Dodam jeszcze, że to o czym tu pisałam jest na podstawie mojego doświadczenia. Ale to jest moje doświadczenie. Nie traktuję tego jako jedynie słuszny pogląd i drogę.
Był czas kiedy czułam się bezsilna, był czas kiedy czułam się wściekła i pokrzywdzona. Teraz jestem zadowolona. Coraz bardziej czuje się wolna w relacjach, w tym również z rodzicami.
Szanuję moich rodziców. Oni szanują mnie. Nie próbuję ich zmieniać, ale i też nie poddaję się ich presjom.
Nie mam w sobie jakiejś silnej chęci obwiniania ich (chyba , że coś mi wywala w danym momencie

, ale wtedy wiem, że to wywałka i to uzdrawiam). Ale i też nie czuję się specjalnie winna w relacjach z nimi.
Oczywiście ktoś może powiedzieć, że to za mało (spotykam jeszcze takich "pomniejszaczy" i innych ekspertów od cudzego życia ). Że jak nie czuję wielkiej wdzięczności, czy wielkiej miłości to nie jest to pełne uzdrowienie. Byc może. Ale mi na ten moment wystarcza. Na ten moment mogę powiedzieć, że jestem zadowolona i wdzięczna sobie i światu, że doszłam do tego momentu.
Z tej perspektywy widzę, że to co mnie najbardziej blokowało w uzdrowieniu to był narzucony mi pogląd, że "przecież wszystko jest ok, przecież nic się nie stało, o co ci chodzi". Ten pogląd powodował, że przestałam sobie wierzyć. Bo co innego widziałam i czułam, a co innego było mi wmawiane. Bo czułam, że nie wolno mi stanąć po swojej stronie. Że nie mogę patrzeć na to co sie stało swoimi oczami, ze musze patrzec oczami swoich rodziców albo innych ludzi - tych co "wiedzą lepiej". Że muszę wierzyć w cukierkową wersje tego co sie zdarzyło. I natychmiast wszystko zapominać.
Dzisiaj nie obwiniam rodziców o to co było, bo wiem, że ich zachowanie wynikało z nieprzytomności i transów i wyuczonych zachowań. Teraz widzę jasno w jak wielkim strachu i poczuciu winy oni żyli. Ale nie widzę powodu wmawiać sobie jak cudowne było moje dzieciństwo i że wszystko było ok. Tam gdzie jest nieprzytomność i transy nie może byc ok. Ok to jest dla mnie teraz.
Kolejny blokujący mnie pogląd to : rodzicom należy się szacunek, i że trzeba byc wdzięcznym rodzicom. No i że trzeba kochać swoich rodziców.
A przecież tam gdzie trzeba i się należy nie ma miejsca na autentyczne uczucia. Na miłość.
Zresztą teraz czuję, że wymuszanie szacunku i wdzięczności jest najczęściej tam, gdzie nie ma miłości. Bo tam gdzie jest miłość to szacunku i wdzięczności nie trzeba nakazywać.
Chcę zresztą podkreślić, że nie jestem przeciwniczką wdzięczności. Z radością witam uczucie wdzięczności za każdym razem gdy sie pojawia, ale jeżeli ktoś mi mówi, że powinnam czuć wdzięczność, gdy jej nie czuję to dla mnie jest to forma wymuszenia i kontroli tej osoby nade mną. A ja nie życzę sobie być kontrolowana i nikogo nie chcę tez kontrolować. Nie chcę tez relacji opartych na kontroli uczuć. Już to przerabiałam. Od dzieciństwa.