Pozytywne Inspiracje
Forum => Związki a rozwój duchowy => Wątek zaczęty przez: Lynd Seagull w 2013-01-05, 17:46:59
-
Dlaczego zdrada zawsze rozwali twój związek (http://www.vogulepoland.pl/dlaczego-zdrada-zawsze-rozwali-twoj-zwiazek/)
-
Dlatego nie ma sensu się żenić ani pozostawać w związkach, chyba że ktoś tego chce.
-
Wiedziałam, że kiedys sie taki watek pojawi, na szczescie ja też juz inaczej na taka sprawe patrze. Kiedys jak zakladałam (nieświadomie) zwiazek nie mówiac już o slubie, byłam przekonana, że dowodem miłości jest wierność (taki fundament zwiazku) tak też jest, tyle, że ( to jest moje zdanie i doswiadczenie) w zdradzie wina leży po obu stronach (szczególnie u DDA)
-
Polędwica, rozwiniesz?
-
Lynd,
Kurde szczerze to mi sie nie chce bo przerobiłam temat i nie wzbudza we mnie silnych emocji:)) Czy Ty masz taki problem w zwiazku? Bo rozumiem, że słyszac, że wina leży po obu stronach może włos sie jeżyć na ciele - sama tak miała:))
Bo rozumiem, że z jakiegos powodu założyłes taki watek:))
-
Spoko, nie zmuszam jak Ci się bardzo nie chce. A jak nie aż tak bardzo, to też nie zmuszam, ale...;)
Problemu aktualnie nie mam, ale w karmie jak najbardziej i w przeszłości też swoje było. Wątek założyłem z okazji świetnego artykułu :)
-
Pod zdrada leży multum swoich własnych problemów (DDA). Jak sie dwoch niedojrzałych DDA- cow dobierze, co to w ogóle nie wiedza co to bliskość, co maja ogrom lęków, przekonań o sobie , emocjonalnie sami niestabilni, to ten zwiazek kuleje. Tu można ksiazke napisac. Kiedy niby zwiazek jest - ale toksyczny, samemu nie wie sie co sie chce, co sie lubi. Tak naprawde to nie jest nam dobrze ze sobą. Faktem jest, że zdrada to tez prowokacja. Faktem jest, że czasami zniechecamy swojego partnera do siebie.
Lynd to nie jest bezpośrednio do Ciebie - to sa moje doświadczenia:))
-
Ja z tą winą za zdradę partnerka to bym uważał, bo można się zagalopować. To prawda że bez powodu się nie wchodzi w taki związek, gdzie się pojawia zdrada, ale żeby zostać zdradzonym wystarczy zwykła podatność na to oparta np. na wzorcach odrzucenia bądź negatywnych wyobrażeniach na temat płci przeciwnej ("faceci to świnie, którym tylko seks w głowie"). Wina za zdradę leży tylko i wyłącznie po stronie zdradzającego, bo to on podjął taką, a nie inną decyzję i wcale nie musiał tego robić, nawet jeśli podświadomie partnerka go prowokowała do odrzucenia - jak są takie prowokacje to można próbować naprawić problem albo po prostu zrezygnować ze związku i tyle - a nie zdradzać drugą osobę i jeszcze się winą za to z nią dzielić :D
Jak ktoś został zdradzony to nie odpowiedzialny za zdradę, ale za to że pozwolił sobie doświadczyć takiej przykrości. Jest istotna różnica między odpowiedzialnością za coś, a za pozwoleniem na to, aby ktoś nam coś zrobił.
-
Polędwica, OK :) Pozostaje jeszcze kwestia tego kiedy się ma na tyle to DDA przerobione, a skąd ma to wiedzieć taki poszukujący jak ja ;)
Clint,
ciekawe ostatnie zdanie :)
-
Oczywiscie, że za podjeta decyzje jest odpowiedzialny ten kto zdradza. Ale jest tak , że w zwiazku różnie my sami sie zachowujemy i mało tego uważamy, że partner jest nam "winny" jest to by był przy nas. Faktem jest, że spore problemy ze sobą ma każda ze stron a partner to nie nasza własność. Odpowiedzialnośc to to samo co wina?
-
uważamy, że partner jest nam "winny" jest to by był przy nas.
Technicznie rzecz biorąc, chyba jest to podstawowe (i jedyne) kryterium związku ;) Bo jeśli nie ma wyłączności, to nie wiem po co nazywać coś związkiem.
-
To z drugiej strony jeżeli poznałabym faceta, który by mial nawalone pod czacha to czy JA jestem mu WINNA byc z nim ( piszesz jak moja była teściowa) nie. Ja chce życ inaczej i szacun ale nie w tym wcieleniu, życze ci jak najlepiej ale sorry nie poszło nam Tak - ale różnie każdy umie zakańczac zwiazki.
-
Yyy chyba nie rozumiem... Jak ktoś jest pomieszany to wystarczy z nim w ten związek nie wchodzić, albo związek zakończyć i już się nie jest mu nic "winnym". Nie mówiłem tu o tym ze trzeba być z jedną osobą do grobowej deski, tylko że skoro się komuś obiecało wyłączność, to wypada jej dotrzymać, póki obietnica jest wiążąca. Bo inaczej po co obiecywać?
-
Albo inaczej jak ktoś czuje sie odrzucany emocjonalnie to czy ma tkwić w takim zwiazku? Czyżby sam troche nie przyczyniał sie do zakończenia.
-
Dla mnie tworzenie zwiazku na jakiś zobowiazaniach, obietnicach, przysiegach jest troche chore.
Mój mąż zdradzał bo sam panicznie bał sie zdrady(w tym sie wychował) a ja miałam swoje nie uswiadomione problemy. Też nie umiałam budować zdrowego zwiazku (zreszta do dzis nie potrafie).
-
Zgadzam się z Lyndem skoro chcemy być razem to warto by było dotrzymać wyłączności (no bo jestem z Tobą a Ty ze mną , tworzymy związek, kochamy się razem itd) a skoro chce zdradzać to lepiej się rozejść i zerwać związek bo po co ranić ? ale jak pisze poledwica - czesto ta osoba zdradza bo np. bo sama panicznie boi się zdrady partnera więc robi to pierwsza w razie co,żeby nie być zdradzona pierwszą ( to jest popieprzenie).
Są związki i są chore związki - te drugie są popieprzone i tam wszystkiego można się spodziewać ( wychodzi moje DDA) w tych zdrowych myślę,że są czyste relacje , otwarte więc nie ma potrzeby zdradzać bo skoro jest otwarcie to jak nie chcemy być razem to po prostu się rozchodzimy a nie toczymy batalię z uśmiechem na ustach "to on jest popieprzeńcem nie ja"
-
Pisze tu o moich doświadczeniach z własnego zwiazku - odnośnie zdrady.
Pisze też o zwiazkach DDA które nie zawsze potrafia usiaść i powiedzieć : chce życ inaczej, jesteś wporzadku (dziekuje ci za doświadczenie) ale każdemu z nas jest potrzebny inny partner rozstańmy sie w pokoju.
