Indra:),
To nie jest tak, że nie ma facetów pragnących miłości, poważnego związku i bliskości. Każdy z moich poprzednich partnerów był dla mnie kochany (a przynajmniej na tyle ile każdy z nich potrafił;), w każdym razie pod tym względem nie miałam im zbyt wiele do zarzucenia), każdy z nich pragnął bliskości i miłości, oj dużo miłości. U mnie to było akurat tak, że przyciągałam sobie facetów pokrzywdzonych przez los, z jakimiś problemami, chorobami, ja byłam dla nich oparciem. Oni mnie potrzebowali a ja w każdym związku wchodziłam w jakieś role. Każdy z nich był jednak w jakimś stopniu ogarnięty, mimo emocjonalnych problemów (bo kto ich nie ma), oni wykazywali chęci do zmian, dążenia do szczęścia, wiele starali się zrozumieć, starali się radzić sobie ze swoimi emocjami. Także gdyby nie zakłócenia między nami i niedogranie, mogłabym już dawno stworzyć fajny związek jeśli zależałoby mi tylko na bliskości. Widać było w nich ogromne chęci do budowania związków, stawiali związek na pierwszym miejscu, bo był ich marzeniem. Abstrakcja co?

) Zachodziło to też nawet za daleko w przeciwnym kierunku, zamiast upierać się przy byciu samotnikiem, uzależniali się od związku i ratowali go za wszelką cenę, nawet jeśli dalsze próby nie miały sensu. Ale jeśli komuś tak bardo zależy i nie chce się poddać zaślepieniu, to możne też takie rzeczy uzdrowić.
Mimo uczuć i dogrania na jakichś tam poziomach nie czułam z żadnym z tych facetów pełnej harmonii, było mi z kimś powiedzmy – dobrze, ale ja ciągle czułam, że to nie jest „TO”. Przedziwne uczucie, które męczyło mnie od mojego pierwszego poważnego związku. Kiedy jeden związek się kończył, bardzo szybko pojawiał się drugi ale to przeczucie mnie nie opuszczało, choćby nie wiem jak zajebiste wrażnie zrobiłby na mnie nowy chłopak. Ja wariowałam, nie ufałam swoim odczuciom, wmawiałam sobie, że pewnie wybrzydzam, nie doceniam tego co mam, że powinnam się cieszyć że trafiam na takich zaangażowanych mężczyzn. No cóż, nie stawiałam wtedy swojego dobra na pierwszym miejscu, z jakiegoś powodu uznawałam że nie zasługuję na aż tak wiele na ile mi się wydaje w moich odczuciach. W pewnym momencie po prostu odpuściłam, przestałam tworzyć związki, skupiłam się na sobie, na swoich potrzebach i ku mojemu zdziwieniu bardzo szybko pojawił się mój prawdziwy Ukochany, przy którym uczucie niedosytu zniknęło na zawsze.
Indra, to nie jest kwestia tego czy konkretni faceci istnieją czy nie, tego jakie są statystyki, kto co sądzi i czy kobiety są z Wenus a faceci z Marsa - na świecie jest przecież masa ludzi przeróżnego typu. Skoro wg Ciebie dominują stereotypowi faceci dla których ważniejsza jest samotność albo którzy wykorzystują kobiety, bo tylko cycki im w głowie a dzielenie się miłością z kobietą to dla nich strata czasu, to dlaczego nigdy takiego faceta nie poznałam? Ty chyba z jakiegos powodu przyciągasz pewną grupę mężczyzn, skupiasz się na tym, że oni są i na tym, że nie ma takich jakich chciałabyś dostrzegać. Zbyt wiele wysiłku w to wkładasz. Ty musisz skupić się na sobie, dojść ze sobą do porozumienia;)