Bardzo prawdziwy i poruszający tekst, ale jeden szczegół mi tutaj zgrzyta. Mianowicie chodzi o słowa "(...) wręcz przeciwnie - by uzdrowić Twe narkotyczne ciągi nieświadomie odwrócił do Ciebie swoje plecy...."
Doskonale wiem, o co chodziło autorce, wielokrotnie też przeżywałam coś takiego (to że ktoś się odwrócił, albo że ja z kogoś zrezygnowałam w ogólnym rozrachunku dawało mi możliwość zagłębić się w siebie, puścić wszystko to, co bolało i poczuć, że jestem pełnią).
Jednak uważam, że po pierwsze, nikt nie odwraca się plecami, bo chce pomóc, tylko raczej dlatego, że nie potrafi inaczej (ma swoje brak, lęk przed bliskością, skłonność do ucieczek). Gdyby potrafił to pewnie trzymałby w objęciach tyle, ile by trzeba było (nawet te 30 dni, o których pisze Karina w innym wątku

, żeby zranienia się uleczyły. Miłość naprawia wszystko.
Inna kwestia jest taka, że na wysokim poziomie zranienia i z dużym lękiem przed bliskością zazwyczaj nie przyciąga się osób emanujących prawdziwą miłością (tylko podobne do siebie, czyli z brakami), stąd to odwracanie się plecami i "konieczność" poradzenia sobie samej.
[ale to jest właśnie skutek błędnych przekonań m.in. na temat cierpienia]
Uważam też, że tworzenie wrażenia, że taka postawa jest jedyną drogą do uleczenia, promuje błędne przekonanie, że cierpienie ma jakąkolwiek wartość terapeutyczną. A z kolei to przekonanie wpływa na wybór życia pełnego cierpienia (samotność, izolacja, rzucanie sobie kłód pod nogi i przyciąganie osób, które odwracają się plecami).
Przypomina mi to pogląd, zgodnie z którym dusze w zaświatach umawiają się na jakieś tam działania (oczywiście tworzące cierpienie) względem siebie, żeby pomóc sobie coś tam zrozumieć i uzdrowić. Moim zdaniem ludzie sobie to tak tłumaczą, żeby nadać sens cierpieniu (swojemu i innych). Dla mnie cierpienie to niemiła konieczność (w określonych sytuacjach), dlatego uważam, że gdy się tylko da, warto z niego rezygnować, a nie nadawać mu sens.