Tworzac zwiazek zdrowy co notabene też świadczy o naszej dojrzałości pracujemy nad budowa zwiazku, jesteśmy swiadomi problemów itp.Wtedy jest inna jakośc zwiazku i nawet jak dochodzi do zakonczenia inny koniec!
-
Clint,
Ja dopiero teraz zrozumiałam o co chodzi z ta wina, o której piszesz :)( tzn chyba) Bo też rozumiem, że to do mnie było. Otóż nie jest tak, że czuje sie winna i oczekuje na karę( juz tak nie jest) bo tak miałam fakt, sama w błedne koło sie wpedziłam, ale to właśnie z tych problemów, które sama posiadam w PŚ. Chodziło mi, żeby w zwiazku w którym doszło do zdrady, osoba zdradzona właśnie spojrzała świadomie i zaczeła pracować nad soba(bo jak sie okaże swieta nie była) to też oczywiście w zdrowy sposób.
-
Polędwica,
Wczoraj byłem jakiś nieprzytomny po walkach z nieposłuszną elektroniką, może dzisiaj mi się uda wyrazić jasno :)
Tworzenie związku na obietnicach, czy ustaleniach -- jak zwał tak zwał -- wydaje mi się jak najbardziej normalne, byle te obietnice były przytomne. "Chcę być tylko z tobą, i nie odnosić się w sposób romantyczny czy erotyczny do innych" jest OK, i jest też w zasadzie definicją związku. Związek jest nieformalną umową społeczną bez znaczenia prawnego (w odróżnieniu od małżeństwa), opierającą się właśnie na wyłączności.
Co do zobowiązań... Jeśli obiecam Kazikowi, że codziennie umyję mu kubek po kawie, to dobrze jest się z tego wywiązać, dla własnej samooceny. To nie znaczy że muszę do końca życia myć mu kubki po kawie, ani że muszę myć mu wszystkie naczynia, ani że kiedy mu powiem, że już że nie chcę myć kubków to będę zły, bo przecież obiecałem ;) Mówiłem o tym że umowę można zerwać w dowolnym czasie, tylko uczciwe będzie najpierw zerwać a potem nie myć.
Mam nadzieję że teraz wiadomo że nie piszę jak Twoja była teściowa :)
-
My sie chyba wszyscy nie rozumiemy. Pojawiło sie oburzenie i koncentracja na winnym. Piszac o tym, że wina leży po obu stronach nie mam na mysli, (że powiedziałam mezowi Ty za tamtym rogiem to jakaś tak stoi)ale o tym, żeby każda ze stron spojrzała na swoje problemy. W tym artykule który wkleiłeś jest mowa i wybaczeniu - no ja wybaczyłam dlatego emocje opadły, ale życia z kim takim sobie nie wyobrażam!!!
Dowiadujac sie o kochance też miałam rożne fazy.
Strata - mi sie ziemia spod nóg zawaliła (życie przestało miec sens) była ogromna rozpacz smutek, wywaliło mi kobiecość ( no bo to oznacza, że jestem gorsza jak wybrał inna) Wywaliło mi, że byłam nie wystarczajaco dobra.
Nastepny etap wsciekłość, gniew dobrze, że nie był z mojej miejcowości bo jeszcze bym głupie pomysły miała i jeszcze koła poprzebijała( było - ty h.., ty sku...., jak mogłeś, były nawet pretensje doBoga. Nastepny etap to zemsta - to opracowałam tak by nikomu nie stała sie krzywda - a żebym ja z tego zwiazku "czysta" wyszła. Tak 1,5 roku walczyłam o( to właśnie durne przekonanie, że wzieliśmy slub, było zobowiazanie - to ktoś jest cacy - a drugi jest be)
Gdybym przy takim przekonaniu pozostała to i nic z tego dla siebie bym nie wyciagneła. Tu każdy miał odrobić swoja lekcję. Zdrada pokazał mi, że to ja byłam wychowana na robota, który jest emocjonalnie niedostępny( i wiele innych rzeczy).
Jeszcze troche to i sie okarze, że mu podziekuje bo chociaż mam szanse uzrowić to co mi pokazał i wejść w nowy zwiazek inna. Gdybym sie zafiksowała na winie i na tym, że on jest be to ze soba bym nic nie zrobiła:))Ale wiem ,że przed tym jest ból, zranienie, zal, gniew itd.
-
Lynd,
Ja na temat budowania zdrowego zwiazku niestety nie jestem w stanie Tobie nic napisać. Bo do tej pory stworzyłam dwa chore - a teraz skupiłam na budowaniu szacunku, akceptacji, bezpieczeństwa do siebie, swojego ciała i kobiecości. Ja moge Ci napisac o zdradzie bo to przerabiałam.
Ale kurde wolałabym sie czuc wolna w zwiazku a nie zobowiazana do czegoś, wolałabym żeby wypływało to ze mnie naturalnie a nie jakaś presja.
-
No art sam z siebie nie zakłada życia z kimś takim.
Dla twojego zdrowia psychicznego najlepiej byłoby gdyby partner ci nie wybaczył i wykopał cię ze swojego życia. Zbrodnia i kara.
Fakt, że autor myli przebaczenie z kontynuowaniem związku. Przebaczanie jak najbardziej ma sens, ale dla swojego spokoju psychicznego, nie po to "żeby związek trwał." Zresztą mówi o wykopaniu takiej osoby i ewentualnej ponowniej próbie dopiero za jakiś czas.
W tym wątku chyba nie było oburzenia (albo byłem zbyt nieprzytomny aby je zauważyć;). Raczej chodziło o to że Twoje mówienie o winie zostało odebrane jako pierwsza z tych skrajności:
1. Ojej, jaki to ja zły byłem dla mojego partnera, bo byłem taki pomieszany... Nic dziwnego że mnie zdradził, biedaczek, bo on tylko szukał miłości i uwagi...
2. Oż ty gnoju, wszystko przez ciebie, to ja tu taki piękny i czysty, a ty podłą gadzino...!
(Na tym forum zawsze się rzeczy odbiera jako skrajności, żeby potem napisać posta że skrajnością nie są:D)
Chodziło raczej o to, że owszem jeśli zostaniemy zdradzeni, jest jakaś lekcja do przerobienia dla nas. Tyle że odpowiedzialność nie idzie po połowie, że jednak osoba która zachowała sie nie fair jest bardziej odpowiedzialna i bardziej "winna". Bo oboje mieliście jakieś niefajne intencje, ok, ale to ona świadomie zdecydowała się podjąć jakieś działania. I rozdzielanie tu winy po połowie jest jak (z góry przepraszam za wyświechtany i dramatyczny przykład) stwierdzenie że ofiara gwałtu jest też winna, bo mogła się tak nie ubierać. Zdradzający czy gwałciciel jak najbardziej może wybrać coś innego. A że jednak wybrał to, oznacza że oprócz niefajnych intencji podjął niefajne działania, czyli przyczynił sie do tego o wiele bardziej niż druga strona.
