Wiele lat temu ktoś poprosił mnie o zbadanie nowego mieszkania, ja tam się na wahadłach nie znam. Miałam podejście zupełnie lekkie do tego, ale mówię sobie, no dobra ze względu na przyjaźń pochodzę trochę tu i tam, niech się ludzie nacieszą, to i tak miała być impreza.
Pojechałam z takim łańcuszkiem do nich (prościutkie wahadełko), gdzieś to dostałam na jakimś szkoleniu w pakiecie.
I chodzę tak po tym mieszkaniu, więcej się wygłupiamy niż naprawdę pracujemy. Nagle w pewnym momencie, w pewnym kącie ten łańcuszek zaczął się mi tak rwać, ledwo go mogłam utrzymać w ręce. Ja się przeraziłam. Pot się ze mnie lał.
Od tej pory nawet nie patrzę na wahadła.