Pozytywne Inspiracje
Forum => Rozwój Duchowy => Wątek zaczęty przez: Blackrose w 2012-03-26, 13:18:43
-
To bardzo prosta afirmacja. Codziennie mówić sobie kocham Cię - przed lustrem, podczas wykonywania zajęć. Świat łagodnieje, może pojawiają się emocje. Ale i tak wszystko zmierza do większego poczucia jedności i akceptacji.
http://www.youtube.com/watch?v=hafUgSyqqLg
-
Za co tak naprawdę powinniśmy się kochać ? Za to że istniejemy ?
-
Można za nic, a dlatego że jest to przyjemne i pożyteczne przy okazji:)
-
Witek,
genialne podejście! Bardzo to do mnie przemówiło :))
-
Najlepiej wpaść w takie koło miłości: kocham siebie, ponieważ kocham siebie i już ;-)
-
Ważne, żeby kochać Siebie, a nie swoje ego ;)
-
Starfire,
a właśnie chodzi o to, żeby kochać też ego. Bo pod wpływem miłości ego się rozpuszcza :) Miłość uzdrawia wszystko :)
Powiem więcej: ego można "załatwić" jedynie miłością :)
-
Felicite:
Nie o to mi chodziło ;) Chodziło mi o prawdziwą miłość do swojej istoty, a nie tylko samowielbienie. Wielu ludzi właśnie to rozumie pod pojęciem 'kochania siebie' lub też nawet pod pojęciem wysokiej samooceny, co nie prowadzi do rozwoju, a do samozaślepienia. :)
-
Co za ciężki wątek...Straszne rzeczy tu wypisujecie;)
-
<<a właśnie chodzi o to, żeby kochać też ego. Bo pod wpływem miłości ego się rozpuszcza :) Miłość uzdrawia wszystko :)
Powiem więcej: ego można "załatwić" jedynie miłością :)>>
A właśnie coś na ten temat słucham http://www.youtube.com/watch?v=Y6bVGFKvcrc
trochę długie.
-
Starfire,
samouwielbienie (rozumiane negatywnie) nigdy nie przynosi pożytku, a miłość zawsze, więc po co rozróżniać, dzielić obiekt miłości?
Korzystniej jest odróżniać "miłość" od Miłości i wybierać tę drugą, niezależnie od obiektu :)
Zareagowałam na Twoje słowa dlatego, że zauważyłam, że myślenie, że trzeba kochać siebie, a nie swoje ego (z którym to trzeba walczyć, a przynajmniej je ingorować), szkodzi. Przynajmniej mnie zaszkodziło :P
Zauważyłam, że to strach przed tym, żeby przypadkiem nie wzmocnić ego, blokuje najbardziej. To tak jak z akceptacją problemu: prawdą jest, że koniecznym warunkiem zmiany jest akceptacja sytuacji obecnej, ale coś przed tym powstrzymuje. Co? No właśnie lęk przed tym, że gdy zaakceptuję, to się nigdy nie zmieni :) W lęku przed pokochaniem ego chodzi o to samo.
Inna sprawa, to po co dzielić "to we mnie jest ego, a to nie". Podział to domena ego :P (poza tym ja uczciwie przyznaję, że do końca nie wiem, gdzie zaczynam się ja-prawdziwa, a gdzie kończy się moje ego)
Lepiej jest zaakceptować, pokochać siebie taką, jaką jestem, a to co nie jest mną prawdziwą (co nie jest miłością), samo wtedy odpadnie :)
Fia,
na warsztacie u Adama robiliśmy takie ćw. - dawanie ego miłości. Bardzo fajnie działa :)
-
Feli:
Zgadzam się, z tym co mówisz i mam podobne podejście. Chodziło mi konktetnie o to rozróżnienie, o którym mówiłaś na początku :) Może źle nazwałam - chodziło mi o to, żeby kochając siebie nie ignorować swoich wad, bo niektórzy w przypływie samouwielbienia zapominają o samokrytyce :P
-
Starfire, aha :)
Wiesz, tak sobie myślę, że wystarczy być całkowicie szczerą i uczciwą z samą sobą (a przynajmniej cały czas się w tym doskonalić), a samouwielbienie i brak samokrytyki nam nie zagrozi :) Wtedy można kochać siebie do woli (bez dzielenia na ego i pradziwe ja), nie karać, nie czuć się winnym, nie krytykować, nie zakazywać, ani nie nakazywać. Akceptować :)
-
Dokładnie tak :)
-
A co jak się sobie to mówi i już w ogóle tego nie czuje? Powtarzam sobie ciągle że kocham i akceptuję ale nie wywołuje to u mnie już żadnych uczuć. Kiedyś potrafiłam tą miłość z siebie wydobyć a teraz nie, nie ma ...
-
Takie znieczulenie to też wywalanka, forma oporu - trzeba po prostu cierpliwie pracować dalej, a w końcu się przez to przebijesz :)
-
Kaja,
zaakceptuj to, że nie czujesz miłości do siebie. Pozwól sobie na to. A kiedy sobie odpuścisz, poczujesz miłość.
Doskonale nadaje się do tego formułka z EFT "Nawet jeśli nie potrafię kochać siebie/nie kocham siebie (czy jak tam to czujesz), to i tak akceptuję siebie całkowicie". Albo "Akceptuję to, że nie kocham siebie". Można przy tym masować punkt wrażliwy, ale nie jest to konieczne.
Akceptacja to zwyczajnie zwolnienie napięcia, oporu. Żeby zaakceptować, nie trzeba robić nic szczególnego. Po prostu puść to, pozwól sobie na to, czyli zaakceptuj.
