Od jakiegoś czasu, dzięki afkom, sesjom i modlitwom coraz fajniej mi się układa w materii w pracy, dostatku itd, a spadło mi ERD i czuję się raczej gorzej, mam poczucie bez sensu i te sukcesy materialne, to, że rozwijam się w materii wcale nie dają mi spełnienia, ani nawet radości. Ot, coś co trzeba zrobić by żyć wygodniej. No właśnie: TRZEBA.
Doceniam to, widzę, jak dużo pozytywnych rzeczy się dzieje w moim życiu i nadal są perspektywy rozwoju, a dziwnie się czuję, bo niby mnie to cieszy, ale nie daje szczęścia i spełnienia. Czuję się coraz bardziej wkręcona w jakąś machinę obowiązków, zadań do wykonania.
Czuję się coraz bardziej zmęczona i znudzona pracą, która jest zgodna z moimi talentami. Myślę, że nie chodzi tu nawet o tą pracę, bo chyba każda praca jaką bym wykonywała, a która byłaby korzystna, zgodna z moimi talentami, znudziłaby mnie i zniechęciła. Życie w materii jawi mi się ostatnio jako coś ciężkiego, tyle rzeczy trzeba robić, męczyć się i wysilać by tu żyć i dobrze funkcjonować. I wszystko na czas. Ostatnio jem nawet co chwilę patrząc na zegarek. Niestety wszystkie te obowiązki wydają się niezbędne do życia i trzeba je wykonywać.
MOgłabym powiedzieć, że brakuje mi miłości, ale to też nie to, bo miłość czuję całkiem często. Choć nie non stop.
Jak pomyślę, na co mam faktycznie ochotę, to mieć kupę kasy( ot tak sobie) i podróżować po świecie z partnerem. Chodzenia, zwiedzanie, dostatek i częste zmiany miejsc.
Afirmuję, że Bóg ma dla mnie wszystko co najlepsze, najwyzszej jakosci, zaspokaja wszystkie moje potrzeby i wolna wola innych jest dla mnie bezpieczna niewinna w porzadku.
Ale nie widzę zbytnio związku z takim samopoczuciem.
Może ktoś przepracowywał takie "coś" i by doradził?