach mogę wziąć wszystkie:D
To smieszne ale moja pś tak ma: chodzi o bogactwo formy, kolorow.
Ostatnio zaczelo mi sie chciec planowac: mam takie tabliczki kolorowe na ktorych mam powypiswane co chce miec, duże i male rzeczy: np aparat foto, segregatory do dokumentów, a takze jakies domowe potrzebne sprzety, cokolwiek.
I od jakiegos czasu regularnie te rzecz realizuje, potem wymazuje i wpisuje kolejne cele:)
Jak się tak zastanawiałam, to jestem bardzo zadowolona bo systematycznie realizuje to co chce. Ale nie trzymam sie tego kurczowo tzn jesli w miedzy czasie zachce cos innego, to wtedy skupiam sie na tym. Nie zakladam czy mam dostac, czy sama kupic, obojetnie, tak samo jak nie ustalam czasu. Jesli wyjdzie cos innego w miedz y czasie to realizuje to, do czego akurat jest chec i okazja a jest juz teraz:) Bez presji, to tylko moj pewien kierunek:)
Bo czasem miałam tak, ze kupowalam pelno pierdól w miedzyczasie ktore mnie kusily, a nie kupowalam tego co naprawde chciałam, potrzebowałam. Bardziej kusił mnie ten zbytek, niz to co realnie chciałam i bylo mi potrzebne, uzyteczne, poprawiało komfort zycia.
Taki system mi tez uswiadamia pewne rzeczy, takze to ze korzystne dla mnie cele sa rownie wazne jak przyjemnosci. np nowy materac, albo sprzet kuchenny, albo wydatek na szkole dziecka jest równie wazny dla mnie jak np nowy ciuch. To tak fajnie mnie równowazy, mam poczucie ze dbam o swoje zycie tak samo jak o swoje jakies tam przyjemnosci.
-
Laka,
Fajny temat poruszyłaś - potrzeby : ).
Zauważyłam, że wielu z nas ma tendencje do bagatelizowania własnych pragnień, potrzeb, celów – umniejszając w swoich oczach ich wartość i często przekonujemy siebie, że bez pewnych rzeczy można się obejść np. nowe ciuchy, wymarzona wycieczka itd. Tak naprawdę utwierdzając się w przekonaniach, że nigdy nie będziemy mieli wszystkiego na czym nam zależy i pewnych pułapów nie przekroczymy. Pewnie, że jak mamy ograniczoną ilość pieniędzy, to trzeba ustalić priorytety, ale moim zdaniem warto przypominać podświadomości, ze wszystko jest równie ważne. Tym bardziej, że jeśli podświadomość nieustannie dostaje sygnał, że to o czym marzymy, czego chcemy jest mało ważne, to znaczy, że to co płynie z nas jest niewiele warte i nie ma sensu się tym zajmować (czyt. kreować na to pieniądze).
Wielu z nas ma też mocno zakorzenione przekonanie, że w życiu trzeba nieustannie wybierać, balansować, że nie można mieć wszystkiego na czym nam naprawdę zależy „mogę mieć albo to, albo tamto”. Dlatego warto uczyć podświadomość, że „mogę mieć jedno i drugie”, można zacząć od drobnych rzeczy, ale jak podświadomość załapie, to zacznie kreować na dużo większa skale.
Każdy z nas jest inny i ma inne cele, potrzeby, pragnienia. I to jest w porządku. Więc nie warto bagatelizować własnych potrzeb, nawet jeśli one są różne od potrzeb innych ludzi i wielu ludzi uważa te potrzeby za „zbędny luksus” :).
-
Kinga
Tak często jest, że pod wpływem ludzi w otoczeniu, zaczyna się uważać swoje potrzeby za nieważne,
głupie, bo są nie akceptowane i nie aprobowane przez innych ludzi. Zwłaszcza gdy żyło się w rodzinie, która nie była z nami harmonijna. Tu akurat myślę, o dysharmonii celów.
I to bardzo ważne, by sobie poukładać, tak jak napisałaś, że nie trzeba wybierać, poświęcać czegoś, czy z pewnych aspektów siebie rezygnować, by mieć coś innego, z czegoś rezygnować.
-
Laka, Kinga - dziękuję wam za te posty - pojaśniało :))
-
Nie wszystkie potrzeby są potrzebne, niektóre pragnienia są starymi pragnieniami i warto zwrócić na to uwagę, odpuścić i realizować to co jest naprawdę nam potrzebne. A to co jest nam naprawdę potrzebne, my w głębi wiemy co tym jest. Otwieranie się na Boga, na oświecanie świadomości, to też nauka przyjmowania darów od Boga, a Bóg zawsze życzy nam najlepiej, najobficiej. Każdy z nas bez względu na to czy teraz się opiera czy nie- bezwarunkowo zasługuje i może- wrócić do bogactwa którym od zawsze jest
-
Olga, pozwól innym odnajdywać i doświadczać Boga w drobnych przyjemnościach w doświadczaniu materii, jest to dla nich tak ważne, jak dla ciebie mistyczne oświecenia świadomości : ).
