Tak sobie siedziałem spokojnie i w pewnym momencie zauważyłem dobrze mi znane odczucie pewnych braków, których sam nie potrafiłem sobie zapełnić (głównie braki w bliskości) i oczekiwanie kiedy wreszcie pojawi się ta partnerka, która zrobi to za mnie. I niespodziewanie przyszło olśniewające uświadomienie "zaraz, zaraz - czemu ja się tak upieram przy wersji, że to ktoś mi ma te braki uzupełnić, a ja nie jestem w stanie?"
I wtedy uświadomiłem sobie, że po tych wszystkich upadkach i zaniżeniu samooceny ubzdurałem sobie, że zarówno ja, jak i moja miłość i inne cechy są gorsze od innych ludzi i ich miłości. Uznałem, że moja miłość jest niewiele warta, dlatego nie będzie w stanie mi dać szczęścia, dlatego musiałem szukać tej "lepszej" miłości u innych ludzi. Z takimi wyobrażeniami jednak czułem się niegodny, aby tą miłość dostawać, bo co ja miałem im dać w zamian? Stwierdziłem, że przecież nikt mi gówna na cukierki nie wymieni, więc kombinowałem z wymuszaniem przez różne presje i gierki(patrzajcie jaka ze mnie ofiara - przytulcie ofiarę!) lub też poddawałem się i spadałem do klasztoru.
Różnie to bywało, ale generalnie wszystko się kręciło wokół niedoceniania siebie i tego co się ma. Był też chyba lęk przed sprawdzeniem czy naprawdę ta moja miłość jest taka zła, ponieważ gdyby się okazało że rzeczywiście tak jest, to moje istnienie już na zawsze by straciło sens i musiałbym spędzić wieczność ze świadomością że jestem jakiś gorszy czy wybrakowany - taka wizja skutecznie odwlekała moment przekonania się, jak to rzeczywiście jest.
Ostatnio mi wszystko pokazuje, że jest najwyższy czas, aby poczynić kolejne, większe kroki związane z samooceną. Z beznadziejnie niskiej dotarłem do niesamowicie przeciętnej i jakoś przestało mi to wystarczać - pora na ponadprzeciętne poczucie własnej wartości, świadomość Boskich możliwości i otrzymywanie łatwiej i więcej tego co dobre w porównaniu do szarych mas.
A takie opory miałem przed przerabianiem medytacji na mamusie.
