Czuje się mega dziwnie.
Dzięki uprzejmości swoich rodziców mogłem spędzić całe ostatnie 3 dni ze swoją partnerką u siebie w domu, co było naszym pierwszym tak długim pobytem ze sobą, bo jednak spędziliśmy te 3 dni ze sobą bez przerwy praktycznie. W szczegóły nie będę się wdawał, bo skoro teraz już nie opisuje tylko swojego życia, to choćby z samego szacunku do tej drugiej strony nie ma co epatować tak prywatą, jak to zawsze miałem w zwyczaju - trzeba będzie trochę ograniczyć opisywanie swojego życia, zresztą jak teraz mam kogoś, dla kogo moje życie i doświadczenia są ważne - nie ma już też tak dużej potrzeby robienia tego na forum.
Dziwnie się czuje, nie dlatego że coś było nie tak, ale dlatego że jestem w lekkim szoku z powodu tego, jaki się okazałem być. Nawet nie wiedziałem, że tylu rzeczy o sobie nie wiem, że mogę przejawiać to co przejawiałem. Na szczęście to jest w zdecydowanej większości pozytywne zdziwienie, szczególnie w tych miejscach gdzie miałem jakieś kompleksy i obawy, a okazało się że potrafię całkowicie naturalnie i swobodnie być naprawdę świetny. I to chyba właśnie mnie najbardziej dziwi - jakim cudem ktoś ze mnie w tak bardzo krótkim czasie wyciągnął tyle fajnych rzeczy, dużo więcej niż sam potrafiłem wyciągać z siebie długimi okresami praktyki.
Czuję się jakby ktoś zachwiał pewnymi podstawami mojej osobowości, rozpieprzając w drobny mak dużo różnych bzdur, z którymi się utożsamiałem.
I jako były przedstawiciel nurtu uciekania od związków w duchowość, bo "wiecie, ego, przywiązanie i te sprawy" chciałbym oficjalnie wyśmiać ten nurt.
Hahahaha.
To co się teraz dzieje, a to dopiero początek, to jest jakaś magia. Nie chodzi mi o to, jak fajnie jest i jak przyjemne uczucia są. Chodzi mi o to, jak bardzo zmienia się postrzeganie siebie i rzeczywistości, jak bardzo zmienia się sposób doświadczania tego, jak wiele się ukrytych spraw się odkrywa - a przynajmniej dla takich byłych samotników i ascetów jak ja.
Są też różne inne dziwne rzeczy. Jak np. rozmawialiśmy sobie o jej byłych, o zerwaniach i byciu razem, to ja czułem do niej miłość tak dużą, że gdyby postanowiła teraz zakończyć nasz związek, to by to tej miłości nie zaburzyło. Kocham ją niezależnie od tego jakie decyzje by nie podjęła. Nie widzę powodu dla którego miałbym warunkować tą miłość tym, czy ona jest ze mną czy też nie - to by było dziwne i głupie, bo to przecież nie o to chodzi w miłości, żeby kogoś do siebie wiązać. Przy niej tak się otwarłem, że nie boję się już samotności - wiem teraz jak dużo Bóg ma dla mnie, więc nie czuje już powodu do stresu i napięć. Teraz naprawdę ufam, że jeżeli będzie taka potrzeba, to w odpowiednim czasie pojawi się kolejna i kolejna osoba, zgodnie z Najwyższym Dobrem. Po za tym samo jej się pojawienie i dostanie od niej tego i tamtego sprawiło, że zeszło naprawdę dużo niespełnienia na bazie, że ja czegoś w ogóle nie mogę mieć - teraz już doświadczyłem, że jednak mogę, więc spojrzenie na pewne sprawy też się zmieniło.
Był też ciekawy moment, kiedy tak sobie po prostu siedzieliśmy patrząc sobie w oczy i do mnie dotarły takie uczucia, jakbym po raz pierwszy był z kimś związkowo tak bardzo harmonijnym od czasów chyba nawet pierwotnej połówki. Czułem te tysiące lat cierpienia, uciekania od miłości, upartego tkwienia w swoich głupotach i miałem ochotę płakać ze szczęścia, że w końcu zmądrzałem na tyle, aby wrócić do tej miłości, za którą tak bardzo tęskniłem. Od niemal początku swojego istnienia, kiedy to zacząłem się staczać, a połówka mnie opuściła wybierając Boga i siebie - nawarstwiały się problemy na bazie tej traumy powodując tak ogromne ilości negatywnej karmy, która mnie popchnęła w kierunku totalnej izolacji od związków. Mam silne wrażenie, że ta tematyka była moim największym wyzwanie karmicznym, największym problemem, wokół którego kręciło się wiele innych rzeczy. Dlatego też to dla mnie było takie ważne i takie trudne zarazem. I dlatego też patrząc w ten błękitne, kochające oczka ciężko było mi powstrzymać wzruszenie.
Jak już tak piszę, to inną dziwną rzeczą jest niesamowite tempo rozwoju naszej relacji. Wystarczył tydzień rozmów sms i na gg, nim się nawet jeszcze spotkaliśmy na żywo, żeby czuć się jak starzy, dobrzy przyjaciele. Po takim tygodniu miałem z nią tak przyjacielską relację, jak z moim przyjacielem, z którym to samo budowałem na przestrzeni kilku lat. A to co się działo po spotkaniu to już w ogóle jest nie do opisania - przy nikim innym nie czuję się tak swobodnie, luźno i spokojnie jak przy niej, osobie, z którą na żywo spędziłem łącznie kilka dni

A jak myliśmy razem ząbki, stojąc przed lustrem, gdzie też pierwszy raz mogłem zobaczyć nas razem i gdzie się wydurnialiśmy jak dwa wariaty (ona jest równie stuknięta jak ja), to nie tylko pokochałem ją jeszcze bardziej, ale także poczułem jak bardzo chciałbym z nią gotować, robić zakupy, sprzątać dom i zajmować się innymi codziennymi sprawami. Ta kobieta jest naprawdę jedyna w swoim rodzaju

Jej, a tyle jeszcze przede mną, ledwo zacząłem przecież