Mam takie wrażenie, że deprecjonujesz materie, jako coś mniej istotnego, jako coś, czym nie warto sobie zaprzątać uwagi tym, z czym się wiąże. Dla mnie jednak oczywistością jest, że Bóg przejawia się przez materie i doskonale można w niej funkcjonować nie tracąc z oczu najwyższej jakości, którą On Jest.
-
Ja właśnie o tym piszę:Dla mnie jednak oczywistością jest, że Bóg przejawia się przez materie i doskonale można w niej funkcjonować nie tracąc z oczu najwyższej jakości, którą On Jest. W:
Otwieranie się na Boga, na oświecanie świadomości, to też nauka przyjmowania darów od Boga
Ja od materii nie uciekam, nie wiem skąd ten pomysł:)
-
Olga, dzięki że wyjasniłaś :)).
Chyba to moje jeszcze stare klisze astralne. Mam jakies przewrażliwienie na tym punkcie, bo pamiętam, że przez wiele wcieleń różne istoty wmawiały mi, że materia jest be, i Bóg z materią nie ma nic wspólnego, że liczy się tylko oświecenie - którego w efekcie nikt nie doznał i nikt nie rozumiał (ciebie też stamtąd pamiętam). Mam w pamięci jeszcze pogardę tych istot dla mnie i mojego zamiłowania do życia, świata, seksu, poznawania Boga poprzez przyjemność bycia i doświadczania materii :)
-
A to że kiedyś, to tak:)
-
Ale mi sie ujawniło pomieszanie związane z działaniem. Wszystko urasta do wielkiej rangi, że nie mogę podjąć w sposób normalny żadnej decyzji. Do tego jeszcze mam takie pomieszanie, że ciężko mi cokolwiek zrobić, doprowadzic do końca. Coś mi ciągle zakłóca. Jakieś dziwne przeszkadzające programy powodujące we wszystkim bałagan. I jak tu normalnie pracować.
-
To dla mnie to niewyobrazalne co piszesz, nie dałabym chyba tak rady, ja musze miec korzysci z pracy, na zasadzie przyjemnosci jakie mam z tego, lubie materialne rzeczy, lubie ładne otoczenie, przedmioty, gadzety, ciuchy, restauracje, kina i inne rozrywki, sprzety itd:D
Poza tym nawet praca którą wybieram daje mi tez korzysci z faktu bycia pracownikiem, np znizki na interesujace mnie przedmioty czy usługi.
Odnosnie jeszcze tego, bo sobie uswiadomilem - to zeby moc sobie cos kupic, nigdy nie bylo dla mnie motywacja do pracy, t.zn. nie wplywalo na moja motywacje. Dla mnie to jakby niepowiazane rzeczy. Praca praca, a to ze mialem/mam pieniadze na kupienie czegos, to wynik jakiegos zbiegu okolicznosci albo tego ze pieniadze na zakupy dostalem. Od dawien dawna (juz od pierwszych podejsc do pracy w wieku 13-14 lat) tak to u mnie dzialalo ze pieniadze z pracy nigdy nie plynely na zakupy (czasem do 10-15%). Jak tak pamietam to jeszcze wtedy, wszystko mi mama brala "pozyczala" ode mnie :)
-
Witek
No właśnie, Twoja pś nie widzi sensu, bo to i tak nie dla niej te pieniądze, które zarobi. A pracować trzeba bo...
To mi się już zaczyna kojarzyć z wzorcami niewolniczymi, albo misjami.
U mnie w domu tego nie było i moi rodzice nie obiecywali czegoś czego potem nie zrealizowali.
Nawet jeśli tak się stało, co było rzadkością, to rekompensowali to w inny sposób, albo faktycznie coś się
takiego podziało, że sprawa się trochę odwlekła, ale widziałam że to nie z ich jakiejś chęci oszukania mnie.
Mi się jeszcze nie zdarzyło w tym wcieleniu trafić na pracę za którą nie dostałabym pieniędzy, np wypłaty. Zwykle też moja wypłata się nie opóźniała. W sumie to zawsze była tak jak miała być.
I wiem, że moja pś nie zaakceptowałaby takiej sytuacji, od razu bym zrezygnowała z pracy, gdyby tylko
pojawił się taki problem.
Pisząc to sobie właśnie uświadamiam, że tak było właśnie w domu.
To jest tak, że na ile mamy wzorce na tyle pozwalamy innym ludziom.
To bardzo ważne jak widać, jak nas rodzice traktowali, także odnośnie pieniędzy.
Ja mam takie podejście do syna, że on jak ma pieniądze, a dostaje od wszystkich wokoło, więc zwykle ma całkiem sporo kasy, to ja mu pozwalam robić z nią co tylko zechce, nawet gdyby miał 200 zł wydać na naklejki. Uważam że to nie moja sprawa, nie moje pieniądze.
A on szybko się nauczył, że nie warto i czasem podziwiam jego rozważność w temacie kasy:)
A ostatnio ulubioną zabawą jest bycie szefem firmy. Bawią się w szkole: on ma firmę, jest szefem i zatrudnia pracowników. Coś tam produkują, chyba perfumy z roślin w szkolnym ogrodzie.
