Hej
Pracuje trzeci tydzień nad otwieraniem się na miłość i złapałem zastój. Generalnie gdy czuje się kochany to czuje się świetnie, pewnie i siebie wtedy kocham, widzę swoje zalety których nie widzę na codzień i te które we mnie drzemią a jeszcze ich nie przejawiam. Gdy to uczucia bycia kochanym odchodzi to ciężko mi siebie lubić, czuje sie taki pusty, samotny, bez wsparcia. Znów wpadam w dołki. Myśle sobie że inni ludzie nie muszą czuć się kochani a i tak twardo chodzą po ziemi. Taka sytuacja już się utrzymuje jakiś czas, nie wiem gdzie robie błąd. Oczywiście cały czas sobie powtarzam te afirmacje :
1. Ja doktor zasługuje na miłość, szacunek i bogactwo
2. Jestem kochany, wartosciowy, cenny i godny miłości taki jaki jestem.
3. Lubie, kocham, szanuje i doceniam siebie niezależnie co o mnie myślą inni ludzie.
Czasami dodaje jeszcze cos w stylu Bóg mnie kocha, zawsze i wszędzie, niezależnie od czego kolwiek, zazwyczaj w chwilach gdy brakuje mi jego miłości więc słabo to działa ale pomaga.
Gdzie robie błąd ? O co tu chodzi ? Napewno dalej będe afirmował bo niemoge być pewny czy to znowu nie sabotaż.
Zazwyczaj gdy to uczucie bycia kochanym dzieckiem Boga znika to często czuje sie winny, niegodny, odgrywa się wtedy chyba jakiś program. Wypalam codziennie po 10 - 15 minut opory na otworzenie się na miłość wahadłem oM
Jakieś rady ? Temat BARDZO dla mnie ważny