Wczoraj miałem kolejne węzły, i jak wczoraj miałem po nich takie fajne uczucia, to dzisiaj wszystko siadło (mam tak, że po 1 dniu przychodzi dół). Ponadto, po odstawieniu afek i medytek, znowu zacząłem czuć siebie, a więc pojawiła się: olbrzymia nieśmiałość, tak że analizuję każdy mój ruch, czy aby dobrze to robię, co inni powiedzą. Doszło do tego stopnia, że jechałem samochodem i czułem się takijakiś sztuczny, bo patrzyłem, czy dobrze jadę, czy nie za wolno, bo ktoś juz za mną dyszy w aucie, czy nie za szybko, czy ładnie skręciłem (!). Ogarnął mnie wstyd z każdej strony. Wstyd typu CO LUDZIE POWIEDZĄ (O MNIE). No i pojawiła się chęć ucieczki od siebie, od tych uczuć, od tego dziecka we mnie wrażliwego. Bo... CO LUDZIE POWIEDZĄ (O MNIE).
A relacjach z ludźmi poczułem się odrzucony, mimo że nikt mnie nie odrzuca. I znowu chciałem od tego uciec i się schować.
A z pozytywów (chociaż może powyższe to też pozytyw?), to okazało się, że mój ojciec nie był jednak strzygą, tylko był aniołem, który miał silne wzorce strzygi (a to już zawsze coś lepiej, aniżeli byłby strzygą). Potem pomyslałem sobie, że jego matka, a moja babcia, była strzygą, ale zaraz do mnie dotarło, że ona chyba podobnie jak ojciec, miała tylko silne wzorce strzygi. Uff, zawsze to ulga, że jednak sobie strzyg do dzieciństwa nie przyciągnąłem.

I już nawet częściowo przeszła mi duma, że OTO PATRZCIE, MÓJ OJCIEC JEST STRZYGĄ. Nie jest strzygą, a mi przeszła ochota na czucie dumy z tego, że znam strzygę - przynajmniej w jakiejś części osłabła.
Jak to Wam napisałem, to jakoś mi tak lepiej, jakby kamień spadł z serca.