Wpadł na pomysł, że będzie płacił swoim pracownikom po 5 zł za jakiś czas. Realnie. Ja mu tłumacze, ze to tylko zabawa i ze nie musi. Ale gdyby się uparł i to robił, to trudno jego sprawa:)
-
Tak sobie myślę, że moje karmiczne bycie "utrzymanką", np mojego połówka, choć nie tylko,
wynikało z tego, że dla mnie inne cele były znacznie ważniejsze niż pieniądze, praca i zarabianie.
Bogactwo i pieniądze nie były celem, były środkiem, czymś co jest potrzebne, ale nie powinno się na tym skupiać zbytniej uwagi, po prostu ma być i już.
Problem zaczął się w momencie, gdy zaczęło się uzależnienie od innych, brak zaradności i samodzielności w materii.
Dla pś zarabianie pieniędzy, praca to nadal strata czasu, to coś co jest nie po drodze do innych wg pś ważniejszych celów. To mało istotne samo w sobie. Dlatego pś nie chce pracować.
-
Znam te klimaty :D Choć ja przy swojej karmie i samoocenie, wolałem uciekać do klasztorów, kościołów i innych tego typu miejsc, byleby tylko nie pracować, żeby móc cieszyć się życiem i czerpaniem z prostych przyjemności bez konieczności zarabiania. Co z tego że pracowało się tam w sumie więcej niż normalnie, bo obowiązkowi stanowiły dużą część życia, ale nie było lęków o przetrwanie i poradzenie sobie w świecie - to była taka bezpieczna klatka. To ja już nawet wolałem być czyimś niewolnikiem niż samemu się martwić o swój materialny byt :D
Myślę, że warto zauważyć wartość bycia wolną i niezależną istotą, która osiąga swoje cele sama - tak jak chce i kiedy chce. No bo w takiej sytuacji jakiej opisujesz to wychodzi na to, że jakieś konkretne cele są ważniejsze od Ciebie, od Twojej wolności i niezależności (no bo skoro potrafisz je poświęcać na rzecz ich osiągnięcia). Według mnie warto jest zrezygnować z przywiązania do komfortu i innych zachcianek na rzecz sięgnięcia po swoją niezależność, nawet jeśli oznaczałoby to tymczasową utratę tych różnych bajerów. Sam stwierdziłem że co mi po różnych takich celach, jeśli nie będę potrafił ich osiągnąć na bazie swojej niezależności - nie chce być zależny od kogokolwiek. Dlatego też z taką chęcią chce się wyprowadzić z dużego domu z pięknym ogrodem do wynajmowanego pokoiku w nie wiadomo jakich warunkach, ale zapewne dość studenckich i przy niewielkim własnym budżecie na swoje życie. I to nie czuje żebym cokolwiek tracił, a wręcz przeciwnie - nie mogę się doczekać, bo wiem że zyskam tak wiele :) Wolność jest piękna i bezcenna :)
-
W pracy, jak w soczewce widać naszą samoocene.
Z pracą łączy się też mnóstwo tematów, jest ona jakby sumą wielu zagadnień.
Ja np. miałem mnóstwo wzorców przepracowania.
Nie pracowałem nad konkretnymi tematami pracy.
Pamiętam na w odpowiednim czasie doraźnie pomogła mi literatura, książki Osho i inne motywacyjne. Wcześniej nie widziałem sensu w zarabianiu. Ale po lekturze moja pś załapała, że fajnie jest zarabiać, że to może cieszyć. Z książek Osho też się nauczyłem, że z życia trzeba czerpać radość, znaleźć jak najwięcej zadowolenia, szczęścia. Podobnie w pracy, Początkowo był to totalny przymus, później kiedy nastawiłem się na czerpanie radości, pś zaczęła odnajdywać to, co może mnie cieszyć w pracy. Tak sie właśnie ustawiam, że pracy nie odfajkowuję, zaliczam, ale staram sie wyciągnąć jak najwięcej przyjemności, radości, zadowolenia.
Oczywiście u mnie temat czeka na gruntowne zajęcie się nim, ale dużo mi sama zmiana podejścia pomogła.
-
Clint
jak to mówią: ciasny ale własny;)
No u mnie temat przyjemności w pracy, czy w ogóle wypłynął. Czuję zakazy by czuć radość i przyjemność bo...to strata czasu. Nie mogę sobie pozwolić na to, muszę "dać radę", wypełniać obowiązki, walczyć o byt, o lepsze materialnie warunki.
Czuję się po kilku miesiącach baaardzo zmęczona. Dopadły mnie jakieś takie wzorce ciężkości, nieprzytomności, trans zmęczenia, ból ciała.
A co ciekawe( bo nigdy tego nie miałam) niechęć do życia, takie zmęczenie życiem, ból istnienia.
Jedyna moja przyjemność, choć tak w sumie nie powinnam tego nazwać, bardziej zadowolenie, że udaje mi się, daje radę, jestem dość dobra, ogarniam swoją rzeczywistość, jestem odpowiedzialna,
zorganizowana, jak coś sobie wyznaczę jako cel to to osiągam, no i jestem wytrwała w swoich dążeniach. Ale cena jaką za to płacę jest bardzo wysoka.