Ja uważam, że rozwiązanie siłowe (tzw. przegwałcanie oporu, czyli powtarzanie tych samych czynności pomimo oporu) nigdy nie jest dobre. Lepiej zatrzymać się, wsłuchać się w siebie, porozmawiać z sobą po to, żeby dowiedzieć się, co jest przyczyną tego oporu. Najczęściej (a może nawet zawsze?) chodzi o fałszywe przekonania, które blokują rozwój. Chodzi o to, żeby rozpoznać te przekonania i się z nimi rozstać. Wtedy można działać w oparciu o prawdę.
Akceptacja tego, co jest, bardzo to ułatwia, bo likwiduje napięcia, które są przyczyną zawężania świadomości. Kiedy znikają napięcia, można dostrzec na trzeźwo i przytomnie, jak jest naprawdę. A więcej już nic nie potrzeba :)
-
Inspiracja Miłość
-
http://www.youtube.com/watch?v=dZqb-_Y7et0&feature=related
-
Kaja
Nie ma u ciebie reakcji a to oznacza, że pś nie rozumie tych słów. Dlatego polecam Ci użyć innych słów. Zamiast akceptacja- przyjmuję, zgadzam się, czy coś podobnego. Podobnie z miłością. Nie ma co się rzeczywiście upierać ale porozmawiać z pś co ona o tych cechach myśli. Możesz sobie zrobić mały test, czy też przeprowadzić"dochodzenie" za pomocą pytania- bo?
Może być wiele przyczyn, które z pewnoscią znajdziesz. I rzeczywiście trzeba pś dopuścić do głosu :)
-
Znalezione w necie, fajne, podoba mi się :)
Kochać siebie to chwalić siebie i werbalnie wyrażać dla siebie uznanie.
Kochać siebie to akceptować wszystkie swoje działania.
Kochać siebie to mieć zaufanie do swoich możliwości.
Kochać siebie to sprawiać sobie przyjemność bez poczucia winy.
Kochać siebie to kochać swoje ciało i zachwycać się swoim pięknem.
Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz, z poczuciem, że na to zasługujesz.
Kochać siebie to pozwalać sobie na wygrywanie.
Kochać siebie to dopuszczać do siebie innych zamiast godzić się na samotność.
Kochać siebie to kierować się własną intuicją.
Kochać siebie to odpowiedzialnie tworzyć swoje własne zasady.
Kochać siebie to dostrzegać własną doskonałość.
Kochać siebie to przypisywać sobie zasługę tego, co się zrobiło.
Kochać siebie to otaczać się pięknem.
Kochać siebie to pozwolić sobie na zamożność zamiast życia w biedzie.
Kochać siebie to otoczyć się mnóstwem przyjaciół.
Kochać siebie to nagradzać się i nigdy siebie nie karać.
Kochać siebie to mieć do siebie zaufanie.
Kochać siebie to karmić się dobrym pożywieniem i dobrymi myślami.
Kochać siebie to otaczać się ludźmi, których obecność Ci służy.
Kochać siebie to czerpać radość z aktywności seksualnej.
Kochać siebie to często poddawać się masażowi.
Kochać siebie to uważać się za równego innym.
Kochać siebie to wybaczać sobie.
Kochać siebie to pozwalać sobie na czułość.
Kochać siebie to być dla siebie autorytetem, zamiast cedować to na kogo innego.
Kochać siebie to rozwijać swoje twórcze impulsy.
Kochać siebie to cały czas dobrze się bawić.
Kochać siebie to przemawiać do siebie naprawdę łagodnie i czule.
Kochać siebie to stać się własnym akceptującym wewnętrznym rodzicem.
Kochać siebie to przekształcać wszystkie swoje negatywne myśli w afirmacje.
Sondra Ray "Zasługuję na miłość"
-
Bardzo fajne:-)
Jej to wg tej listy kocham siebie calkiem całkiem:)))
-
Dzięki, nie wpadłam żeby o to zapytać podświadomość. Myślałam że do tego nie ma powodów ani na tak ani na nie. No i dostałam odpowiedź. Wiec działam i zobaczymy co z tego wyniknie.
-
http://www.ajnacentrum.pl/node/85
Bardzo mi się spodobał ten artykuł :))
-
http://seksualnosc-kobiet.pl/moje_cialo/samoswiadomosc
-
Fajny artykuł - przypomniał mi jak kiepska jest moja relacja z moim ciałem i jak bardzo ją zaniedbuje, olewam i odsuwam jej uzdrawianie na daleką przyszłość, po wielu innych, "ważniejszych" tematach.
-
Pamietaj, że Źródło które istnieje w Tobie, kocha się w Tobie 24 h/dobę.;D
http://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=fjK8RapdFHE
-
Mam fajny fragment wykładu Louise Hay na temat tego, co można zrobić dla siebie, żeby o siebie dbać i kochać. Mówi tam o rzeczach, o których wszyscy wiemy, ale warto czasem sobie przypomnieć. Nie ma do tego tłumaczenia, ale jak ktoś chce, chętnie wyślę
-
KOCHAJ SIEBIE : )
Kochać siebie to chwalić siebie i werbalnie wyrażać dla siebie uznanie.
Kochać siebie to akceptować wszystkie swoje działania.
Kochać siebie to mieć zaufanie do swoich możliwości.
Kochać siebie to sprawiać sobie przyjemność bez poczucia winy.
Kochać siebie to kochać swoje ciało i zachwycać się swoim pięknem.
Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz, z poczuciem, że na to zasługujesz.
Kochać siebie to pozwalać sobie na wygrywanie.
Kochać siebie to dopuszczać do siebie innych zamiast godzić się na samotność.
Kochać siebie to kierować się własną intuicją.
Kochać siebie to odpowiedzialnie tworzyć swoje własne zasady.
Kochać siebie to dostrzegać własną doskonałość.
Kochać siebie to przypisywać sobie zasługę tego, co się zrobiło.
Kochać siebie to otaczać się pięknem.
Kochać siebie to pozwolić sobie na zamożność zamiast życia w biedzie.