Co do wolności w związku, to pytanie czy czucie się wolnym oznacza że możemy kogoś przelecieć jak mamy ochotę -- a jeśli tak, to po co ;) Jestem z tą osobą bo chcę z nią być, ustaliłem sobie wyłączność bo chcę pogłębiać związek właśnie z nią i ta wyłączność ma mnie pilnować gdybym się "zagapił" i zaczął pchać gdzie nie powinienem. I oczywiście powinna płynąć ze mnie, jeśli zaczynam czuć presję to znaczy że albo ja już nie chcę być z tą osobą, albo ta osoba zaczyna mnie dusić.
-
Pojęcie winy jest pejoratywne i od razu ustawia dyskusję w określonych schematach.
-
Mnie najbardziej zastanawia ten watek zdrady. Bo nie bez powodu problem zdrady wychodzi:)
Sorry ale ja sie w to juz nie zagłebiam:)) Tu nie ma winnego - po co szukać?
-
Ja podziwiam Twoja otwartośc do pracy nad budowaniem zdrowego zwiazku! Ale ja nie jestem gotowa na jakies dłuższe dyskusje - bo dopiero co zaczełam sie rozkoszowac sama soba:)) Teraz trzeba by było dyskutować o wolności - bo każde z Nas inaczej ja rozumuje!
I w zwiazkach w których panuja zdrowe zasady - gdzie każdego dnia pielegnujemy i pracujemy nad jakościa tego zwiazku - nie wiem czy dochodzi do zdrady? - może i tak, ale też pytanie jak w takim zwiazku zareaguje na to osoba zdradzana:))
-
No to już nie wiem czy się zagłębiasz czy nie ;P
Temat zdrady mnie dotykał kilka razy, i zawsze reagowałem wyrozumiale, jak na wzorce DDA przystało. Ilość razy kiedy mi to wyszło na dobre lub neutralne: 0 :P Za to zdecydowanie mógłbym sobie oszczędzić czasu i problemów gdybym się wtedy pożegnał.
No i fakt że zdrada mi się (przez to) nie mieści w głowie, największe tabu którego (znów przez to :P) nie ma bata abym się dopuścił.
Trochę pomyślałem, i dla mnie największym objawieniem w tym artykule (i dalszej dyskusji, dzięki Clint :) było to że w takim przypadku nie jestem w 50% odpowiedzialny, choćby dlatego że to nie ja zerwałem tę umowę społeczną. Inna sytuacja: załóżmy że jeden listonosz zawsze nam przynosi paczki. Pewnego dnia, kiedy czekamy na dość drogą rzecz zakupioną przez Internet, listonosz przychodzi ze skruchą (a może i równie dobrze przyznać się miesiąc później) że paczkę dał komuś innemu, i nie wie czemu to zrobił, i bardzo żałuje. Zdrową reakcją raczej nie będzie, kiedy zaczniemy go pocieszać, stwierdzimy ze spoko, to też nasza wina, po czym zapłacimy mu dodatkowo za to że tak się musiał trudzić i takie ciężkie emocje przeżywa ;)
Jasne że jak ktoś mnie zdradził, to we mnie też tkwiły przyczyny tego. I zdecydowanie się nimi zajmę, zwłaszcza że teraz będę mieć o wiele więcej czasu bo jemu już mówimy do widzenia :P
A co do wolności, to pewnie interpretujemy ją tak samo. Tyle ze pisałem tylko o wyłączności, a Ty napisałaś w tym kontekście że chcesz czuć się wolna -- czyli, półżartem, podsumowałem że chodzi o wolność do romansów ;)
-
Lynd,
teraz już rozumiem, O kochany to ja Ci na tacy lekcji odrobionej nie podam. Bo jak się tylko na czarne patrzy, to co dobrego można wyciagnąć. Taka droga przez zaslepienie:)
-
też czekałam na ten wątek!
pozwólcie, że skorzystam i potraktuję to trochę jak kącik oczyszczania, w temacie oczywiście.
bo mam ochotę trochę sobie powywalać i może przy okazji coś przeanalizować.
najpierw byłam tą drugą, tą z którą ktoś zdradzał kogoś. w dodatku przyjaźniłam się z kobietą, którą zdradzał facet, który wziął sobie mnie na kochankę.
czyli ja też ją zdradzałam
i co? prawie zero poczucia winy, wyrzutów sumienia. takie wrażenie, że póki ona nic nie wie, póki nikt nic nie wie, wszystko jest w porządku. póki ona nie dowie się i nie zostanie zraniona. bardzo zraniona. było też takie nasze wspólne (moje i jego) dbanie o nią, troszczenie się, żeby tylko nic nie ucierpiała...
jedynie w momentach, gdy ona była wyjątkowo miła/dobra/kochająca dla mnie, troszeczkę mi wywalało, co ja jej właściwie robię... ale raczej rzadko.
byłam mocno nieprzytomna, głównie pod wpływem zakochania i zauroczenia
Dosyć często mówiłam do siebie pół żartem pół serio, że kiedyś Bóg mnie za to ukarze i mnie też ktoś kiedyś zdradzi. no i stało się. dużo szybciej niż myślałam...
ten mój nielegalny, ukryty związek, to oczywiście nie był żaden związek, ale raczej układ. i nigdy nie uważałam tego za związek. mimo to, kiedy dowiedziałam się o jego kolejnej (niedoszłej zresztą) kochance, to zabolało cholernie.
Najpierw czarna rozpacz, potworne uczucie odrzucenia, wypłakiwanie oczu, samoocena 10 km w dół.
a on się cały czas bezczelnie wypierał i kłamał mi w żywe oczy.
Więc zaczęłam działać, bardziej podświadomie niż świadomie i sama już nie wiem jak to zrobiłam, ale doprowadziłam do tego, że ta trzecia dziewczyna prawie go znienawidziła i odeszła (chyba na zawsze) z jego życia, zanim do czegokolwiek poważniejszego między nimi doszło.
no bo ja go chciałam z powrotem tylko dla siebie. zaślepienie trwało (i niestety trwa nadal).
odczekałam swoje i wrócił do mnie. nie znienawidził mimo wszystko. ale to już i tak było zepsute nie do naprawienia, jeśli w ogóle można mówić o czymś, o jakiejś czystej relacji od początku, którą można zepsuć.
bolało mnie każde wspomnienie tej trzeciej.więc po prostu nie myślałam o tym. jakoś potrafiłam się odcinać od prawdy. zaślepienie bardzo w tym pomaga.
ale po krótkim czasie wszystko i tak się posypało (wystarczył mały pretekst) i w końcu zostałam odrzucona na dobre. on został przy swoim legalnym związku. jego legalna dziewczyna przez cały ten czas o niczym się nie dowiedziała.
minął prawie rok. ale to tylko kalendarzowy. ja emocjonalnie i rozwojowo nie ruszyłam się od tamtego momentu ani trochę. tak jakby to dopiero co się stało. kręcę się w kółko.
zaślepienie nadal trwa. to chyba jakieś grubsze (może karmiczne) powiązanie z tym człowiekiem. czuję to bardzo wyraźnie na splocie. gruby, gruby sznur. nawet nie mam ochoty tego przecinać. bo co ja będę potem miała? on był/jest wszystkim.
więc mam fazy miłości i nadziei. potem tęsknoty i poczucia braku.potem przychodzi złość, nienawiść i chęć zemsty.
mogłabym łatwo się zemścić. powiedzieć wszystko jego narzeczonej. różne myśli i motywy, mniej i bardziej przytomne:
- dlaczego tylko ja mam znosić ten ból, niech ona też pocierpi. czuję, że jesteśmy jak naczynia połączone, gdybym tak trochę ulała mojej goryczy do niej, to bym sobie ulżyła i jemu też by się dostało, dużo, dużo bólu... choć kto go tam wie, czy by to go ruszyło
- im szybciej się dowie, że ją zdradza tym lepiej dla niej. prędzej czy później i tak się dowie. już teraz może zobaczyć co naprawadę się dzieje w jej związku. zasługuje na coś lepszego.