Poczułam, że rozumiem ludzi, którzy po kilkunastu, czasem po kilkudziesięciu latach życia w taki sposób, użerania się z materią( ja i tak mam całkiem nieźle uważam poukładane w pś i ogólnie otoczeniu, w porównaniu do przeciętnego obywatela) chcą chorować i umierać.
Moja pś uważa, że trzeba się zajmować konstruktywnymi działaniami, które mają na celu zabezpieczyć i poprawić jakość materialnego życia. Materia i tylko tyle. Przyjemność, zabawa, radość
to strata cennego czasu. Żygać się chce.
Tak mi wywaliło własnie po medytce Leszka na przyjemność, po kilku razach odsłuchania.
No i afki na harmonie i milosc zrobiły swoje;)
Przy okazji sobie uświadomiłam co dla mnie może być spełnieniem, przynajmniej część aspektów, różnych dziedzin. I boje sie ze troche późno na to, albo że zycia mi nie starczy. Dużo mam talentów, boje się coś zaangażować bardziej, że stracę tą resztę. A muszę się zaangażowac by być w czymś naprawdę dobra, zarabiać na tym.
Poza tym mam takie talenty zainteresowania, że powinnam być jakąś znaną piosenkarką, tancerką, artystką, czy kimś takim, a najlepiej wszystko na raz:P a nie pracować na etacie.
Tylko samoocena mi na to nie pozwoliła. A miałam taką opcję drogi zycia i się nie zdecydowałam.
Nie wiem dlaczego, czy może być tak, że to niska samoocena, czy karma "nie pozwoliła"?
Albo coś/ktoś mnie przyciągnął tutaj do Polski by być zwykłym szarym ludkiem i rozwijać sie duchowo:P
Czuje że moja dusza chce się spełniać przez sztukę, śpiew, taniec, modeling(?!), no i jakieś tam uzdrawianie duchowe. W taki sposób siebie przejawiać. A moja samoocena jest tak od tego odbiegająca, że czuję że jestem totalnie w lesie. Moje wzorce zupełnie w inną stronę mnie kierują.
-
Laka
Ja startowałem z takiego pułapu, że jak sobie teraz przypomnę, to sie przez moment zastanawiam, czy tak rzeczywiście było. Ja żyłem po to, żeby cierpieć. praca to nic innego, jak tylko cierpienie. Nie wierzyłem, jak ktoś mówił, że coś lubi robić, że robi to dla przyjemności. Myślałem, że ludzie udają takich, żeby inni powiedzieli o nich, jacy są pracowici.
Dzięki rozwojowi duchowemu mój stosunek do pracy zaczął sie powoli zmieniać na lepsze.
Poza tym mam takie talenty zainteresowania, że powinnam być jakąś znaną piosenkarką, tancerką, artystką, czy kimś takim, a najlepiej wszystko na raz:P a nie pracować na etacie.
Tylko samoocena mi na to nie pozwoliła. A miałam taką opcję drogi zycia i się nie zdecydowałam.
Nie wiem dlaczego, czy może być tak, że to niska samoocena, czy karma "nie pozwoliła"?
Albo coś/ktoś mnie przyciągnął tutaj do Polski by być zwykłym szarym ludkiem i rozwijać sie duchowo:P
Może wybrałaś taka drogę, bo chciałaś bardziej uzdrawiać karmę. Chciałaś mocniej popracować.
Talenty możesz wykorzystywać, choć może teraz więcej energii poświęcasz na oczyszczanie podświadomości.
No to, o czym piszesz dobrze działa dekret Leszka, sens istnienia.
Ja dodatkowo afirmowałem sobie coś na swoje wzorce w stylu: radość ma sens, przyjemność ma sens, miłość ma sens, szczęście ma sens, praca ma sens.
-
Mateusz
Z tym sensem to trafione:) Pomedytuje nad tym, afek sobie nie dokładam na teraz, bo i tak już mam dużo na wierzchu i piszę 4.
Sens istnienia mi się też przyda, tylko, że na razie, chce popracować z medytą Leszkową na przyjemne
zarabianie.
Ale mnie dzis mój ojciec wkurzył, w sumie nic wielkiego nie zrobił, ale mu wywalało i coś tam mi z taka
energią powiedział, a ja poczułam wkurzenie, że on nie chce mi wcale pomagać, najchętniej by się mnie
pozbył. Chyba jakaś stara karma dała znać o sobie. Grrr
Duzo tych aspektów mi wyszło, czuję sie na chwile obecną przyłoczona tym wszystkim, a moja pś wywala wszystko jak leci.
Mi najbardziej obecnie chyba ciązy lek ze sobie nie poradzę, lęk że nie dam rady bo mam za mało siły, energii, czasu, możliwości, itd. A mam być niezależna i nie powinnam oczekiwać od nikogo pomocy.
A chyba najbardziej się boję że zachoruje i nie bedzie nikogo kto mi pomoże, gdy ja nie bede w stanie sobie pomoc, albo ze ja nie bede wstanie czegoś zrobic, gdy ktoś bliski bedzie potrzebował coś ode mnie, pomoc wsparcie.
-
Laka
Ja startowałem z takiego pułapu, że jak sobie teraz przypomnę, to sie przez moment zastanawiam, czy tak rzeczywiście było.