Kochać siebie to otoczyć się mnóstwem przyjaciół.
Kochać siebie to nagradzać się i nigdy siebie nie karać.
Kochać siebie to mieć do siebie zaufanie.
Kochać siebie to karmić się dobrym pożywieniem i dobrymi myślami.
Kochać siebie to otaczać się ludźmi, których obecność Ci służy.
Kochać siebie to czerpać radość z aktywności seksualnej.
Kochać siebie to często poddawać się masażowi.
Kochać siebie to uważać się za równego innym.
Kochać siebie to wybaczać sobie.
Kochać siebie to pozwalać sobie na czułość.
Kochać siebie to być dla siebie autorytetem, zamiast cedować to na kogo innego.
Kochać siebie to rozwijać swoje twórcze impulsy.
Kochać siebie to cały czas dobrze się bawić.
Kochać siebie to przemawiać do siebie naprawdę łagodnie i czule.
Kochać siebie to stać się własnym akceptującym wewnętrznym rodzicem.
Kochać siebie to przekształcać wszystkie swoje negatywne myśli w afirmacje.
Sondra Ray "Zasługuję na miłość"
-
Zauważyłam że ciało jest podobne do niemowlęcia, bo ma potrzeby które muszą być zaspokojone.
Ja leżałam n a łóżku robiąc sobie koszyczek, a moje ciało zaczęło mieć potrzeby. Chciało się poruszać, chciało się najeść, chciało wstać. Ja natomiast chciałam dalej leżeć i robić ten koszyczek. I gdybym nie zaspokajała tych jego potrzeb to ciało czułoby się coraz gorzej aż do tego momentu że zmusiłoby mnie do wstania z zrobienia tego czego ono ode mnie oczekiwało.
Ciało jak niemowlę potrzebuje aby się nim zajmować, dbać o nie, karmić, myć, dotykać, pozwalać mu na ruch, być dla niego dobrym i miłym. A gdy się tego dla niego nie zrobi to zaczyna boleć, chorować, niszczeć, umierać. Tak jak niemowlę, które samo dla siebie nie może zrobic nic, jest w pełni zależne od opiekuna. Może się tylko domagać.
Ja widzę ciało jako coś oddzielonego ode mnie, z czym muszę współpracować i liczyć się z jego potrzebami.
Nie wiem czym jest jedność z ciałem, odczuwanie uczuć ciała jako swoich.
Na razie biorę pod uwagę że ciało może czuć coś innego niż ja, że może mieć własne odrębne ode mnie uczucia czyli chcę zaakceptowac że ciało to nie przedmiot tylko żywa istota.
-
W ostatnim tygodniu uświadomiłam sobie, że nie mam pojęcia czym w zasadzie jest miłość do siebie! W zasadzie to jestem emocjonalnym żebrakiem, niestety czym bardziej odczuwałam potrzebę wspierania, troszczenia, doceniania siebie - tym wiecej jadłam! Bo właśnie taką miłośc poznałam od rodziców - "miłość poprzez jedzenie". Staram sie wzbudzać w sobie to uczucie miłości do siebie(natomiast szybciej mi idzie skrytykowanie czy potepienie siebie niż uczucie miłosci) ale nie mam pojecia czym ono jest - prócz tego, że jedzeniem.
http://www.zglebianieswiadomosci.com/index.php/inne/100-wybor
-
Kocham siebie i jest to miłość z wzajemnością :)
-
Przez długi czas, za nic w świecie nie rozumiałam co oznacza być egoistą? Niestety do tej pory był zawsze ktoś inny na pierwszym planie, w momencie gdy zaczełam pracować nad egoizmem, zaczeły wywalać różne przekonania i sporo niepewności, że jeżeli będe mysleć o sobie to jak będzie z pomoca innym, bałam sie, że w ogóle przestane pomagać, myśleć o ludziach. Afirmowałam, ale było to takie mechaniczne , praktycznie nie widziałam żadnych zmian i kompletnie nie rozumiałam do dnia kiedy ktoś mi powiedział:
Chcesz byc prawdziwym altruistą - badz prawdziwym egoistą! No i zrozumiałam :D
Teraz czas na zrozumienie czystej prawdziwej i bezwarunkowej miłości i samoakceptacji :)
-
Dla mnie miłość do siebie, to dbanie o siebie we wszystkich aspektach, wybieranie siebie. Przy najmniej jak na razie.
I jeszcze się tego uczę.
Kiedy jest nam dobrze, to pomoc innym przychodzi z łatwością, bo jest oparta na nadmiarze, a nie na poczuciu braku.
-
Nie wiem w sumie czemu to piszę, ani w czy w dobrym wątku. Popłakałam się właśnie z ogromnej wdzięczności do Boga, za to że nigdy mnie nie zostawił, że jakaś część mnie zawsze o mnie walczyła i nie pozwoliła zginąć, ciągnęła w górę no i... że mnie uratowała w każdym możliwym znaczeniu tego słowa :)
Przeszłam piekło w tym życiu, od rodziny alkoholowej, przemocy psychicznej i fizycznej w domu, molestowania seksualnego przez własnego brata, bulimii, myśli samobójczych i 2 prób samobójstwa, ogromnego psychicznego cierpienia, nienawidzenia siebie, świata, ludzi, przez kolejne molestowanie, fobie społeczne, kolejne myśli by tylko zniknąć z tego świata - oświadczyłam mojej rodzinie pewnego dnia, że świadomie podejmuję decyzję o samobójstwie i niech mi po prostu pozwolą to zrobić - moje cierpienie sięgało zenitu, do tego poczucie ogromnego odrzucenia, ataki astralne, wywalanki czarnej tantry, które na długo przysłaniały mi rzeczywistość i mnóstwo innych pomniejszych rzeczy. Doświadczyłam ogromnego bólu istnienia, wielokrotnie modliłam się do Boga by mnie stąd zabrał, zniszczył, latami płakałam i w ogóle nie rozumiałam jak ludzie mogą chcieć żyć.
