A propos swetrow i innych starych butow, choc mi akurat tego grzechu nie wytknieto: Kiedys jak bylam mloda

(czytaj niepewna siebie, nieopierzona i z galopujacym DDA) ubieralam sie w drogich sklepach, nosilam dobre ciuchy, szpilki, kostiumy, plaszcze z alpaki, drogie torebki. Do tego fryzjery, makijaze. Bylo to jak zbroja zeby udowodnic sobie, ze jestem wystarczajaco dobra, facetom, ze wystarczajaco piekna, kolezankom, ze lepsza od nich, spoleczenstwu, ze cos soba przedstawiam itd itp. Z uplywem czasu i odpadajacych wzorcow oraz ze wzrostem milosci do samej siebie i czucia sie rewelacyjnie w tym miejscu gdzie jestem ta zbroja przestala byc potrzebna. Teraz nosze rzeczy proste, miekkie, buty ciagle wielbie i jestem w kosmos wybredna bo KOCHAM wygode i szpilek juz bym nie zalozyla. Moje ubrania sa dla mnie, po to by moje cialo czulo sie miekko, cieplo i bylo nieskrepowane. Niczego nikomu nie musze udowadniac. Luksus dla mnie to naturalne materialy, nawet jesli jest to bawelna - i zawsze ja wybiore, nawet jesli ta plastikowa kiecka co wisi w oknie wystawy zrobilaby ze mnie seksbombe na jeden wieczor. Chociaz ok, seksbomba tez czasem sie lubie poczuc, ale plynie to z wewnatrz

Nawet z fryzjera ostatnio zrezygnowalam, bo uznalam, ze to musi byc w dupe fajne, zeby samemu sobie obciac wlosy. Obcielam, wyszlo zajebiscie, bede kontynuowac

Nigdzie na swiecie nie jest tak jak w Polsce, ze to co ubierasz czy jak wygladasz ma jakiekolwiek znaczenie. Tu w Szkocji pracuje z mega bogatymi i wyksztalconymi lekarzami, ktorzy ubieraja sie tak, ze nie odroznilibyscie ich od ludzi na zasilkach. No moze jakby sie mocniej przyjrzec moznaby zauwazyc, ze materialy zazwyczaj dobre nosza. Elegancja jest fajna, ciagle lubie ladnie wygladac, ale nie kosztem swojego komfortu i na pewno nie dlatego, ze komus cos chce udowodnic. Nie mam poczucia bycia lepsza badz gorsza przez to co mam na sobie, za to mam poczucie czucia sie mniej lub bardziej wygodnie w tym co nosze.
Ostatnio tez zauwazylam, ze mam o wiele wiecej ciuchow (i innych rzeczy) niz potrzebuje, ze tak naprawde moge je po prostu oddac, bo zawalaja mi tylko przestrzen. Moj ukochany ma tylko jedna pare butow i zyje, wiekszosc czasu i tak chodzi boso, ja mam z 50 par, nie wiadomo w ogole po co. A wiec systematycznie pozbywam sie nadmiaru. Zycie jest proste, wszechswiat nas wspiera, nadmiar zatyka, spowalnia. Przy czym dojscie do takiego wniosku prawdopodobnie nie nastapi z poziomu braku.