Pomedytowałem z medytacją Beaty Augustynowicz "Otwarcie na miłość" Jej głos bardzo wzbudza zaufanie. Już kiedyś słuchałem tej medytacji i pamiętam że były fajne efekty, ale zapomniałem o nich. Znowu miałem napady wzruszenia w pewnych momentach - to cud, co się ze mną dzieje. Nie jestem już w żadnym calu twardą skałą.
Dobija mnie jedna rzecz - zawsze kiedy emanuję miłością, zaczynają do mnie lgnąć paskudne osobniki, które wcześniej stroniły przede mną, kiedy emanowałem burzliwością do nich. Np. gość w pracy nagle chce przy mnie siedzieć cały czas. A ja czuję jego syfiaste nawalone energie (gość szczyci się tym ile wódy wypija) i robi mi się słabiej i słabiej, chciałbym mu coś powiedzieć ale nie potrafię:/
Nie chcę więcej takich ludzi, chciałbym same pełne miłości, wspierające towarzystwo. Tak bardzo teraz chcę uwolnić się od pijawek energetycznych i intencji przyciągania takich i wychodzi mi bezsilność.........
Czuję po**baną lojalność do takich typów. I mam jej dość. Moja rodzina, mój brat i ojciec to syf energetyczny i czarne dziury wciągające wszystko. Dlatego się na nich zamykam. Ale wtedy mi po głowie lecą krzyki "ZDRAJCA!!" i jakieś wykluczenie;/ chora karma. Z drugiej strony bardzo chciałbym uzdrowić relację w moim ojcem, oglądałem wczoraj dramat psychologiczny The Beaver i był tam motyw skłócenia syna z ojcem i tak bardzo płakałem na tym. Ale jak można poczuć miłość do człowieka który jest w totalnym syfie i emanuje ujemnie? Tego nie da się odwrócić żadną miłością!!! Jestem rozdarty