Mam podobne myśli na swój temat :). Pamiętam wiele lat temu, jak tylko zaczynałam pisać jakiekolwiek afki w temacie pieniędzy to w ciągu kilkunastu minut dostawałam gorączki i wymiotowałam. Przez pół roku nie byłam w stanie napisać ani jednej afirmacji. Dopiero po pół roku modlitw mogłam zacząć pracować z afkami, bo coś odpuściło.
-
Kinga
Wiem ze to dziwnie zabrzmi ale inspirujące co piszesz, w świetle tego, jak temat przepracowalaś:)
Jest nadzieja:D
-
Laka :))
-
Kinga :) gratuluję fajnych osiągnięć.
Laka
Tak sobie przypomniałem moje podejście do materii. Miałem dużą niechęć do niej, do tego jeszcze wzmocnioną przez głupie praktyki niechęci do materii. Do tego problemu podszedłem z innej strony. Ponieważ mam duszę podróżnika i fascynuje mnie przyroda, piękno krajobrazów, zacząłem zmieniać swoje podejście do materii. Skoro to wszystko jest z niej zbudowane, to dzięki niej mogę zachwycać się pięknem. Ponieważ podoba mi się świat przyrody, piękne widoki, więc nie mogę jednocześnie odrzucać materii, bo odrzucałbym to piękno, które mnie fascynuje. Materia nie może być też zła, skoro zachwyca pięknem.
-
Clint, dlaczego uważasz, że praca w sprzedaży to manipulacja?
-
Nie twierdzę, że każda sprzedaż to manipulacja, ale na pewno ta z którą ja miałem do czynienia. Już pierwszego dnia w jednej pracy szef mi zaproponował w ramach doszkolenia książkę pt. "Alchemia manipulacji" :D Po za tym w większości takich miejsc od telemarketingu trzeba z klientem rozmawiać w taki sposób, aby go do czegoś przekonać, naciągnąć na więcej niż potrzebuje, przedstawiać mu coś w samych superlatywach (z pomijaniem wad, co już też jest manipulacją), itd. Nie rozmawia się z ludźmi jak z osobami, którym się życzy tego co najlepsze i najkorzystniejsze dla nich, ale jak z workami pieniędzy na których można coś ugrać...
Ja w sprzedaży akceptuje poziom co najwyżej nienachalnej zachęty do kupna, ale nie namolnego namawiania i naciągania.
-
widocznie dobry jesteś z manipulacji, dlatego take propozycje pracy otrzymujesz xD
-
No jestem :D
-
Mateusz,
"Materia nie może być też zła, skoro zachwyca pięknem" - pięknie :)
-
Marylka :))
-
No jestem :D
Haha, grunt to szczerość
-
http://demotywatory.pl/4139124/Dziesiec-prostych-sposobow-na-to-jak-utrzymac-spoleczenstwo-w-posluszenstwie
wydaje mi się, że to się również przenosi czasem na pracę
-
Kurde, jakaś dziwna rzecz mi wychodzi odnośnie karmy pracy o_O
Jedno, to że za pracę nie powinienem dostawać płacy, że to w sumie dobroć ze strony pracodawcy. Najlepiej byłoby pracować po prostu za wikt i opierunek, ale wiadomo że tak się w społeczeństwie nie da, więc pracować za tyle aby można było sobie jakiś wikt i jakiś opierunek zapewnić. I jeszcze jakieś małe kieszonkowe, ale to zdecydowanie nie więcej niż 200-300 złotych miesięcznie. Kupowanie ubrań czy butów to już np. duża sprawa.
Drugie, zarabianie. Praca w ogóle nie wiąże się z zarabianiem "luźnych" pieniędzy, takich do wydawania o_O Je się załatwia w inny sposób. To zupełnie niezwiązane tematy.
Trzecie, wyświadczanie przysług/usług, okazjonalnie i nie na etat to nie praca. Na tym można zarabiać pieniądze "do wydawania".
Czwarte, praca właściwa raczej musi być na etat, a na pewno musi jakoś wiązać. Praca z domu może jeszcze działać, ale praca na własny rachunek to nie jest praca tylko zarabianie o_O
Piąte, praca służy do tego, żeby być normalnym człowiekiem. W końcu "każdy pracuje". Im bardziej wiążąca, biurowa/taśmowa i im mniej namacalne są rezultaty tej pracy, tym lepiej. Najlepiej aby obyło się bez kontaktu z osobą która na tym zyskuje i bez kontaktu z gotowym produktem. I gdy się nie ma takiej pracy, jest się śmieciem, pasożytem i nie wartym miejsca w społeczeństwie -- niezależnie od tego, jakich usług się mu dostarcza.
O pomysły mile proszę ._.
-
Jedno, to że za pracę nie powinienem dostawać płacy, że to w sumie dobroć ze strony pracodawcy. Najlepiej byłoby pracować po prostu za wikt i opierunek, ale wiadomo że tak się w społeczeństwie nie da, więc pracować za tyle aby można było sobie jakiś wikt i jakiś opierunek zapewnić.
