Karina, Indra

))*
Matolstwo można równie dobrze zamienić na coś innego, u mnie jedną z głównych takich rzeczy była moja otyłość. Ojciec tego we mnie nienawidził, matka też próbowała z tym walczyć, a ja nie mogłam tego znieść, bo chciałam, żeby mnie akceptowali taką, jaka byłam. Ta cała walka wywoływała we mnie tylko gniew, złośc, bunt i niechęć do jakichkolwiek form redukcji wagi.
Dokładnie - pod "matoła" można podstawić każde "coś", czego rodzice nie akceptowali u dziecka.
A wiesz, że w pierwszym momencie chciałam napisać o tuszy waśnie?

Ale zaraz potem przyszedł mi na myśl matoł, więc pomyślałam sobie: co będę pisać o rzeczach dla mnie abstrakcyjnych [moja mama pochodzi ze wsi, a tam tusza jest miernikiem bogactwa – im ktoś jest grubszy, tym uchodzi za bogatszego

, a my należeliśmy zawsze do tych mniej zasobnych

], napiszę o matole, bo jest mi to znajome.
Mój teść tak właśnie nazywał mojego dużo młodszego szwagra. Dziecko było prawie genialne, inteligentne, uzdolnione muzycznie, otwarte, odważne, ciekawe świata. No i to był jego „błąd”, bo ojciec chyba się napalił, że będzie miał geniusza w rodzinie i zaczął wywierać na niego presję, tj. więcej od niego wymagał. A jak dziecko reagowało po dziecięcemu (czy nawet zwyczajnie, po ludzku, bo każdy popełnia błędy, nawet geniusz), to był "matoł". Teść otwarcie o tym mówił, że robi tak, żeby go zmotywować do tego, żeby nie był matołem, bo nie może pozwolić na to, żeby jego syn się "zmarnował".
Efekt jest taki, że chłopak zaczął się jąkać, w szkole zaczęło mu iść trochę gorzej (a wcześniej chcieli go posłać do klasy wyżej, bo się nudził na lekcjach), a teraz jest totalnie zamknięty w sobie, zalękniony, niepewny siebie i taki jakiś nieprzytomny ciągle (jak to matoł

, choć nadal jest bardzo inteligentny.
Ojciec nie miał "złych intencji", wręcz przeciwnie, robił to dla "dobra dziecka", jak sam mówił (żeby go zmotywować do nie-bycia matołem).
I nie pomagało tłumaczenie, że to przynosi odwrotny skutek. Do dziś teść się wkurza, że ma takich synów-fujary. I dziwi się: Dlaczego? Przecież on sam jest taki zajebisty

[Tzn. tak myślę, że do dziś się wkurza, ale na pewno nie wiem, bo już nie mam z nim kontaktu od roku

]
Ech, psychologii dziecka powinno się uczyć w szkole, to może byłaby nadzieja, że po iluś tam latach lub wiekach

ludzie zaczęliby dostrzegać jak bardzo krzywdzą się wzajemnie.
Kiedyś mnie to bardzo wkurzało, teraz już coraz mniej. No ale jeszcze siedzą we mnie różne emocje na ten temat (głównie smutek i złość). Tylko że coraz trudniej do nich dotrzeć (bo te na wierzchu już zeszły, a zostały już tylko te ukryte), dlatego cieszę się, że są takie okazja, jak ta na forum, żeby powyciągać je na wierzch, odnieść do siebie i uwolnić

Fel,
nie szkodzi
Powiem Ci szczerze że myślę że dobrze czujesz te lęki, to bardzo blokuje, opóźnia "rozwój" zwłaszcza pierwotne lęki przed śmiercią fizyczną czy śmiercią duszy, aczkolwiek czuje opory przed głębszy poruszeniem tego tematu z Tobą, poczekamy na właściwy czas i miejsce ? 
Jasne
Ja też czuję te opory, ale być może za jakiś czas "dojrzejemy" do tego