- ona tego nie zniesie. tak bardzo go kocha. życie jej się zawali. nie mogę jej tego zrobić.
- już i tak jest za późno
- słodka zemsta: odrzucił mnie. ta jego obojętność mnie zabija. w ogóle się nie odzywa. to damy mu powód, żeby się odezwał, żeby mnie przeklinał do końca życia...
- nie mogę mu tego zrobić. ja sobie jakoś jeszcze zdążę ułożyć życie, o mnie nikt nic nie wie.( to wszystko działo się daleko stąd, ja byłam obca, z obcego, dalekiego kraju, przyjechałam, wyjechałam.)
on straci wszystko. tam jest jego dom.
i tak 24 h na dobę. i w kółko wróżby w temacie, od których jestem uzależniona. zresztą ten romans też mi ktoś wywróżył, dokładnie rok przed fatalnym spotkaniem...
-
o fuck... moja telenowela to nic, w porównaniu do Twojej. Mirea, czas wziąć się za uwalnianie od tego bajzlu i to na serio. Będzie Ci potem lżej.
Z ciekawości zapytam- jaką masz datę urodzenia?
-
Lynd,
Ja wiem, że to jest ból - przeżyj świadomie wszystkie emocje - bo najpierw to jest bardzo konieczne:)
A jak juz sie oczyścisz z tych emocji(czarnej strony) to zmien kierunek swojej drogi na jasniejsza:)
I teraz żebyś tak nie cierpiał to z Toba jest wszystko wporządku!! Ta kobieta nie zdradziła Ciebie - tylko siebie i swoj system wartości:))
-
Indra:)))
ty zawsze byłaś tu moją inspiracją. z uwagą czytałam Twoje wpisy o telenoweli. dzięki Tobie wiem, że można się z tego wyleczyć, że są sposoby.
(moja data: 27.04.1984, czyli ósemeczka, a on to słodka szóstka ...)
-
Mirea
hahahahaha :D No ładnie, to się dowiedziałam, że moja telenowela kogoś inspiruje ;)) tak, w końcu "Esmeralda" miała tyyyyyyluuu wiernych fanów :)
Z telenoweli można się wyleczyć. Trzeba chciec i coś robić w tym kierunku. Niektórzy są niestety bardzo uparci - trudno chyba o większe opory, niż moje- ale to od nas zależy, kiedy oprzytomniejemy. To nieprawda, że jak się uwolnisz to nic Ci nie pozostanie. Wtedy zrobisz miejsce na coś o wiele lepszego. Bóg NA PEWNO ma dla Ciebie coś o wiele lepszedo od tego całego popieprzenia.
Ja byłam gotowa i w swięconej wodzie się wykąpać, żeby tylko uwolnić się. Już i tak jest o niebo przytomniej!
-
jak się poznam lepiej na numerologii to sie pewnie wypowiem coś o dacie :)
-
No ja niestety z tych opornych...
najgorsza jest nadzieja. póki mam nadzieję (a mam), że jakimś cudem wrócę do niego po raz drugi, to nie ma mowy o uwalnianiu się od tego...
najlepsza jest świadomość. mimo wszystko wiem, że ta cała historia opiera się na głębokiej nieprzytomności i naprawdę nie ma sensu tam wracać, to nic pięknego....
na razie jestem dosyć rozdwojona. potrzebuję jeszcze czasu. dużo czasu. albo jakiegoś silnego wstrząsu...żeby w końcu się zacząć zbierać. albo kolejnego zauroczenia, które mnie wyleczy z tego (tylko, to nie żadne leczenie).
na szczęście miewam fazy przytomności i dużej ilości dystansu do całej tej historii, jak np. teraz.
niestety bywają też fazy ryczenia w poduszkę.
dzięki z góry za wypowiedzi o dacie. będę Ci bardzo wdzięczna za wszelkie sugestie:)))
-
można się opierac i opierać w nieskończonosc, masz tyle czasu, ile potrzebujesz :) ale tak tylko męczarnie się przedłużają. Trzymam kciuki za uzdrowienie tej sytuacji u Ciebie.
Ja już zaczęłam widzieć światełko dla siebie i dla przerobienia mojej karmy. Twoja wibracja też chyba jest szczególna...
-
To nieprawda, że jak się uwolnisz to nic Ci nie pozostanie. Wtedy zrobisz miejsce na coś o wiele lepszego. Bóg NA PEWNO ma dla Ciebie coś o wiele lepszedo od tego całego popieprzenia.
Indra, zaczynasz naprawde mądrze i przytomnie gadać :-)
-
Dzięki :D
No i dziękuję Ci za zabieg i za uwagi po nim! Popłakałam, powkurzałam się i zaczęłam pracować z afkami. Na pierwszy rzut poszla trzezwosc i przytomnosć. Nadal mi wywala jeszcze, ale przytomnieję chyba ;) mam zamiar dołączyc modlitwę regresywną na wzorce odrzucenia/ranienia.
Koniec z "Esmeralda", ileż można ;)
-
Poldędwica,
spoko, ostatnia taka akcja była lata temu :) Tylko teraz sobie mocno porządkuję temat związków, w drodze przejścia z monogamii seryjnej we właściwą.
Mirea,
Mocna historia, nie ma co. Z doświadczenia człowieka który uwielbiał być zauroczony i miał tego typu obsjesje, powiem tyle: warto się oczyszczać i otwierać na czystą miłość. Człowiek w takim uzależnieniu jest spragniony, ale zamiast wody dostaje tylko błoto. I mimo że ksztusi się i czasem wymiotuje, to jednak to błoto zaspokaja jego pragnienie. I nie marzy o niczym innym jak tylko o stałym dostępie do błota, aby już nigdy nie być spragnionym, nawet za cenę nudności.
Natomiast w porównaniu z tym związek oparty o autentyczną bliskość i miłość jest jak woda źródlana, tak oczywista i łatwa w piciu że nie można uwierzyć, jak można było kiedykolwiek pić coś innego.