Oczywiście mogloby ci się pokazac jak tyrasz w starozytnym egipcie w pocie czoła, ale dla mnie to się wiąże z bardzo ogólnymi tematami "ogólnorozwojowymi", tak jak byś miał prawo do nie wielu rzeczy w życiu. Poza tym, taka jest świadomośc społeczna i "realia kolektywne"(statystyka), więc defaultowo dostajesz takie coś i będąc otoczony takimi owcami nie trudno przyjąć "wikt i opierunek" jako "swoje miejsce w życiu". Ogólnie ludzie żyją w polsce za wikt i opierunek, w zachodnich krajach tez z reszta większości się nie przelewa o ile nie jest np. specjalista czy singlem oszczedzajacym kase i zyjącym jak student) a i często ludzie nie mają zapewnionych podstawowych rzeczy. Więc ogólnie jak ktoś wzbija się na wyższe poziomy energii i utrzymuje się tam mimo tego wszystiego wokolo powinien zacząć dostrezgac inne możliwości.
Nie ustanawiałbym takich ogólnych definicji że "praca na własny rachunek" jest z definicji lepsza od etatu, wypełnianie jakiejś niszy to już na pewno co innego, ale sam fakt robienia czegoś na własny rachunek..? Statystycznie chyba w organizacji zawsze więcej sie wyciągnie i może być większa stymulacja do rozwoju (mowie o duchowym) jakaś społeczność którą się przyciąga, lustro itd, większy kontakt z rzeczywistością. Ale generalnie niech energia sama wybiera podobne, im mniej mentalnych wskazówek tym lepiej.
-
Lynd
Ja tez obecnie pracuje w temacie pracy:) Podpowiem coś , pewnie to słyszałeś wiele razy, ale to co
piszę wynika z mojego doświadczenia, więc sprawdziłam :)
No więc zasługiwanie, zasługiwanie zasługiwanie i niewinność:)
U mnie podobne wzorce wychodziły. Powiem to tak, praca na etacie, w kilku pracach to było odtwarzanie karmy.
Byłam wtedy przekonana, że to dla mnie najlepsza praca, nie tam własna firma. Choć mogłam taką z pomocą rodziców w pewnym
momencie otworzyć, robić to co lubię, co jest mi bliskie, a i wychodziło w badaniach że to w 100% zgodne z moim ND.
No ale w końcu tak kombinowałam, że nie wypaliło, na moje własne życzenie, nie weszlam w to. Oczywiście, karma jaką jeszcze miała, może nadal mam z rodzicami zrobiła swoje, no i garść karmicznych rzeczy związanych z pracą właśnie.
Ok wylądowałam na etacie i mogę powiedzieć, że było to dla mnie korzystne... tylko pod kontem pola do oczyszczania tej karmy;) Bo kreowałam wg mojej pś i wiele rzeczy się pokazywało, były męczące, niemiłe więc musiałam je odreagowywać. Bardzo ważna jest samoocena. Ja będąc na etacie mam kontakt z bardzo wieloma ludźmi, często takimi którzy o rozwoju duchowym nawet nie słyszeli, mogłam sobie poobserwować. To mnie zmotywowało, by zrezygnować z chęci doświadczania z nimi.
Tak podsumowując to mogłam obyć się bez tych doświadczeń, nic wartościowego mi to nie dało. Czuję się znacznie pewniej
w pracy, w reacjach z ludzmi. Jest to jednak wynik przepracowywania tego na bierząco. Ale i tak dojrzewam do tego, że praca na etacie to nie jest to o co mi ostatecznie chodzi. Może być opcją przejściową, by się ogarnąć z samooceną, z materią.
Czyli po karmie, która mnie w te wszystkie prace różne pchała. Gdybym miała bardziej czysto w pś, uważam że mogłabym od razu trafić lepiej:-)
Ważne jest by zrozumiec, że jest się wartościowym, to jest podstawa, no i niewinnym mając to wszystko co najlepsze. Zasługuje się na to i tyle:) Cała reszta to jakby skutek tego. No i niewinność, że jestem ok, gdy jest mi dobrze, lekko, łatwo, przyjemnnie wszystko przychodzi, pomimo, że inni ludzie cierpią, męczą się, ciężko pracują.
Mi się wydawało, że inni są lepsi ode mnie, bo są zdolni, mają coś ekstra czego ja nie mam, czasem to przybierała jakieś konkretne formy jak np studia itp. To są wg mnie wyobrażenia. Oczywiście pewne kompetencje ok ale tego mozna się nauczyć,
z tego co widzę że konkretnych umiejętności nie uczą na studiach, a potrzebne są by wykonywać jakąś prace.
Chodzi o to by przejrzeć pewne iluzje, wyobrażenia jakie się ma, w jakie się uwierzyło, co trzeba zrobić, by być bogatym, dużo
zarabiać.
