"IMHO = BS."
Ad.2. OK, to napiszę dokładniej jak to widzę po moich lekcjach od WJ: Jeśli odczuwamy deficyt, uraz, zranienie, jeśli mamy podpięte cokolwiek negatywne pod pewien aspekt życia, który chcemy zmienić, to kładzenie akcentu na to czego brakuje jest de facto skupianiem się na tym braku (w tym wypadku kładzenie akcentu nie jest związane ze słowem, ale z tym co jest w nas "doczepione" do niego – samo słowo może być jak najbardziej pozytywne). Gdybym w mojej afirmacji podkreślał "wierna", to bym za każdym razem akcentował coś, co mogło by mnie boleć w aktualnych okolicznościach – i tym samym generowałbym negatywny przepływ (moja energia płynęłaby przez matryce, które kształtowałyby przyszłe doświadczenia w sposób, w jaki oceniam ten uraz). Tak samo działa próba osiągęcia czegoś pozytywnego z pozycji niskiej samooceny i braku wiary w siebie (to bardzo stara lekcja, którą zapomniałem, ale ostatnio WJ podsunęło mi pod nos tamtą starą notatkę): Pozytywne oczekiwania na tle negatywnego obrazu siebie wzbudzają negatywny przepływ, a przepływ stale kreuje przyszłe doświadczenia. Przykład: Jeśli ktoś ma jakiś talent, jakiś dar, który chce realizować, ale ocenia nisko swoje możliwości, to sprowokuje negatywne wydarzenia, które mogą go utwierdzić w przekonaniu, że nie powinien się tym zajmować (podczas, gdy osoby nawet bez talentu, ale konsekwentnie pracujące w końcu osiągną konkretne rezultaty). Dlatego tak ważne jest to, co już wspomniałem tu wcześniej, żaby przede wszystkim zaufać Bogu, a poprzez zaufanie Bogu zaufać samemu sobie :) Bez takiego oparcia umysł będzie wariował próbując ogarnąć to co dla niego jest nieogarnialne, a przy okazji tworząc masę negatywnych halucynacji, które to będą powodować jeszcze większe napięcie i chaos... no i spirala nieszczęść gotowa.
Ad.3.
Zadaniem takich „pierwotnych połówek” jest zatem przetrzeźwienie w temacie związku(-ów) w materii,
odpuszczenie zaślepień w swoim własnym temacie,
w temacie harmonii i miłości,
uwolnienie się od tęsknoty i poczucia uzależnienia – oraz otwarcie się na pełną harmonie w relacji,
bez uzależniania jej od tego, czy będzie to z „połówką pierwotną”
czy z innym wcielonym aniołkiem, 100% harmonijnym w materii - zarówno pierwotnie, jak i realnie.
I to jest to !
Przetrzeźwienie na temat związków w materii to jak sądzę przetrzeźwienie w temacie uwarunkowań jakie tu zastaliśmy, oczekiwania ideałów tam gdzie trzeba iść na kompromisy, skupiania się na aspektach materii (typu wierność, która pochodzi od naszych biorobotów, a nie z naszych dusz). Mojej harmonijce strzeliłem mega dramat niechcący po tym jak jakiś czas po niby-rozejściu się wyciągnałem z niej, że się z kimś całowała. Potem mogłem strzelić mega focha i już się do niej nie odezwać, realizując poniekąd jeden ze scenariuszy, jakie opisała w swoim artykule Hydrozagadka. Wybrałbym impuls ego, a zapewniam, że to było bardzo proste, bo bolało jak cholera – zdrada "zwykłej" kobiety nie boli nawet w ułamku tak, jak zdrada połówki. Ale... To tylko ego. To tylko cierpienie. Nic, czego dobre prowadzenie WJ nie dałoby rady przejść, kiedy jest taka intencja :) Co jest wartością w takim wypadku? Kopnięcie w pupala istoty z taką duszą przy pierwszym poważnym kryzysie? Zabetonowanie się ze swoim cierpieniem? Kolejna ucieczka? Oczywiście, że nie. Nie znam przyszłości, ale wiem, że... Jeśli ona kiedykolwiek mnie odepchnie, zrani mnie, opuści, to zrobię wszystko, żeby nie zareagować jak reagowałem wcześniej. Cokolwiek się stanie przyrzekłem sobie, że nigdy jej nie odepchnę, nie zranię, nie opuszczę. Dlaczego? Dojrzałem na tyle, żeby wyjść ponad poszepty ego, ponad rządzę odwetu własnego cierpienia, ponad... jak wierzę nietrzeźwość co do związków w materii, oraz od zaślepień w temacie harmonii i miłości właśnie :) Cokolwiek się stanie najpierw dobrze prześwietlę samego siebie, żeby się upewnić, że cokolwiek wtedy zrobię będzie wynikało z miłości. Jeśli pozna kogoś wartościowego, z kim będzie jej naprawdę dobrze – OK. Jeśli usunie mnie całkiem ze swojego życia – OK (acz bardzo wątpię, ba, nawet ona wątpi), jeśli na zawsze będę tylko jej kolegą, nawet nie przyjacielem – OK. Jeśli będzie ze mną – OK. Jeśli będzie ze mną dopiero za 10 lat - OK. Wiem, że potrafię wnieść wiele dobrego do jej życia, bo wniosłem już dużo wcześniej, więc jeśli będę miał choć tę szasnę mieć pozytywny wpływ na nią i jej życie (czego ona w sumie chyba potrzebuje), a do tego może czasem się z nią zobaczyć – jestem więcej niż szczęśliwy z tego powodu :) Ba, chciałem wyjechać z Polski, a zamiast tego siedzę i się uczę, bo chcę zacząć nową karierę i przeprowadzić się bliżej niej właśnie w tym celu (no i jeszcze dlatego, że WJ mnie tak zainspirowało:D).
Może na koniec krótkie podsumowanie mojego wglądu w istotę rzeczy na tę chwilę:
"Zadaniem takich „pierwotnych połówek” jest zatem przetrzeźwienie w temacie związku(-ów) w materii,"
PRZED: Związek rozpadł się, bo zrobiłem duży problem o w sumie bzdurę (i na bazie zranień z innych związków), momentami patrzyłem na nią przez pryzmat jej pierwszego beznadziejnego (moim zdaniem oczywiście) faceta, mimowolnie skupiałem się na jej wadach zbyt często, itd.
PO: Wartością numer jeden jest dla mnie nasza harmonia, jestem wdzięczny za to że w ogóle mogłem ją spotkać, jestem gotów wiele sobie i jej wybaczać, żeby to co materialne nie przesłoniło tego co metafizyczne. Nie musi być idealna, ja zresztą też nie muszę, bo ani się nie da, ani nie o to tu chodzi.
...OK, dalej nie mam czasu już pisać, może później :) Najważniejsze jest.