Sniło mi się przed chwilą , że umarł mój ojciec. Serce mi wali jak szalone i uczucie pustki nie do zacerowania mnie przenika. W tym snie szukałam podobnej do niego energii żeby nie oszaleć z rozpaczy ale nikt takiej podobnej nie miał, widziałam go jako ducha takiego spokojnego, usmiechnietego i pokornego wobec zycia jak zawsze , machałam przed nim reką ale on sie tylko usmiechał . Masakryczny sen. Juz kiedys kilka takich mialam o tym, że on umarł, za kazdym razem budze sie w okropnym stanie pustki nie do zapełnienia.
Podobnie czuje sie na jawie , kiedy czuje, że osoba którą kocham jest daleko albo tak jakby moje nowe życie, przeznaczenie o mnie woła a ja ciagle jestem obok ale nie tam,mam potrzebe wstac i gdzies biec, szukac , straszne to jest, nie czuje wtedy wokół nic wspierajacego tylko ten impuls wewnatrz ktory zmusza zeby zmienic miejsce , serce gdyby mogło wyskoczyłoby z klatki piersiowej i poszło nie wiem dokąd.
Wstalam, ojciec chodzi po kuchni, taki stary dziadunio i jeszcze straszniejsze mnie naszly uczucia, że on tu stoi na chwile . I jakby sie w zyciu nie układało to kocham go po prostu.
Ogólne wrazenie po snie to takie ze nic tak naprawde nie jest wart ten swiat bez milosci. Nic.
I odnosnie mojej smierci odczucie ze nie znalazłam jeszcze Boga, ze gdybym umarła a nawet teraz szukam po omacku i nie widze choc patrze i nie czuje choc on jest. I to jest piekło nie do wytrzymania.
Moze to sen spowodowany jakas nierówna praca mojego serca bo tak tez sie zdarzało przy arytmii ale całosc mało przyjemna. I dziwna.