Tak sobie jeszcze myślę, ze głębiej jest jakieś niezasługiwanie na bogactwo, na spełnianie się we własnej tworczości czy coś w tym stylu, bo równie dobrze, mając własna firmę mogłabym tych samych nieprzyjemności doświadczać, ale więcej zarabiać;) Więc tu się kreuje wypadkowa:)
-
Doświadczyłem ostatnio czegoś nowego w temacie pracy i zarabiania i to wspaniałe doświadczenie .Nie dość ,że opłacono mi wczasy nad morzem to jeszcze naprawdę dobrze za nie zapłacono .Na domiar tego, to to co robiłem na tych wczasach sprawiło ,że te wczasy były o wiele przyjemniejsze niż gdybyśmy sami sobie po prostu pojechali(z partnerką) wypocząć. Podświadomość była naprawdę skołowana:)
Mam nadzieję ,że to jaskółka ,zapowiadająca wiosnę i nie skończy się na tym jednym epizodzie:)
-
Ontoja - namiary, please ;))
-
ontoja
super:-)
-
Ontoja, na pewno to poczatek fajnej przygody z prosperity:-)
Lynd, mi sie tu widzą wzorce ascetyczno-minimalistyczne + nieodreagowana pepowina. Odnosnie pepowiny, to takie osoby nigdy nie odnajdą się w pracy na własny rachunek, bo w podświadomości wręcz jest przymus podłączenia sie pod strukturę (korporacje, zakład pracy), to im daje złudne poczucie bezpieczeństwa i pewności. Napewno warto sobie odpuścić społeczne wyobrażenia dot ciężkiej pracy, malych zarobków i niespełnienia w temacie. Ja w zyciu pracowałam tylko przez 1,5 roku na etacie i to był dla mnie wystarczający czas by sie utwierdzić, że dla mnie są to same ograniczenia i nie dadzą mi tego co praca na własny rachunek 1. zarabiasz tyle, ile chcesz 2. pracujesz, wtedy kiedy chcesz, aczkolwiek znam osoby, które pracują w korporacjach i są zadowolone. Jakby mnie ktoś chciał zatrudnić to by musiał mi zapewnić: zarobki min 25tys miesiecznie, wolne wszystkie wekeendy, urlop w czasie kiedy sama decyduje, praca od 7-15stej, no i oczywiscie zajecie które lubie robić i mnie bawi, bez tego ostatniego, nawet dobre zarobki by mnie nie zmotywowaly :-)
-
Ontoja - gratuluję!
Jesteś fajną inspiracją - że da się;-)))
-
Jeszcze zależy co się robi na tym etacie i na jakiej jest się pozycji. Można mieć pełną niezależność i swobodę działania (nawet jako "szeregowy" pracownik) , a organizacja tylko dostarcza narzędzia pracy, albo skale działania, których samemu by się nie zdobyło. Ludzie wybrali różne zawody, mają różne wykształcenie dlatego nie każde nawet da się wykonywać samemu.
-
Kinga, no nareszcie jakiś rozsądny miesięczny dochód ;))
I dzięki za wyliczenie co może w osiągnięciu tego przeszkadzać .
-
Kinga,
No może to być coś z tą pępowiną. Bo jest takie przekonanie, jakby dopiero ta praca nadawała mi jakiejś racji bytu, a bez takiej pracy to tylko marnuję powietrze i jestem zbędnym elementem społeczeństwa -- niezależnie od tego ile bym zarabiał ;)
I jeszcze co mi wyszło, że ta praca musi być możliwie głupia i bezcelowa o_O Czyli najlepsza byłaby jakaś bezmyślna papierkowa robota, gdzieś w czeluściach korporacji czy administracji publicznej, gdzie miałbym mały wpływ na cokolwiek, bo jest tyle warstw nad i pode mną. Mrówka to za dużo powiedziane, bo ona widzi rezultaty swojej pracy. A ja tu widzę bycie jakimś trybikiem w maszynie, który niekoniecznie jest potrzebny czy niezbędny, a może i nawet zawadza, ale maszyna jest tak wielka że sama nie bardzo wie jak działa. Może gdzieś tam tak widzę społeczeństwo o_O
Druga rzecz jaka mi jeszcze przyszła, to to przekonanie że zawsze muszę być wciśnięty między ludzi (pś na to raczej "między debili") którzy stanowią jakiś "przekrój społeczeństwa", a z którymi może nie do końca chce mi się zadawać. Już temat kiedyś odreagowywałem, ale najwyraźniej nie do końca. Tak jakby to był jakiś (znienawidzony) gwarant nie tyle bezpieczeństwa co... normalności?
Może rzeczywiście nie widzę swojej mocy, więc odruchowo pcham się tam, gdzie uważam że będzie najbezpieczniej, czyli z wielką pępowiną do "najbardziej przeciętnej" części społeczeństwa i takiej roli społecznej...
-
Lynd,
a wierzysz w to, że możesz być po prostu POTRZEBNY światu i ludziom? że to co możesz mieć do zaoferowania, może być niezwykle POTRZEBNE innym? Celowo napisałam dużymi literami, by jeszcze bardziej zwrócić uwagę twojej podświadomość na bycie potrzebnym : ). Wyczułam u ciebie jakiś lęk, który się rozwinął we wczesnym dzieciństwie. Może ktoś z bliskich osób, traktował cię trochę jak problem? I teraz podświadomość wierzy, że lepiej upodobnić się do innych, nie wychylać się i wtedy będzie względny spokój. Bo jak jesteś jakąś indywidualnością (pokazujesz światu jasno i wyraźnie swoją moc, swoje talenty, jesteś po prostu sobą), to jest to problem dla otoczenia - czują się zagrożeni, nie wiedzą co z tym mają zrobić i mogą nawet reagować agresywnie. To jaki jesteś, nawet jeśli jesteś zupełnie różny od ludzi, którzy żyją wokół ciebie, może stać się twoim atutem. Dlatego warto rozwijać w sobie poczucie "taki jaki jestem, jestem potrzebny - a co za tym idzie chciany, kochany i doceniany" : ).
