Kinga
Ee, dzięki - nawet nie traktowałem tego jako jakieś wyznanie, dla mnie to takie naturalne i zwyczajne, że takie rzeczy w człowieku siedzą i że w ramach rozwoju się dokopujemy do tego, aby to odpuścić raz na zawsze.
Masz rację z tą bezsilnością i niemocą - u mnie, zaraz obok lęków to były najczęściej towarzyszące mi uczucia, dopóki byłem uzależniony od rodziny. I to one budziły najwięcej rozpaczy, a rozpacz popycha do różnych niefajnych stanów. Miałem taki etap w życiu, kiedy mimo że świadomie tego nie życzyłem, to potrafiłem wyobrażać sobie jakby to było gdyby moi rodzice zginęli np. w wypadku i poczułbym się wolny od nich. Jaka to by była ulga! A to wszystko wynikało właśnie z bezsilności, człowiek miał poczucie że dopiero gdyby umarli, to by się od nich uwolnił. Oczywiście za tym szło poczucie winy za takie myśli i cała gama innych emocji.
I gdy uwolniłem się od rodziców nie tylko fizycznie, ale również mentalnie i emocjonalnie, gdy zniknęła bezsilność - zaczęły zanikać chęci mszczenia się, odgrywania się na nich i inne negatywne emocje. Stało się to niepotrzebne.
ontoja
Trzymanie się na dystans to mało powiedziane - 2,5 roku temu zerwałem całkowicie wszelkie kontakty z nimi. Oni nie chcieli się zmienić, nie chcieli zmienić stosunku do mnie, wybrali toksyczność i jej się trzymają. Mają do tego pełne prawo, ale tym samym nie pozostawili mi innego wyjścia.
Powodów do wybaczania to oni mi dawali na bieżąco tyle, że podtrzymując kontakty z nimi raczej nie byłbym w stanie przebaczyć do końca, bo cały czas by się nowy materiał tworzył. I tak potrzebowałem ponad 2 lat po urwaniu tego źródła żeby jeszcze to czyścić, a na pewno co nieco jeszcze zostało

Stracili więc syna, ale to nie jest akt mojej zemsty wobec nich, ale akt miłości wobec siebie. Nie cieszy mnie to że muszą tego doświadczać, ale nie będę im też współczuł z tego powodu, ponieważ sami sobie na to bardzo, bardzo ciężko zapracowali. Nie działałem z intencją dosrania im, ale z intencją pomagania sobie, wspierania się w wyjściu z tego bagna. Koncentracja na tym doprowadziła mnie takich, a nie innych decyzji i wyborów, więc to może wyglądać z zewnątrz jakby im jakąś krzywdę zrobił, a w rzeczywistości ja tylko dążyłem do swojego szczęścia, co w połączeniu z ich intencjami i wyborami musiało przybrać taką formę. Ponieśli więc konsekwencje karmiczne swoich czynów samoistnie, bez mojej intencji zemsty, choć za moim czynnym udziałem, ponieważ na ich własne życzenie okazało się, że moje Najwyższe Dobro oznacza urwanie kontaktu z nimi. Nie zależało mi na tym, ale tak wyszło. Co ja na to poradzę?
Na obecnym etapie jestem też gotowy w każdym momencie przyjąć ich z powrotem do swojego życia i dać kolejną szansę (a pewnie nawet i kilka szans), ale tylko pod warunkiem prawdziwych zmian w ich nastawieniu i szczerej chęci, aby rozwijać relacje z myślą o jakości całej relacji, a nie własnych, egoistycznych celów. To się raczej nie wydarzy, ale na nic się nie zamykam, w cuda wierzę

Dla mnie to jest dowód, że karma działa samoistnie, że ja muszę koncentrować się tylko na moim szczęściu, miłości, wolności i wszystkich innych Boskich aspektach, a Bóg poprowadzi to tak, aby było dla mnie jak najlepiej. A skoro dla mnie będzie jak najlepiej, to nieważne co się stanie z innymi ludźmi. Nie obchodzi mnie to, czy moi rodzice przejmują się tym że się od nich odciąłem czy im to wisi i powiewa (co jest bardzo możliwe).
Chodzi przecież o to, żebym ja się czuł dobrze. A jeśli czuję się dobrze, tak naprawdę dobrze - to nie mam żadnej potrzeby, aby inni ludzie czuli się źle, bo niby w jaki sposób miałoby to sprawić, że będę czuł się jeszcze lepiej?

Tematu przebaczenia nie przepracowałem jeszcze do końca, co prawda ostatnio mi tak potężnie odpuściło że chyba nawet wybaczyłem do końca mamie, co jest sporym przełomem, ale przy ojcu poczułem pewne opory i wszystko nie poszło, więc na siłę nie oszukiwałem się że mu odpuszczam do końca. Wszystko w swoim czasie

Ojciec sobie nieźle nagrabił u mnie, więc trochę ten proces się przeciąga w czasie