Jednak miałam w sobie cały czas ogromną determinację i upór by to przetrwać i walczyć o siebie, mimo iż miałam czasami wrażenie coraz większego spadania w przepaść i kompletnego bezsensu życia.
Latami wychodziłam z tego wszystkiego, często mając poczucie, że to się nigdy nie skończy. Przyjęłam w końcu zasadę, że jeśli reinkarnacja rzeczywiście istnieje to nawet jeśli teraz nie uda mi się tego życia uzdrowić, to przynajmniej jakąś część i wtedy będę już miała nieco lżej w przyszłym.
Nawet nie wiem czy umieszczać tego posta... choć zdecydowałam, że chcę się kierować w tym roku min. szczerością, no nic, pewnie nacisnę wyślij wiadomość ;)
I tak na koniec chciałam dodać ze łzami w oczach, że dokładnie wiem jak wielkiego cierpienia może doświadczyć człowiek, jak bardzo może czuć się samotny i zdruzgotany. I żeby się po prostu nigdy nie poddawać, bo z wszystkiego da się wyjść, bez względu jak ciężkie wydają się obciążenia, potrzeba tylko czasu i determinacji, a wszystko jest możliwe :)
-
Mela - super, że się wpisałaś, serio, serio :)). Przytulam i bardzo się cieszę, że tak teraz czujesz i wyszłaś z tego wszystkiego!
Znam cześć tych rzeczy w takiej czy innej formie - i ten Twój wpis tez mi uświadomił, ile tak naparwdę czuję wdzięczności - zarówno do Boga, jak i do siebie - ze się nie poddałam, choć tyle razy mogłam i tyle razy próbowałam.
Dzięki Carolieen :)*
-
Mela
Ja ci też dziękuję :-***...
-
Caroleen
Twój post mnie bardzo wzruszył. Mam łzy w oczach. Nie jest łatwo pisać o takich wydarzeniach ale napisałaś bardzo dobrą nowinę. Da się z tego wyjść! Ja całe życie nie wiedziałam, dlaczego tak dostaję w dupę przesz takie dobre dziecko jestem. Nie wiedziałam dlaczego ten świat się na mnie uwziął, zwłaszcza gdy dotykałam już schizy- totalnie mi się w bani zaczęło walić. Prawie się poddałam ale dalej tu jestem i część mnie jest zdeterminowana do pracy, rozwoju, szczęścia- no dobra może teraz już więcej tych części się robi.
Jak ja Ci dziękuję za tego posta kobieto ! :*
-
dziewczyny :))
-
Caromela
:*dajesz światło i nadzieję+dziękuję:)
-
Efektem modlitw i dzisiejszej medytacji jest subtelne poczucie radości i zasługiwania na bycie szczęśliwą. Dawno nie przebijały mi się tak pozytywne stany i zadowolenie w ciele. Przyszła mi dodatkowo inspiracja "Poddaj się miłości w sobie, a ja ci dam wszystko". Ależ ten Bóg hojny ;)
-
Iustitia,
dzięki :)) miło coś takiego przeczytać :)
W ogóle dzisiaj czuję się inaczej niż zwykle, nie wiem o co kaman... mało, że czuję się cicha (inne słowo mi tu nie pasuje), to czytając dziś książkę, a mam paskudną pogodę - leje, szaro, ponuro, miałam wrażenie w pewnym momencie, że wyszło słońce, jasno się zrobiło, książka pojaśniała. No to się odwracam, pogoda ta sama, czytam dalej, znowu to samo, i znowu czuję to światło w pokoju, na książce, znowu sprawdzam z różnych stron tym razem, pogoda dokładnie ta sama, ani grama słońca. I cały czas miałam wrażenie tej jasności, jakby ona biła ze mnie.. :P
Do tej pory miałam silne przekonanie, że Bóg jest jakby na zewnątrz, poza mną i pozwalam mu po prostu wpływać do siebie, przez myśl mi nie przeszło, że Bóg może być w mnie, zaczęłam sobie mówić, że akceptuję Boga w sobie ... najpierw panika, że mam w sobie intruza, wirusa, który może mnie ogarnąć i zniszczyć. I w ogóle mam jakąś potrzebę by zrozumieć to zjawisko występowania Boga w przyrodzie od strony fizyki :P
-
Karolina
Odważne i szczere wyznanie .
Dokonałaś ogromu pozytywnych zmian ! Jestem w szoku.Brawo.
Taki płacz jest fajny ,uzdrawiający i taka szczerość też.Aż chce się Ciebie przytulić.
"Popłakałam się właśnie z ogromnej wdzięczności do Boga, za to że nigdy mnie nie zostawił, że jakaś część mnie zawsze o mnie walczyła i nie pozwoliła zginąć, ciągnęła w górę no i... że mnie uratowała w każdym możliwym znaczeniu tego słowa :)"
Doświadczyłem kiedyś czegoś bardzo podobnego także rozumiem doskonale te uczucie.