-
Kinga,
No ta informacja jakobym miał być potrzebny ludziom to już w ogóle mnie zgniotła ._. Nie wiem co kiedyś narozrabiałem, ale teraz solidnie za to pokutuję. Nie mówiąc już o tym, że kontroluję się, ograniczam i "chronię świat przed sobą" jakbym był conajmniej jakimś Hulkiem ._. Przejawienie tego dla korzyści wydaje mi się na ten moment jakieś absurdalne, ale też zobaczyłem jak bardzo szukam aprobaty innych (zamiast Boskiej) i jak bardzo "nieprzebojowy" przez to jestem. Jakiekolwiek bycie przebojowym automatycznie kojarzy mi się z tym, że zrobię coś złego. Więc, gdzie najlepiej się schować jak nie w najbardziej niepotrzebnym i bezużytecznym miejscu, pokazujac ludziom że nie odstaję w żaden sposób od nich?
Na pewno ma to dużo wspólnego z moim wcześniejszym fanatyzmem. Zarówno w sensie karmicznym jak i tu na forum, swego czasu uwielbiałem ludzi przekonywać do tego co uznawałem za prawdę, nawet używając tego (teraz śmiesznego) określenia "no z mojego doświadczenia powiem ci że..." (Tłumaczenie: jestem lepszy, bo coś przejawiam, i nie mam poszanowania dla twojej indywiudalności, bo skoro u mnie podziałało to u ciebie też.)
Niby sprawiedliwość czuję że mam "odhaczoną", i teraz już traktuję się ograniczająco bardziej z przyzwyczajenia, ale jeszcze coś jest na rzeczy i nie jestem pewien co.
-
Bycie potrzebnym innym czy światu to bycie tak naprawdę potrzebnym samemu sobie. To Ty możesz dać samemu sobie to, co najwspanialsze. Twoja osoba. Ty sam sobie samemu. I dopiero z tej radości dawania sobie samemu tego, co najwspanialsze, wypłynie radość dawania innym tego, co najwspanialsze. Nie da się nie robić czegoś w kierunku innych, gdy tej radości w środku będzie tyle, że będzie musiała być jakoś wypuszczona na zewnątrz. Sama się wypuści.
-
Martinus,
Możliwe że chaotycznie napisałem, ale aktualnie (wywałkowo oczywiście) nie widzę innej potrzeby jak tylko zamykanie siebie w "więzieniu." Tym bardziej dawania ludziom czegokolwiek innego niż satysfakcja z tego, że w takim więzieniu siedzę.
-
Lyndzik,
niech ci się uzdrawia, jestem pewna, że z pomocą Góry znajdziesz światło w tunelu i pozwolisz sobie wyjść z więzienia ściągając kajdany iluzji, ograniczeń i poczucia winy :)
-
Kinia, dzięki :)
Tu napisałem tylko rzeczy diagnostyczne, ale to co pisałaś dało mi też pozytywy, które "same się" zrobiły i o których nie ma co się rozpisywać :) Więc ładnie pomogło.
-
fajnie :)
-
http://deser.pl/deser/1,111858,17702123,Lekarz_uratowal_malutkiemu_Chrisowi_zycie__30_lat.html?utm_source=facebook.com&utm_medium=SM&utm_campaign=FB_Gazeta
-
Ontoja, na pewno to poczatek fajnej przygody z prosperity:-)
Lynd, mi sie tu widzą wzorce ascetyczno-minimalistyczne + nieodreagowana pepowina. Odnosnie pepowiny, to takie osoby nigdy nie odnajdą się w pracy na własny rachunek, bo w podświadomości wręcz jest przymus podłączenia sie pod strukturę (korporacje, zakład pracy), to im daje złudne poczucie bezpieczeństwa i pewności. Napewno warto sobie odpuścić społeczne wyobrażenia dot ciężkiej pracy, malych zarobków i niespełnienia w temacie. Ja w zyciu pracowałam tylko przez 1,5 roku na etacie i to był dla mnie wystarczający czas by sie utwierdzić, że dla mnie są to same ograniczenia i nie dadzą mi tego co praca na własny rachunek 1. zarabiasz tyle, ile chcesz 2. pracujesz, wtedy kiedy chcesz, aczkolwiek znam osoby, które pracują w korporacjach i są zadowolone. Jakby mnie ktoś chciał zatrudnić to by musiał mi zapewnić: zarobki min 25tys miesiecznie, wolne wszystkie wekeendy, urlop w czasie kiedy sama decyduje, praca od 7-15stej, no i oczywiscie zajecie które lubie robić i mnie bawi, bez tego ostatniego, nawet dobre zarobki by mnie nie zmotywowaly :-)
Kinga, a jesli robiac np. na wlasny rachubek (jak ja) ciagle nie osiagamy takiej pozycji finansowej, jaka nas satysfakcjonuje? Co to moze byc za ograniczenie?