Aha, i szansa powodzenia związku z takim manipulatorem: 0%, nawet gdy stanie się "nasz", podejrzewam zresztą że dobrze o tym wiesz. To "och-ach tylko tej jednej osoby pragnę, nikt inny nie może się jej równać" to paskudne zaślepienie, ale -- tylko zaślepienie :) Po spotkaniu właściwie właściwej osoby znika cała "dzika satysfakcja" z przekonania że "tylko ta osoba". Za to pojawia się naturalna satysfakcja z tego, że jest się już poza tym i teraz manipulator może sie co najwyżej dusić we własnym sosie;)
-
Indra, powodzenia w uzdrawianiu :-). Ja wiem, ze jeszcze nam opowiesz nowa telenowele ze szczesliwym zakonczeniem, z innym aktorem, ale z tobą w roli głównej :-).
-
Kinga
dziękuję!!! :)) dzięki za ten wpis, mojej podświadomosci się spodobał bardzo:) W końcu i dla mnie Bóg na pewno też ma coś znacznie lepszego!
Jeśli będzie coś nowego zaraz tu wszystko opowiem, ja to tak lubię się z Wami dzielić ;D
Póki co mam sporo do ogarnięcia...
Lynd
mądrze piszesz z tym błotem! woda jest o niebo lepsza :)
-
Indra,
dziękuję:)))
Lynd,
o rany, naprawdę wydaje Ci się to takie mocne? nie myślałam, że to zrobi takie wrażenie tutaj na "starych" rozwojowych wyjadaczach. w sumie pierwszy raz to opowiadam publicznie, ale...
może dlatego, że ja w tym siedzę od dawna i tego doświadczam, to straciłam wyczucie i mam jakąś znieczulicę. może rzeczywiście pora się za to zabrać...
porównanie z błotkiem i źródełkiem bardzo celne! to jest właśnie to.
teraz tylko pozwolić sobie skosztować czystej wody...
-
Lynd,
Ty byłeś zdradzany, czy jak piszesz miałeś problem z obsesyjnym zauroczeniem, bo sie pogubiłam w Twoich wypowiedziach!
-
Przyczyną zdrady w związku może być, jak to kiedyś Leszek w programie Rozmowy w toku, ujął, iż ludziom może się wydawać, że "z cudzego stołu lepiej smakuje".
No i najważniejsze jest wtedy przebaczenie. A jeśli osoby się kochają, dokonają przebaczenia i oczyszczą wszystko między sobą, to jak najbardziej mogą kontynuować udany związek.
W sławnym Alchemiku było napisane, że "jeśli coś zdarzyło się raz, to drugi raz się nie zdarzy... jeśli jednak coś zdarzyło się dwa razy, to zdarzy się i trzeci". Jest w tym jakaś mądrość.
Co do odpowiedzialności, to jest po dwóch stronach, choć wina jest po jednej stronie.
Z kolei znany dziennikarz Najsztub w jakimś wywiadzie kiedyś powiedział, że właściwie to nikt nas nie może zdradzić, tylko my sami możemy siebie zdradzić, jeśli pozwolimy, by w jakiś destrukcyjny sposób wpłynęła na nas zdrada przez kogoś innego - w ujęciu społecznym. Zaskoczył mnie tą wypowiedzią, bo zabłysnął niczym jakiś wschodni guru.
Chodzi o to, że szczęście/nieszczęście to nie to co nam się przydarza, ale nasza reakcja na to, co się przydarza.
I znów właściwie wszystko odnosi się do podstawowej zasady, do której urzeczywistnienia trzeba dążyć, jeśli w którymś momencie została zaburzona:
Jeśli miłość jest na pierwszym miejscu, wszystko inne jest na właściwym
-
Polędwica,
Tak ;)
-
Oj ale ten wątek trafił mi dziś w temat. Poświęciłam dziś prawie cały dzień na pracę nad sobą co mi się prawie nie zdarza. A wzięłam się za moje dwa związki sprzed kilkunastu lat. Naszło mnie tak po mailu do hydrozagatki w sprawie odzyskiwania fragmentów duszy, pisałam jej co jest do odzyskania.
Dlatego Mirea uwalniaj się z tego syfu najszybciej jak możesz żebyś nie musiała się w tym babrać tak jak ja po kilkunastu latach. To że nie czujesz poczucia winy nie znaczy że go nie ma - może jesteś tak bardzo znieczulona. Ja byłam w dwóch takich związkach. W pierwszym nie wiedziałam że facet jest żonaty, a jak to wyszło byłam już tak uzależniona i tak zmanipulowana że nie potrafiłam z tego wyjść. Wiedziałam że to jest dla mnie destrukcyjny związek ale to było silniejsze ode mnie. Chodziłam jak w amoku, potrafiłam siedzieć cały dzień w oknie i czekać na niego. Potrafiłam siedzieć pod jego domem i patrzeć w jego okno. Byłam na każde zawołanie i nic nie potrafiło mnie powstrzymać. Masakra jakaś. Doprowadziłam do tego że jego żona się dowiedziała bo myślałam że to skończy nasz związek, niestety tak się nie stało. Trwało dwa lata. Teraz szkoda mi tych straconych lat i łez. Po czym weszłam w drugi związek, tu żona od początku wiedziała o mnie (przecież nie byłam tak głupia żeby pchać się w to samo), mówił przy niej że mnie kocha. Zaślepienie i uzależnienie z moje strony to samo. Nie życzę nikomu takich przeżyć. Teraz rozumiem że wchodziłam w takie związki żeby przypadkiem nie stworzyć normalnego i szczęśliwego a z nimi się nie dało za to jazdy były na maxa. Moja pś nie chciała wtedy niczego lepszego. Nie mam z nimi już żadnego kontaktu. Natomiast dziś po przerabianiu tematów znalazłam przy wejściu na półce u siebie w domu ulotkę reklamową, patrzę znajomy adres. Sprawdziłam w necie i to firma jednego z nich o której nawet nie wiedziałam, aż się zaczęłam śmiać.
-
Teraz rozumiem że wchodziłam w takie związki żeby przypadkiem nie stworzyć normalnego i szczęśliwego a z nimi się nie dało za to jazdy były na maxa. Moja pś nie chciała wtedy niczego lepszego.
Kaja,
ja też nie chcę teraz niczego lepszego. Bo nie mam nawet pojęcia jakie by miało być to lepsze, nawet nie umiem sobie tego wyobrazić.
za to wiem, czym jest dla mnie to, co mam teraz. to jest najlepsze, co mnie spotkało do tej pory. on był i jest ciągle najważniejszą osobą w moim życiu.
czyli krótko mówiąc dalej piję to błoto. czystej wody jeszcze nie próbowałam. ale przynajmniej mam świadomość tego.
największe poczucie winy to ja mam w stosunku do niego (!) tak mnie zmanipulował, że uwierzyłam, że to ja mu wyrządziłam największą krzywdę...
oczywiście ja też dałam mu trochę popalić, ale bez przesady...
nie wiem czy czuję się winna w stosunku do jego dziewczyny. to dosyć dziwne. jestem w stanie sobie wyobrazić, jakby się czuła, gdyby się wszystkiego dowiedziała. wiem, jak boli bycie zdradzaną. Ale ten ból jeszcze jej nie dosięgnął.
to jest oczywiście bardzo bardzo niesprawiedliwe, że tak ją oszukiwaliśmy i nadal oszukujemy, ale... nie czuję się za bardzo winna. nie wiem dlaczego. na logikę, powinnam.