Owoce pracy ,chęci i otwartości na pozytywne zmiany zebrałaś już w tym wcielniu ,nawet nie musiałaś czekać do następnego;)
-
Black Rose
Dzięki za inspirację do afirmacji:"Zasługuję na to aby być szczęśliwym":)
-
Do tej pory miałam silne przekonanie, że Bóg jest jakby na zewnątrz, poza mną i pozwalam mu po prostu wpływać do siebie, przez myśl mi nie przeszło, że Bóg może być w mnie, zaczęłam sobie mówić, że akceptuję Boga w sobie ... najpierw panika, że mam w sobie intruza, wirusa, który może mnie ogarnąć i zniszczyć. I w ogóle mam jakąś potrzebę by zrozumieć to zjawisko występowania Boga w przyrodzie od strony fizyki :P
Protip: wyższe wymiary i wyższe częstotliwości wibracji. Pracuję nad tym już od kilku wcieleń i widzę bardziej w chwilach przebłysku niż na codzień ;)
A tego 'wirusa' chętnie poznam kod źródłowy. Mam nadzieję, że jest open source :D
-
Protip: wyższe wymiary i wyższe częstotliwości wibracji. Pracuję nad tym już od kilku wcieleń i widzę bardziej w chwilach przebłysku niż na codzień ;)
A tego 'wirusa' chętnie poznam kod źródłowy. Mam nadzieję, że jest open source :D
Pewnie dlatego że jest open source, to nikt nie zwraca na niego uwagi :) ludzi zawsze ciągnie do kosztownych rozwiązań :P
-
ontoja,
dziękuję :)) to miłe
Owoce pracy ,chęci i otwartości na pozytywne zmiany zebrałaś już w tym wcielniu ,nawet nie musiałaś czekać do następnego;)
ufff...co za ulga :P
Starfire,
A tego 'wirusa' chętnie poznam kod źródłowy. Mam nadzieję, że jest open source :D
:D
a masz jakieś przemyślenia jak Bóg funkcjonuje? ja serio pisałam o tym zrozumieniu jak/w jaki sposób Bóg istnieje :P
moja pś musi to zrozumieć, skąd się ten Bóg bierze.. powoli acz z oporami ze strachu otwieram się na Niego w sobie
-
Mela:
Intelektualnie to przeanalizowałam już chyba na wszystkie możliwe sposoby (choć oczywiście w przejawianiu się nie istnieje coś takiego jak zbiór zamknięty ;)) i teraz bardziej chciałabym to poczuć w sobie. Tak całościowo bez dzielenia na intelekt/uczucia, we wzajemnej zintegrowanej synergii...
Trudno to oddać słowami i przekazać w stanie zawężonej świadomości, ale generalnie to wszystko istnieje z Boga. Wszystko wynika z Boga, który jest samym istnieniem, absolutem, zasadą, z której wynikają wszystkie zasady i prawa wszechświatów. Przenika wszelkie istnienie, ale także obejmuje wymiary, których nie widzimy, obejmuje swoim zasięgiem inne wszechświaty, współkreując je na zasadzie wolnej woli. Dammit, nie potrafię tego przekazać, i chyba nie da się inaczej, niż odkryć w sobie :)) To zadanie na kilka wcieleń, a nie na jednego posta ;P
-
Starfire,
trochę może źle zadałam pytanie, ale się spieszyłam ;)
to co napisałaś, Bóg jako całość to spoko, to jakoś ogarniam, że jest we wszechświecie, świecie itp. że mi pomaga, wspiera, jest i kiedy się otwieram, pozwalam mu, to wpływa i jest jeszcze fajniej.
Ja mam problem ze zrozumieniem jakim cudem on jest we mnie? że jak, ja mam źródło Boga w sobie, takiego nieskończonego, tych wszystkich fajnych wartości? jak to działa? skąd ten Bóg wypływa?
Zaczyna mnie przerażać myśl, że mam w sobie jakieś nieskończone głębokie źródło... jak studnię bez dna, której nie będę w stanie ogarnąć, ale która może ogarnąć mnie.. i co wtedy?
Akurat Ciebie pytam, bo wiem, że rozumiesz trochę prawa fizyki.. a mi właśnie z jakiegoś powodu potrzebne są naukowe wyjaśnienia tego zjawiska :P
-
Carolieen
Piękny wpis! Od razu czuć, że napisałaś go z natchnienia albo raczej doświadczenia Boga w sobie. Ma bardzo motywująco-inspirujący przekaz. Dziękuję :)
Jesteś kropelką w tym boskim oceanie, dlatego możesz mieć zawsze kontakt ze źródłem.
-
Carolieen
To jak ja to czuję i odbieram - od strony słownej - jednocześnie ja zawieram się w Bogu, jak i Bóg zawiera się we mnie;
- od strony fizycznej - makrokosmos i mikrokosmos mają swoje odpowiedniki; przestrzeń między jądrem atomu i elektronami jest relatywnie gigantyczna; wg obecnego stanu nauki jest to przestrzeń pusta w 99,999999 %; Co jest w tej przestrzeni? Są teorie, że ta "pusta przestrzeń" de facto nie jest taka pusta, bo jest wypełniona energią.
Jak to się ma do nas? Ano że nie ma żadnej sprzeczności w tym, ze my zawieramy się w Bogu, zarówno jako ciała materialne utworzone z atomów, jak i jako energia, jaką jesteśmy; jak i w tym, ze Bóg (boska energia) zawiera się w nas, jako ze jestesmy zbudowani z atomów i energii :)
Tak gwoli przybliżenia naukowego ;)
-
Lubię też sobie wizualizowac (własciwie wychodzi to "samorzutnie" nieraz w trakcie medytacji) - ze najpierw widzę siebie w przestrzeni wypełnionej energią światła... a potem ta sama przestrzeń pojawia sie i poszerza aż do nieogranienia - do wielkości wszechświata - w centrum mojego serca.
Tak odczuwam to bycie w Miłości jaką jest Bóg, i "posiadanie" jej też wewnątrz siebie :)
-
carolieen
Może jacyś wybitni teoretycy fizyki kwantowej tłumaczą te zjawiska.
Na pewno w indyjskich starożytnych przekazach,które propagowali i przekładali zdaje się teozofowie, jest to opisane .Te wszystkie zależności między Atmanem i Brahmanem itp.Może z tym się zapoznaj jak Cię temat interesuje.
