dziś znowu mi wywaliło, ze jestem niepotrzebna w pracy. A to dlatego, ze dwóch kolegow lz dzialu (ja jestem trzecia) leci na szkolenie do Francji za tydzien a ja nie. oczywiscie dlatego, ze nie znam jezyka. oczywiscie i tak by mi ten termin nie pasowal, bo mam miec wtedy węzły ale niewazne. znowu poryczalam sie w kiblu, wyszlam z pracy 40 minut wczesniej bo myslalam, ze jednego z nich zamorduję. On zabiera cała energie otoczenia, by skupiala sie na nim, bo musi byc w centrum uwagi. Mam schizy, ze szef nie daje mi pracy więcej, bo jestem introwertyczna i malo przebojowa, a ten wszedzie sie wtraci i wlezie. Jest narcyzem i egoista a kazdy uwaza ze jest zajebisty, bo on sam tak o sobie uwaza. A jedynie ja widze, ze nie jest taki gładki na jakiego pozuje. nie ufa mi i mnie olewa, teraz wiadomo juz ze nie poleci na ekspatriacje, wiec i odpuscil sobie tlumaczenie mi czegokolwiek, bo przeciez zostaje i musi cos robic a ja niczego po nim nie przejme. i tak wczesniej tlumaczyl mi wszystko dla siebie a nie zebym ja wiedziala-sam mi to powiedzial.
ostatnio na wezlach wychodzilo, ze czuje sie niepotrzebna, bo moi rodzice mnie olewali i juz bardziej interesowali sie moja siostra, a ja musialam na siebie zwracac uwage chorobami. wkurza mnie, ze te tematy ciagna sie i ciagna i nie moga u mnie zejsc. i ze mam takie wkurzajace zycie bez sensu i celu i w moim otoczeniu nikt tego nie rozumie, a zwlaszcza moja siostra smok.
zamierzam isc do szefa w srode i powiedziec wprost, ze czuje sie niepotrzebna i sfrustrowana brakiem pracy i niech mi cos da, albo przeniesie albo mnbie zwolni. obym mu sie tylko nie poryczała tam.