Mateusz
Z tą oziębłością to bym się nie zgodził, szczególnie że ostatnio wręcz przeciwnie się dzieje - coraz więcej miłości do siebie się pojawia. Do reszty też jakoś nieszczególnie jestem przekonany, ale może coś tam jeszcze wybija z rzeczy nad którymi pracowałem ostatnio.
Buddha_Lounge
To co piszesz, już dużo bardziej do mnie przemawia. Do tematu nad którym teraz pracuje dałem sobie chyba nieco za dużo materiału, więc rzeczywiście pś może być zmęczona mieleniem.
"mi sie kojarzy z relacją z matką, jakby brak wiary miała w Ciebie i Twój sukces i jakby to gdzies działało"
Hmm, matka na pewno nie wierzyła w mój sukces jeśli chodzi o moje tworzenie bliskich relacji(a nad bliskością teraz pracuje), pamiętam jak mi też kiedyś rzuciła pocieszaczo-pociskaczem czyli tekstem "nie martw się, nie wszystkie dziewczyny patrzą na wygląd"

Za relację z matką zamierzałem się wziąć jak tylko skończę to co robię teraz - teraz mam kolejne potwierdzenie, że to dobry kierunek.
"Taki mały Clint trochę zdołowany, że Mu nie idzie."
No w sumie teraz mi wywala trochę takie zdołowanie, że "ile jeszcze będę musiał przerobić, zanim spotkam jakąkolwiek dziewczynę z którą mógłbym stworzyć fajny związek? To w mojej okolicy taka bieda czy to ja mam wciąż tak nasrane w głowie?"

Szczególnie, że właśnie teraz, w marcu - mijają dokładnie 3 lata od kiedy zaznałem porażki miłosnej, w wyniku której wstąpiłem na drogę rozwoju i choć przez ten czas zmieniło się zajebiście dużo we mnie i moim życiu, to wciąż brakuje mi tego najważniejszego - nie mam się do kogo przytulić. Najgorsze jest to, że tyle razy już czułem masę entuzjazmu i przekonania, że to już tuż tuż, że przestałem ufać swoim odczuciom w tym temacie. Dzisiaj po południu zaczęły się transformować pewne rzeczy i w końcu część oporu ruszyła się z miejsca, dzięki czemu znów czułem sporo entuzjazmu i przekonania, że ten związek to na wyciągniecie ręki jest - ale tym razem już nie potrafię temu zaufać. Czuję jakby mi podsuwano jedzenie pod nos, po długiej i wyczerpującej głodówce, po czym zabierano je z powrotem.
Wiem, że to kwestia kolejnych obciążeń, coś tam pewnie z Bogiem , coś tam z czymś... Eh, i tutaj jest właśnie moje zmęczenie. Boję się, że będę musiał tak ciągnąć jeszcze kilka kolejnych lat, nim mi się uda...