No i chyba jakiś lęk wychodzi przed oświeceniem ,stratą EGO osobowego;)
-
Bóg we mnie i poza mną jest według mnie energią totalnej miłości, która wchodzi w skład zarówno każdego atomu, jak i tej przestrzeni, która otacza każdy atom. Powiedziałabym, że najmniejsza istniejąca cząsteczka, to jest właśnie totalna miłość - nie ma przed nią ucieczki wciśnie się wszędzie..;D Czyli mówiąc inaczej stan totalnej miłości jest naturalnym stanem każdej istoty, jedyne co przeszkadza nam poczuć ten stan, to nie uwolnione pokłady różnych uczuć (w postaci blokad w ciele), które skutecznie blokują naturalny przepływ i odczuwanie totalnej miłości tu i teraz.
-
Karina - ano tak :) Bardzo ładnie to sformułowałaś.
-
Lucjan :))
hydrozagadka, ontoja, Karina
Co jest w tej przestrzeni? Są teorie, że ta "pusta przestrzeń" de facto nie jest taka pusta, bo jest wypełniona energią.
tę teorię słyszałam wcześniej i w sumie zgadzam się z nią i teraz takie moje dywagacje... żeby to się kupy trzymało, Bóg i my w nim, on w nas - musiałoby to wyglądać tak, że na jakimś poziomie jesteśmy właśnie światłem, non stop, nie ma czegoś takiego przerwa w dostawie energii, po prostu stały materiał, który jednak ma tę zdolność, że jest płynny (tak jak naturą energii jest jej płynność, ruch) no i sobie płynie niezależnie od nas, od naszych decyzji, karmy, obciążeń, zamknięcia się, odcięcia itd. właśnie na tamtym poziomie, i bez względu co byśmy nie zrobili, nie da się tego zniszczyć, zanieczyścić. Co gorsza (;)) jesteśmy stale do tego podłączeni, bo z tego właśnie jesteśmy zrobieni na tym wysokim poziomie i tam nie ma tego podziału na ja, Bóg, inni ludzie (damn!), bo to jest jedna całość. No i w chwilach kiedy zapominamy np. że trzeba się wkurzać, że przecież jesteśmy samotni i smutni, malutcy i sami na tej planecie, może otworzyć się dostęp właśnie do tej jednej wielkiej całości na poziomie jakiejś czakry bądź też kilku, może to wpłynąć do czakr, przepłynąć przez nie i dać bardzo miłe odczucia przez chwilę, bo taka właśnie jest zawartość całej tej boskiej masy - przyjemna. A jeśli ktoś bardziej otwarty to i na dłużej może tych stanów doświadczać. I tak sobie myślę, że to w sumie wygląda dość prosto, tylko umysł strasznie kombinuje i wyolbrzymia pewne rzeczy. Bóg jest prosty i działa w prosty sposób. A jaka potęga i moc idzie za czymś takim! Uzdrawianie na odległość też jest jak najbardziej wytłumaczalne.
Dobra, mam już jakiś obraz tego jak to może wyglądać od strony technicznej ;) Może Boga da się kiedyś opisać jakimś wzorem :P
Trochę się boję zacząć doświadczać siebie w taki sposób, zobaczyć prawdę, o ile jest taka jak myślę, a za tym zmian jakie się będą pojawiać. Bo odkąd pamiętam, to jak siebie definiuję wpływa na całe moje życie, na to co robię i jakich wyborów dokonuję. Więc też inne postrzeganie siebie pewnie spowoduje zmiany. Ale mimo tego strachu, czuję już ogromną moc jaka jest w tym zawarta :)
-
a, i dziękuję Wam, to mi pomogło trochę bardziej zrozumieć o co biega :)
-
karolcia
praktyka, która da ci to czego szukasz to medytacja w stylu zen, czyli medytacja nad koanem (tylko nie trzeba popadać w buddyjskie ograniczenia np wybierać się do klasztoru zen itp itd bo to może skutkowac odnowieniem jakichś wpływów)
-
Mariusz,
nie wiem nawet co to jest, żeby było śmieszniej nie umiem medytować :P pojawiają mi się czasem czy też wpadam w stany medytacyjne, ale sama z siebie nie wykonuję takiej praktyki
zmuszać się też nie chcę, mam jedynie zamiar pozwalać by te stany jak się pojawią trwały coraz dłużej
-
Hej
Mam problem z akceptacją mojej blokady mowy. Próbuje to robić, doceniać siebie i często na codzień widze jakie mam fajne cechy pod warstwą naleciałości. Poznaje siebie coraz bardziej ale z akceptacji nici. Niemoge się przebić i już. pamiętam traumatyczne doświadczenia z dzieciństwa i upokorzenie jakie się z tym wiązało i nie da rady bym się zaakceptował za bardzo się boje że to wszystko sie powtórzy.
Napiszecie żebym zajął się tymi traumami. Afirmacje tu odpadają bo to nie jest metoda na zwalczanie traum, eft jest dobre gdy czuje daną emocje w danym momencie innaczej się u mnie źle sprawdza. Co jeszcze mogę robić ??? Brakuje mi narzędzia do pracy nad sobą.
Głównie wszystko na codzień analizuje i prowadze z sobą dialog. Tak wygląda moja praca nad sobą.
-
Doktor-X
Z tego co pisałeś na forum na przestrzeni czasu, to ja Ci powiem że moim zdaniem dużo, za duuuuuuużo analizujesz i myślisz. Analizowanie nie daje Ci kontaktu z Tobą, ono może pomagać w rozwiązaniu jakichś zagwozdek i wątpliwości, ale nie sprawia że jesteś bliżej siebie i swoich uczuć.
Ty potrzebujesz intensywnej pracy ze swoimi emocjami i uczuciami, głębszego wejścia w nie. Nie tylko jak coś wywala i jest na wierzchu przy EFT. W międzyczasie powinieneś bardzo dużo pracować nad miłymi uczuciami i obdarzaniu się nimi. Potrzebujesz kontaktu ze sobą, nie poprzez rozmowę i analizę, ale poprzez czucie. Potrzebujesz zacząć czuć siebie zamiast rozumieć.