Wkurza mnie natomiast to, że ona mu tak ufa, wierzy we wszystko, co on jej mówi, tak łatwo daje się oszukiwać.
poza tym, jakkolwiek to zabrzmi, ona była dla mnie bardzo bliską osobą, dobrą przyjaciółką... brakuje mi jej. może nawet bardziej niż jego.
z jednej strony to wszystko jest okropnie pomieszane (to muszą być jakieś chore relacje, które się ciągną z poprzednich wcieleń), a z drugiej w jakiś dziwny sposób miałam to wszystko w głowie bardzo pooddzielane, poszufladkowane: w jednej szufadce przyjaźń z nią, w drugiej oddzielnie romans z jej facetem. i bardzo rzadko te dwie sprawy ze sobą kolidowały w moim umyśle/świadomości a chyba najmniej w podświadomości...
A jak Tobie się udało uwolnić? robiłaś już wtedy coś w tym kierunku, czy po prostu życie się potoczyło dalej i mogłaś to odsunąć na dalszy plan?
-
Ja kiedyś też tak się nieszczęśliwie zakochiwałam i straszliwie przy tym cierpiałam. Każda miłość kończyła się wtedy gdy traciłam całkowicie nadzieję. Każda taka niespełniona miłość to był kolejny gwóźdź do mojego serca, ktore się coraz bardziej zamykało i umierało. W końcu utraciłam nadzieję na jakąkolwiek miłość i odcięłam się całkowicie od swoich uczuć, swojego wnętrza i zapadła we mnie całkowita ciemność.
-
Ale jaja mój były mąż też tak miał!
-
Mirea,
ja się chyba wciąż uwalniam, nawet po tylu latach mnie jakieś ulotki atakują :).
Wtedy robiłam jedyne co potrafiłam, czyli świadomie niszczyłam te związki, mimo ogromnego bólu jaki to sprawiało. W pierwszym udawało mi się zniechęcić faceta na tyle długo że zdążyłam poznać nowego i na niego przelać swoje uzależnienie. Jak chciał znów ze mną być to byłam już zajęta. W drugim po prostu wyłam non stop przez parę miesięcy. Potem też wyłam ale już nie cały czas aż w końcu przestałam.
Nie uleczyłam sytuacji bo mimo że wiedziałam, że to co się ze mną działo było chore to kompletnie nie rozumiałam dlaczego tak się działo. Nie znam nikogo kto był tak uzależniony jak ja, żadna z moich przyjaciółek czegoś takiego nie przechodziła. To pytanie dlaczego było ze mną przez te wszystkie lata. Dopiero niedawno zaczęłam rozumieć etapami i to uzdrawiać.
Poczucia winy też w stosunku do żony nie miałam albo miałam bardzo mało. W stosunku do siebie ogromne ilości oraz w stosunku do ludzi którzy wiedzieli, było mi wstyd.
Na pewno warto wyobrażać sobie związek taki jakbyśmy chcieli z idealnym partnerem. Pamiętam że miałam taki przebłysk jednej nocy i pozwoliło mi to wtedy się uspokoić i spokojnie zasnąć - co w tamtych czasach było rzadkością. Szkoda że nie stosowałam tego częściej, pozwoliło mi to choć na chwilę przestać myśleć o nim. Więc próbuj.
Na pewno w takim przypadku trzeba uzdrowić samoocenę bo uzależnienie jest właśnie wynikiem jej braku. Pokochać siebie. Poczucie zasługiwania na coś lepszego. Związek ma być dopełnieniem, a nie ma być zamiast mnie. Po rozstaniu czułam się jakby ktoś dosłownie zabrał mi serce. Wybaczyć sobie i jemu.
-
Tak moim zdaniem bez przekonań typu
zasługuję na miłość taka jaka jestem
nie da się pójść dalej i przerobić wolności w związku. A bez wolności uzależnienie rozwija się aż nadto.
W moim poprzedim związku najpierw wywaliła mi cała wspólna karma, jak to zrobiłam to pojawiła się inna-odeszłam od razu. Najśmieszniejsze jest to, że ja sama sobie ściągnęłam tą inną-wyszło przy okazji ostatniej sesji-nie wtrzymywałam z nadmiarem czystej miłości w mojje relacji i bardziej pożądałam tragedii niż harmonii to sobie ściągnęłam argument ostateczny czyli inną:D
Związki to doskonałe lekcje, zwłaszcza dla pilnych uczniów:)
-
Iustitia
wielkie dzięki za piękne inspiracje :)) własnie zabieram się za przerobienie poczucia zasługiwania i Twój post tylko utwierdził mnie w przekonaniu, iż to słuszne i moze realnie podnieść jakość mojego życia.
Związki to faktycznie świetne lekcje, choć często mało przyjemne ;>
Zyczę Ci bardzo, aby Twoja obecna relacja rozwijała się zgodnie z ND! :):*
-
Dlatego nie ma sensu się żenić ani pozostawać w związkach, chyba że ktoś tego chce.
Niekoniecznie trzeba zaraz rezygnować z towarzystwa ukochanej osoby. Można też być w takim związku, w którym partnerzy są wolni pod względem seksualnym, tj. nie są zazdrośni o ewentualne uprawianie seksu z innymi, bądź wyrażanie takiej chęci. Wtedy nie istnieje problem typowo pojmowanej zdrady (czyli takiej, która jest związana z seksem).
Nie jest to co prawda dla wszystkich (bo w naszej kulturze jest to normalne, że rościmy sobie prawo własności do partnera, zwłaszcza jeśli chodzi o jego zachowania seksualne), ale jest to możliwe. Np. ja mam taki związek.
-
Felicite,
No właśnie o takiej wolności w zwiazku pisałam:) Tyle, że nie każdy jest w stanie dobrze i w zdrowy sposób ja zinterpretować - szczególnie osoby które mają drugą osobę na własność (trzymaja na smyczy) .Obawiałam się tego napisać:))
-
Poledwica, aha :)
Sorki, nie czytałam całego wątku, bo temat zdrady w związku niespecjalnie mnie dotyczy, a tylko looknęłam sobie dziś, kto go założył i co napisał ;) No i tak sobie pomyślałam, że napiszę o jeszcze jednej możliwości.
Wiem, że nie każdy jest w stanie nawet bez emocji o tym pomyśleć, a co dopiero zrobić ;) No i też nie każdy musi.
