Czyli służbą innym próbujemy przywrócić stan jedności, który znamy, ale straciliśmy. Może być z Bogiem, ale może być i z matką z czasu płodowego.
To był dobry trop z tą matką

I to nie chodzi tylko o okres płodowy. R. Geckel (w "Grzeczne dziewczynki...") pisze, że wczesne związki matka-dziecko są rodzajem sybiozy. Dziecko przychodzi na świat bardzo niedojrzałe, więc jest skazane na to, że matka wczuje się w nie i spełni wszystkie jego potrzeby (dostarczając mu pożywienia, dbając o jego czystość, izolując od niebezpieczeństw, itp.). Bez tego, w skrajnych przypadkach, dziecko jest dosłownie skazane na śmierć (i myślę, że to stąd się może brać lęk przed śmiercią, w sytucji, gdy ktoś się od nas "odwróci").
W tym czasie matka powinna być całkowicie do dyspozycji dziecka, jeśli ono tego chce. Jest to konieczne do prawidłowego rozwoju, ponieważ udana symbioza jest warunkiem zdrowego procesu odłączania się i indywidualizacji ( to z kolei jest przesłanką do wytworzenia się stabilnego poczucia tożsamości). Gdy w tym czasie zdarzą się jakieś zakłócenia, to skutkuje to tym, że całe życie będziemy szukać tego, czego nam wtedy nie dano, w naszych związkach z innymi ludźmi, szczególnie zaś w związku z partnerem. Będziemy się bali indywidualizacji (odłączenia), siebie, wyrażenia swojego zdania, bedziemy zaspokajać czyjeś potrzeby, żeby tylko nas nie opuszczono.
To dlatego natura wyposażyła kobietę w silny instynkt, pozwalający na poniesienie "ofiary" polegającej na zajmowaniu się dzieckiem bez przerwy. Ale może on się tylko rozwinąć wtedy, gdy kontakt matki z dzieckiem zaraz po urodzeniu jest bardzo bliski i nieprzerwany. A o to w naszych czasach było bardzo, bardzo trudno (w szpitalach odbierano kobietom dzieci po porodzie po to, by położyć je w sali z innymi noworodkami).
Poza tym na przeszkodzie w rozwoju tego instynktu stoją jeszcze inne przeszkody. A gdy się on nie rozwinie, to matka nie jest w stanie zaspokoić wszystkich, niezbędnych potrzeb dziecko. I skutkuje to wypaczeniami.
Poza tym nagminnie się zdarza, że matka sama ma silną potrzebę zaspakajania jej potrzeb, a to dlatego, że potrzeby te były niezaspokojone przez jej rodziców (z tych samych względów). No więc pragnie, by to dziecko zaspokajało jej potrzeby, a nie odwrotnie. I dlatego, zamiast na początku być do ciągłej dyspozycji dziecka i przez to budowac zdrową symbiozę (a tym samym poczucie bezpieczeństwa dziecka, ufność, pewność, itp.), a potem powoli wypuszczać je spod swoich skrzydeł (żeby odnalazło siebie, swoją moc, żeby mogło stać się się samodzielne i niezależne), matka robi odwrotnie - nie spełnia warunków właściwej symbiozy (bo nie jest do dyspozycji dziecka; porzuca je emocjonalnie, a czasem nawet fizycznie), a potem nie pozwala mu się usamodzielnić, robi wszystko by je od siebie uzaleznić. I najczęściej jej się to udaje, bo dziecko z deficytem ciepła, z niezaspokojonymi potrzebami wściekle boi się rozłączenia.
I taki człowiek jest potem niesamodzielny, zależny od innych, od ich opinii, bezradny, nie czuje siebie, swoich potrzeb (nie mówiąc już o ich zaspokajaniu), za to doskonale wyczuwa i zaspokaja potrzeby innych.