Na razie kręcisz się tylko w kółko przy pomocy różnych wyobrażeń mentalnych, które sobie budujesz, obalasz, zmieniasz, itd. To Ci za dużo nie pomoże, kiedy jesteś odcięty od emocji.
Moim zdaniem, to co powinno się stać Twoim głównym celem na ten moment w rozwoju to uzdrawianie relacji z wewnętrznym dzieckiem. Nawiązanie z nim kontaktu, pozwolenie sobie na poczucie go, obdarzenie miłością, przebaczeniem i akceptacją. Poczytaj sobie jakieś książki o uzdrawianiu wewnętrznego dziecka, ja nie kojarzę za bardzo tytułów żadnych, ale forumowicze na pewno polecą Ci coś ciekawego :)
Poszukaj sobie różnych takich ćwiczeń i praktyk na nawiązanie tego kontaktu ze sobą na poziome uczuciowo emocjonalnym i znajdź coś odpowiedniego dla siebie:)
-
W międzyczasie powinieneś bardzo dużo pracować nad miłymi uczuciami i obdarzaniu się nimi.
O to to. Bo im wiecej dobrego sie w siebie wpuszcza tym latwiej odpada to co juz niepotrzebne. Zywy kontakt z osobami ktore maja poukladane w emocjach tez da duzo, przez rezonans i przyklad.
-
Dziękuje poszukam
-
Heyah
Jak probuje obdarzac sie miloscia to czasami mi sie udaje i czuje sie jak male dziecinne rozbrykane dziecko. Dziecinne przejawianie sie takie czuje wtedy, ze tak sie przejawiam. Nie wiem czy mi sie to podoba. To mnie zmiekcza troche nie w tym kierunku co trzeba chyba. Czy to zle ze tak sie czuje gdy udaje mi sie wzbudzic do siebie najlepsze uczucia jakie potrafie ?
-
Co to znaczy "zmiekcza nie w tym kierunku co trzeba"?:)Przestajesz byc twardzielem?:)
Skoro obdarzanie Siebie miloscia "aktywizuje" w Tobie to dziecko, to pozwol mu byc i pokochaj je - moze to ta czesc Ciebie, ktora czuje sie niekochana? A moze to "dziecko" w Tobie sprawdza, czy skoro bedzie takie rozbrykane w dlaszym ciagu bedziesz potrafic je kochac i akceptowac?
Skojarzylo mi sie jeszcze cos takiego, ze dzieci czasami "bronia" sie przed uczuciami, nadmierna uczuciowoscia (vide ciocie i inne osoby z rodziny sciskajace, calujace i mowiace "a tititi jaki ty fajny"). Moze jest to wiec taka reakcja obronna z dziecinstwa?
To co mi przychodzi do glowy, ale moze byc to cos jeszcze innego:)
-
Dziecko też może potrzebować odreagować sobie właśnie bycie przesadnym twardzielem, gdy tego nie chciało.
I warto też pamiętać, że można stać się kochającym wewnętrznym rodzicem dla wewnętrznego dziecka :) Bo jeśli pozwolimy mu decydować o wszystkim, może postanowić zrobić coś szkodliwego. I tu rolą kochającego rodzica jest wyjaśnienie mu, czemu nie warto tego robić. Bo o ile łatwo jest wybaczyć pięciolatkowi, że porysowało kredkami swój pokój, tak czterdziestolatek który pomaluje kredkami biuro w którym pracuje może ponieść nieco gorsze konsekwencje ;)
-
Chyba, że jest szefem - wizjonerem ;)
-
Można stać się kochającym wewnętrznym rodzicem dla wewnętrznego dziecka.
Coś zupełnie nowego dla mnie.
Tzn czuła, dobra i wyrozumiała ;)) mama Marylka może na spokojnie pomóc tej małej, trochę przerażonej i zdezorientowanej małej Marylce znaleźć się w tym świecie :)
To wydaje mi się, że odkrywanie w sobie tego wewnętrznego rodzica może być o wiele trudniejsze, niż odkrywanie w sobie wewnętrznego dziecka ;)
Jako, że mamy najprzeróżniejsze wzorce na temat tego, co to znaczy "być rodzicem".
-
Można stać się kochającym wewnętrznym rodzicem dla wewnętrznego dziecka.
Bardzo skuteczne, ale nie każdy potrafi wyzwolić w sobie takie uczucia opiekuńcze, miłość czy akceptację. Czasami długa droga do tego. Szczególnie jeżeli rodzice byli dla dziecka bardziej katami niż przyjaciółmi. Takie dziecko często przez całe życie traktuje siebie dokładnie tak samo i w niczym nie pobłaża ;))) Tylko prędzej, prędzej, lepiej, lepiej - wewnętrzny sabotażysta, który wielce utrudnia życie.
-
yo¨
Dzięki za odpowiedzi.
Najbardziej mnie poruszyło to co napisał Lynd. Myśle że to może być powód. Ojciec chciał żebym był twardzielem bez uczyć i tłamsił wszelkie oznaki słabości. Być może teraz chce to odreagować w ten sposób. Nie żeby mi się to jakoś nie podobało ten stan który odczuwam gdy obdarzam się miłymi uczuciami tylko tak troche dziwnie mi z tym. Za dziecinny sie czuje. Chciałbym być jak inni - dojrzały, i dojrzale obdarzać sie miłością.
-
Doktor-X, chciałbyś być jak inni - dojrzały i dojrzale obdarzać miłością.
Jakie to mądre ! I dojrzałe :)
Pięknie, że tak myślisz :)
Ale wiedz, że ci 'inni' wcale, ale to wcale nie są wszyscy dojrzali.
Trust me on that one ;)
Znam takich 50 plus, którzy próbują "być" nastolatkami.
