Dziś miałam sesję w tym temacie:) Trochę głupot poschodziło i dużo lęków przed Bogiem i czystym światłem.
Niezłe pomieszanie sprzecznych intencji w temacie: Bóg, a życie i spełnienie w materii.
Rozumiem teraz dlaczego tworzyliśmy sobie z połówkiem taką dysharmonię w życiu na ziemi, między sobą i dlaczego tak wywalało. Gupiutkie aniołki:)
Nie spodziewałam się też, że mogę tak bardzo bać się Boga i światła:)
Chodziło o to, że moja pś za nic nie mogła uwierzyć, że Bóg ma dla mnie wszystko co najlepsze, był duży opór, gdy chodziło o sprawy materialne. Wierzyłam, że przecież Bóg nie chce, żebym sobie żyła w materii i najlepiej to by mi wszystko ograniczył, albo ukarał. Że się gniewa i nie popiera tego, że zeszłam w materię.
Moje zejście w materię oparte było na wyparciu się i buncie przeciwko Bogu, więc nie mogłam uwierzyć, że może mnie tu wspierać.
Bałam się światła, że mnie stąd zabierze, że Bóg chce mi zabrać przyjemność zmysłową, z doświadczania w materii i tego nie popiera. Dlatego muszę wybierać między życiem w materii, a Bogiem, miłością, harmonią, spełnieniem.
Bałam się, że światło( Bóg) mi wszystko zepsuje i nie wolno go do siebie dopuścić, miłość podobnie.
To powodowało rozdarcie. Poza tym czułam się winna za przyjemności materialne, że to nie w porządku wobec Boga. Trochę jak dziecko które po kryjomu robi coś dla siebie przyjemnego, czego rodzice zakazują i ma poczucie winy za to.
Z połówkiem były sprzeczne intencje, bo z jednej strony bardzo nas do siebie ciągnęło i chcieliśmy się siebie trzymać oboje, a z drugiej bojąc się miłości, harmonii, światła, które nam zabierze przyjemność i możliwość doświadczania w materii, unikaliśmy siebie i robilismy dużo by nie być dość blisko, by miłość i harmonia, wysokie wibracje się nie przejawiły bo wtedy wrócimy do Boga i nici z materii i doświadczania. Nawet jeśli interesowaliśmy się tym samym, to z przesunięciem czasowym. Wyszło na to, że każde miało zajmować się w materii czymś innym, by nie było harmonii i byśmy nie byli zbyt blisko siebie. Zawsze byliśmy obok, ale tak kreowaliśmy, że nie było opcji bycia razem, zawsze coś nam nie pozwalało na to, albo mieliśmy inne cele. Potem oczywiście było mase niespełnienia i pretensji wzajemnych, bo się zapomniało jaka była ta prawdziwa intencja na początku.
Czasem któreś miało dość i chciało już wracać do Boga, odrzucając materię i wszystko co z nią związane, a to drugie akurat nie chciało:P I znów jazda była.
Stąd nasze ciągłe niespełnienie w zabawie w materii ze sobą razem.
No i przekonanie, że aby wrócić do Boga, to trzeba się wyrzec materii, a jeśli chce się bawić w materii to trzeba wyrzec się Boga.
Wyszły też silne lęki i opory by doświadczać dostatku i spełnienia w materii, bo bałam się że to oznacza powrót do tego co było przed oddzieleniem od Boga, a co zanegowałam: czyli nuda, stagnacja i brak rozwoju. Bo jak już wszystko będę miała, i będzie wszystko dla mnie mozliwe, latwe , jasne, oczywiste, proste i lekki to jakby powrot do tego co było kiedyś. Tak się pś kojarzy.