Ale napisać można :)
-
Felicite,
A za co, daj spokój. Ja z wolnościa w tym watku podchodziłam bardzo delikatnie - bo i każdy inaczej to odbiera:)
-
http://szams.wordpress.com/wolnosc-seksualna/,
-
Indra
:*
mój związek-to cała ciepła historia, ale już nie mam potrzeby prywatą epatować:)
-
Tyle wystarczy :*
ja w każdym razie bardzo się cieszę, że pojawiła się w Twoim życiu taka ciepła relacja, zasługujesz na to :)
a co do tematu i artykułu to autor chyba uważa monogamię za wybitnie nieduchowe podejscie do związku :) ja chyba jednak pozostanę konserwą pod tym względem
-
Indra
Ty też:* Dziękuję:*
Co do artykułu-jeśli autor jest w takim wyborze szczęśliwy to ok. U Sondry Ray widziałam afki i dla tych którzy wybrali monogamię i dla tych poligamicznych a twierdzenie, ze monogamia czy poligamia jest bardziej zgodne z duchowością jest śmieszne-per analogiam, to że zabijaliśmy w poprzednich wcieleniach nie oznacza, że w tym mamy to robić bo to znane i karmicznie uwarunkowane. Wolnoć Tomku we własnym domku o ile wszyscy się tym rzeczywiście cieszą:)
-
Poledwica, fajny art :)
Tylko nie wiem, czy autor nie przecenia roli wolności seksualnej w procesie wyzwalania ludzi z ucisku ;)
Seks to przecież nie wszystko. No ale może chodzi o to, że zmiana podejścia do seksu (który - tak jak podaje autor - był przecież dziedziną przez tysiąclecia najbardziej kontrowersyjną i obłożoną "konwenansami") siłą rzeczy musiałaby oznaczać zmianę mentalności w ogóle.
To już dla mnie dość duża abstrakcja i wolę skupić się na konkretach :) A konkretne przesłanie artykułu mi się podoba, bo myślę podobnie.
a co do tematu i artykułu to autor chyba uważa monogamię za wybitnie nieduchowe podejscie do związku :)
Indra, ja tak tego nie odebrałam. Moim zdaniem nie chodzi o wybór pomiędzy monogamią a poligamią, ale o wybór pomiędzy życiem wolnym (bez dyktatu strachu), a życiem pełnym ograniczeń.
A więc ja powiedziałabym tak: Ani monogamia, ani poligamia nie jest nieduchowa. Nieduchowa jest tak samo monogamia, jak i poligamia jeśli wynikają one z graniczeń podyktowanych lękiem lub chorymi przymusami (czyli de facto też lękiem).
Wolność "od" i "do" seksu wcale nie oznacza bzykania z kim popadnie. Można z powodzeniem czuć się wolnym w sprawach seksu i mieć stosunki tylko z jednym partnerem. Jeśli tylko ktoś tak lubi. Ale to musi wynikać z prawdziwej chęci, a nie z ograniczeń, np. ze strachu przed opuszczeniem, czy dzieleniem się swoją własnością z kimś innym.
No właśnie, bo chodzi o to, żeby odkryć na co naprawdę ma się ochotę i po prostu to robić. Bez lęku, bądź na przekór lekowi. Wtedy jest to wyzwalające.
-
Nigdy całego artykułu nie można brać dosłownie, bo coś jest w nim fajnego - a iine nie. Nie ma zbytnio art na ten temat, bo i o wolności seksualnej nikt nie pisze, konczy sie na wolności w zwiazku:)
Tu słowa wolnośc seksualna są odbierane jednoznacznie!!
-
Felicite
Twoje rozumienie artykułu zdecydowanie bardziej do mnie przemawia, niz to, co pierwotnie po przeczytaniu mi się wydawało. Wolność od i wolność do brzmi swietnie : )
Jeśli chodzi o mnie, to gdybym trafiła na odpowiedniego partnera chciałabym kochać się tylko z nim i to byłby mój wybór, a nie nakaz, czy wynik lęku. Myślę, że to całkiem sensowne podejscie. Nie wiem tylko, jak zareagowałabym, gdyby on chcial mieć inne partnerki seksualne poza mną. Chyba nie chciałabym być jednak w takim związku.
-
http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53664,7879644,Granice_wolnosci_w_zwiazku.html
-
Niekoniecznie trzeba zaraz rezygnować z towarzystwa ukochanej osoby. Można też być w takim związku, w którym partnerzy są wolni pod względem seksualnym, tj. nie są zazdrośni o ewentualne uprawianie seksu z innymi, bądź wyrażanie takiej chęci. Wtedy nie istnieje problem typowo pojmowanej zdrady (czyli takiej, która jest związana z seksem).
Nie jest to co prawda dla wszystkich (bo w naszej kulturze jest to normalne, że rościmy sobie prawo własności do partnera, zwłaszcza jeśli chodzi o jego zachowania seksualne), ale jest to możliwe. Np. ja mam taki związek.
Właśnie to samo chciałem napisać tylko niewiedziałem jak to ubrać w słowa :)
Dokładnie. I taki związek mi się podoba. Ty nie jesteś zazdrosna i ja również. I wszystko git
-
.
-
Nie wiem gdzie to przeczytałem ale się z tym zgadzam."Jeśli coś się zdarzyło raz , to zdarzyło się raz .Jeśli dwa razy to się będzie powtarzać ". Raz mógłbym wybaczyć ,po drugim już by było bez sensu (oczywiście jeśli kogoś to rani i chce mieć partnera na wyłączność). Tu nawet według mnie nie chodzi o seks a o zainteresowanie i nastawienie na partnera .Mi by nie odpowiadało bycie jednym z wielu obdarzanych uwagą ,nie ma mowy wówczas (według moich odczuć )o intymności .Zobaczcie jak rozmawia się z jedną osobą a jak rozmawia się w trójkę .Im więcej osób tym trudniej o głębsze rozmowy.
Zachowania ,reakcje i wzorce przeżywania ludzi mogą się od siebie kompletnie różnić i trzeba to zaakceptować .Być może takie związki "nie na wyłączność "są dla kogoś najlepsze ,to już wybór tych osób. Kiedyś byłem bardziej purytański w ocenie .
Mnie osobiście nie ciągnie do tego na tyle ,żeby tworzyć okazje, albo wykorzystywać nadarzające się, gdy jestem w związku.Możliwe ,że to też kwestia moralności czyli wewnętrznego przekonania nabytego gdzieś co jest dobre a co złe?
-
Doktor X,
Dokładnie - tylko najpierw trzeba sobie zazdrość uzdrowić:)
-
Iustitia,
Zanim ja komuś opinie wystawie to najpierw staram sie posiadac jakies niezbite dowody na to, że mam choć minimalna racje! Jeżeli tak zrozumiełaś art to Twoja sprawa, ale nie przypisuj mi żadnej monogamii albo poligamii!!
-
Mnie to ciekawi tylko czy osoby ,które piszą o wolności seksualnej w związku tylko dopuszczają taką możliwość czy tak żyją.Czy piszą ze swojej praktyki czy tylko z teorii .Nie oczekuje odpowiedzi bo to chyba zbyt duże wchodzenie w intymność kogokolwiek ,szczególnie na forum publicznym.Piszę o tym bo wydaje mi się ,że czym innym jest teoria a czym innym praktyka.Czasem coś co wydaje się ,że akceptujemy w teorii gdy tego doświadczamy to pojawia się wiele innych zmiennych ,o których nawet nie mieliśmy pojęcia ,że istnieją czy w ,że w nas w ogóle są.