Żałosne :(
Tak, że pozwól sobie na bycie dzieckiem, nawet gdybyś, na razie czuł, że dziecinny jesteś. Lepiej teraz ;)
No i jeszcze trzeba oddzielić sprawę "zachowywania sie jak nastolatek" w dojrzałym wieku a uzdrawianie swojego wewnętrznego dziecka, które to może trwać latami - nawet jak sie ma 50+ ;))
-
Hehe dzięki Marylka :) Fajna jesteś
W sumie to nie jest tak źle. Zauważyłem że może i czuje się wtedy dziecinny ale zupełnie innaczej sie przejawiam. Tak jakby czuje dziecinność w sobie i że sie przejawiam dziecinnie ale już zupełnie nie zachowuje się w ten sposób. I wtedy właśnie super się przejawiam, jestem taki przebojowy i w ogóle :)
-
Czuję się tak , że jestem w zupełnej ciemności a moim zadaniem jest odnalezienie włąściwej drogi. I albo ją odnajdę albo nie i wtedy idę na stracenie.
Wiem że ta droga to odnalezienie promyczka miłośći w swoim sercu, ale nie mam pojęcia jak to zrobić.
Tą drogą jest odnalezienie siebie żywej, swojej żywej części, która znikła gdzieś dawno temu, tak dawno że zupełnie o niej zapomniałam, straciłam z nią kontakt i wydaje mi się że ona nie istnieje. Została martwa część która błąka się po świecie i szuka unicestwienia bo jej życie nie ma sensu i jest jednym wielkim koszmarem.
Moje życie gdzieś znikło a ja nie potrafię go odnaleść.
W jaki sposób szuka się swojego życia?
-
wiesz - jest historia o dwóch kotach, starym i młodym. Młody ganiał ciągle za swoim ogonem. Stary spytał go
- Co robisz?
- Dobrze wiesz, co robię. Każdy kot wie, że odnalezienie siebie następuje po złapaniu ogona. Ja złapałem już swój ogon wiele razy ale ciągle nie znalazłem siebie !
- Bo nie złapałeś go naprawdę - odparł stary kot
- Naprawdę? - zdziwił się młody
- Pod każdym względem - odpowiedział stary, wstając i pokazując, że dyskusję uważa za zakończoną.
Wszędzie dokąd się udawał jego ogon wesoło kroczył razem z nim...
-
Polecam afirmacje szczęścia
http://www.youtube.com/watch?v=qa_xnIxuK7o
-
Nie ma położenia, nie ma przeciwności, nie ma problemu, którym miłość nie może zaradzić.
Nie ma osoby, której miłość nie zdoła uleczyć.
Nie ma duszy, której miłość nie zdoła zbawić.
Miłość, do siebie i do innych, zawsze stanowi rozwiązanie.
-
Up :)
-
tak myślę, że karma bierze się z braku miłości do siebie
-
W temacie wzorców antymiłości, którą można pomylić z miłością do siebie w fazie narcyzmu i egocentryzmu:
"Nasz świat stał się bardziej psychopatyczny niż w 1972 roku, kiedy Allan Harrington wydał niepozorną książeczkę „Psychopaths”. Nazwał w niej psychopatów nową rasą, która – jako jedyna – ma możliwość przetrwania w nowym świecie: „niezwyciężone pokolenie P”. Steven Pinker, psycholog i neurobiolog, uważa, że w naszych osobowościach za-chodzą zmiany z delikatnym skrzywieniem ku ciemnej stronie mocy, powstaje „subpsychopatyczna rasa”, dla której więzy społeczne nie istnieją, cechująca się brakiem szacunku dla innych i obojętna na konsekwencje swoich czynów.
Clive R. Boddy, były profesor w Notthingam Business School, w 2011 r. na łamach „Journal of Business Ethic” pisał, że u źródła korporacyjnych oszustw stoją psychopaci, którzy potrafią niewidocznie wpływać na morale całej firmy, wykorzystują relatywnie chaotyczną naturę współczesnej korporacji. Wydaje im się, że są normalnymi, a nawet sprawnymi przywódcami dzięki swojemu czarowi i charyzmie, ale samolubna pogoń za władzą i zyskiem wyklucza równość i sprawiedliwość. Jeżeli do tego dodamy generalny wzrost poziomu narcyzmu modelowany przez internet – trudno się dziwić, że coraz więcej wśród nas psychopatów."
http://www.focus.pl/czlowiek/czego-mozemy-nauczyc-sie-od-psychopatow-12037?strona=2
-
u źródła korporacyjnych oszustw stoją psychopaci, którzy potrafią niewidocznie wpływać na morale całej firmy, wykorzystują relatywnie chaotyczną naturę współczesnej korporacji. Wydaje im się, że są normalnymi, a nawet sprawnymi przywódcami dzięki swojemu czarowi i charyzmie, ale samolubna pogoń za władzą i zyskiem wyklucza równość i sprawiedliwość.
To prawda. Też tak uważam.
To, ze to dzieje się w Polsce to widać.
Ale ale. Czyż tych badań nie robili naukowcy tzw "zachodni", na postawie obserwacji "zachodniej" gospodarki ? ;)
-
Sylvia,
trudno się dziwić, że coraz więcej wśród nas psychopatów."
Może nie tyle 'wśród' nas, co 'wokół' ;)
I tak się zastanawiam, czy psychopatą się rodzi czy staje.
Z moich obserwacji wynika, że raczej rodzi ( demoniczne, etc).
-
Psychopata to ktoś kto nic nie czuje (wyparte uczucia), nie umie więc współczuć. Aby cos wogóle poczuc potrzebuje hardcoru. Świetny przykład serial "Dexter", chociaz ten jest wyjatkowy, bo ma świaomość tego, że nic nie czuje w przeciwieństwie do wiekszości.