Karina, Clint,
ja bym nawet powiedziała, że jak się wzbudzi w sercu miłość, to nie ma rozróżnienia "kocham siebie, kocham innych", bo ma się jedną miłość w sercu. Do wszystkich

Ale faktycznie coś jest w tym, co pisze Karina. Kilka dni temu zastanawiałam się nad tym tematem.
Bo skoro gdy kocham, to nie muszę mieć przy sobie (fizycznie) obiektu miłości, bo jest mi tak samo dobrze z nim i bez niego (bo cieszy mnie sama myśl o tym, że jest, że jest szczęśliwy, itd.), to gdzie leży granica związku? Po co być z kimś, skro samemu też jest ok?
No ale zaraz do mnie przyszło, że związek może dać coś, czego sam człowiek nie może sobie dać, np. bliskość w seksie, wspólne zabawy, itp. Czyli że w dwójkę, czy też w kochającej, akceptującej grupie też jest przyjemnie. I to w inny sposób niż w samotności.
Czyli dobrze jest, gdy się jest samemu i dobrze jest, gdy się jest z kimś innym. Jedno i drugie przynosi korzyści nieco innego rodzaju, dlatego warto mieć różne doświadczenia

Clint,
"Warto też wspomnieć, że pokochanie siebie to proces który odbywa się na wielu płaszczyznach i wymaga całościowego spojrzenia na wiele spraw. Dlatego samo uparte pisanie afirmacji na ten temat niewiele daje, bez wielu innych koniecznych zmian. Do tego tematu trzeba podchodzić od wielu stron."
Nom. Jakiś czas temu znalazłam kilka zeszytów sprzed dobrych kilku lat, zapisanych afkami w stylu "Ja Hania kocham siebie".
I jak sobie pomyślałam o efektach tej pracy, to aż mi się siebie szkoda zrobiło.