-
Ontoja
W Alchemiku to przeczytałeś :))
-
Mnie to ciekawi tylko czy osoby ,które piszą o wolności seksualnej w związku tylko dopuszczają taką możliwość czy tak żyją.Czy piszą ze swojej praktyki czy tylko z teorii .Nie oczekuje odpowiedzi bo to chyba zbyt duże wchodzenie w intymność kogokolwiek ,szczególnie na forum publicznym.Piszę o tym bo wydaje mi się ,że czym innym jest teoria a czym innym praktyka.Czasem coś co wydaje się ,że akceptujemy w teorii gdy tego doświadczamy to pojawia się wiele innych zmiennych ,o których nawet nie mieliśmy pojęcia ,że istnieją czy w ,że w nas w ogóle są.
Dokładnie o tym samym pomyślałam.
-
Moja dziewczyna mówi mi właśnie ,że to od niej podchwyciłem ,Ty mówisz ,że skopiowałem od Coelho.O co tu chodzi:))
-
I jeszcze Kaja o tym pomyslała:)
-
Nie wiem, w każdym razie ja to w tym wątku napisałem pierwszy kilka stron wcześniej :p
Prawdopodobnie Twoja dziewczyna czytała kiedyś ALchemika i jej zostało w pamięci :)
-
Iustitia,
Zanim ja komuś opinie wystawie to najpierw staram sie posiadac jakies niezbite dowody na to, że mam choć minimalna racje! Jeżeli tak zrozumiełaś art to Twoja sprawa, ale nie przypisuj mi żadnej monogamii albo poligamii!!
Czytaj ze zrozumieniem-przecież napisałam "co do artykułu" co nie jest równoznaczne "co do poledwicy" więc ustosunkowałam się do treści zamieszczonych przez autora pisząc wyraźnie "autor"
-
Lucjan
"Jeśli coś się zdarzy......." To już sobie przypominam gdzie to przeczytałem .To Twój cytat z Alchemika :))hehe
Swoją drogą to myślałem ,ze się odnosisz do ostatniego mojego wpisu poprzedzającego Twój a Ty pisałeś o tym wcześniejszym.Wszystko jasne już:)
-
Nie wiem tylko, jak zareagowałabym, gdyby on chcial mieć inne partnerki seksualne poza mną. Chyba nie chciałabym być jednak w takim związku.
Indra, najważniejsze, to tak dobrać partnera, żeby pasowały wzajemne preferencje. I to nie tylko w temacie seksu i stosunku do niego :)
Właśnie to samo chciałem napisać tylko niewiedziałem jak to ubrać w słowa :)
Dokładnie. I taki związek mi się podoba. Ty nie jesteś zazdrosna i ja również. I wszystko git
No, gitara :))
Mnie to ciekawi tylko czy osoby ,które piszą o wolności seksualnej w związku tylko dopuszczają taką możliwość czy tak żyją.Czy piszą ze swojej praktyki czy tylko z teorii .Nie oczekuje odpowiedzi bo to chyba zbyt duże wchodzenie w intymność kogokolwiek ,szczególnie na forum publicznym.Piszę o tym bo wydaje mi się ,że czym innym jest teoria a czym innym praktyka.Czasem coś co wydaje się ,że akceptujemy w teorii gdy tego doświadczamy to pojawia się wiele innych zmiennych ,o których nawet nie mieliśmy pojęcia ,że istnieją czy w ,że w nas w ogóle są.
Ja piszę z praktyki :)
Opiszę, jak to u mnie wygląda, bo nie mam nic do ukrycia. Ani tu, ani w realu. Co prawda nie obnoszę się z tym, ale też nie ukrywam. Po prostu traktuję tę dziedzinę mojego życia jak inne: zwyczajnie. I jeszcze nie spotkało mnie nic nieprzyjemnego z tego powodu. No może poza kilkoma dziwnymi spojrzeniami (po usłyszeniu, że nie jesteśmy z mężem zazdrośni o seks), ale to było raczej bardziej rozbawiające niż nieprzyjemne ;)
Wyszłam za mąż ponad 16 lat temu, natomiast nasze poglądy na temat wolności seksualnej w związku ustaliliśmy z mężem kilka lat po ślubie, a zatem mieliśmy okazję do tego, żeby na przestrzeni czasu wypróbować wzdłuż i wszerz nasze podejście do tych spraw. Tak więc wiem, co mówię i na pewno nie teoretyzuję.
Autentycznie można nie doświadczać czegoś takiego jak zazdrość o seks z inną osobą. Zresztą ja to zawsze podskórnie czułam (np. tak jak to, że można nie chcieć mieć dzieci, choć różne osoby tez mi mówiły "poczekaj, jeszcze wiele się może zmienić, bo przecież dzieci to sens życia", itp.).
Było to dla mnie dziwne, że normalne jest, że większość osób nie jest zazdrosna, gdy partner idzie na kolacje z kimś innym (np. z kolegami), je z innymi, cieszy się z ich towarzystwa, a o seks z innymi jak najbardziej. Seks traktuje się zupełnie inaczej. A przecież to tylko inny rodzaj czynności. Na pewno bardziej intymny i mogący pociągać więcej skutków (np. niechciana ciąża), ale jednak to tylko inny rodzaj przyjemności niż np. jedzenie :)
Gdy odkryłam, że mąż myśli tak samo, to było coś tak pięknego, że trudno to opisać. Bo ja w związku oczekuję przede wszystkim porozumienia dusz. Nie zniosłabym bycia z kimś, kto nie jest w stanie mnie zrozumieć we wszystkim.
Żeby nie było niejasności to napiszę, że my jesteśmy ze sobą tak blisko, że nawet na przykładowe kolacje nie chodzimy osobno. Prawie wszędzie razem :) Bo tak lubimy. No może jest też coś w tym więcej (wzorce), ale nad tym pracujemy ;)
To że uprawialiśmy seks z innymi wyszło całkiem naturalnie: Jedna osoba to był nasz przyjaciel, z którym imprezowaliśmy w czasach studenckich i zrobiliśmy miły trójkącik, a druga (w późniejszym czasie) to nasza przyjaciółka, która naówczas była samotna (w sensie, że bez partnera). Teraz czujemy się z nimi blisko związani, bardzo miło to wspominamy :)
Co prawda były też plany (dawno temu), żeby swingować z innymi parami, nieznajomymi, ale że my jesteśmy raczej bardziej mocni w gębie niż w czynach (i to nie tylko w seksie, a we wszystkim ;), to na planach się skończyło. Tak więc ograniczyliśmy się tylko do tego, co wyszło naturalnie.
Parę razy zdarzyło mi się coś takiego, że ktoś mi się szczególnie spodobał, spotkałam się kilka razy, ale do niczego (oprócz całusów i przytulanek) nie doszło, bo te osoby były zainteresowane miłością i stałymi związkami (i zwyczajnie chciały mnie adorować, a nie uprawiać seks ;). A tego nie mogłam im dać.
Teraz mi się to nie zdarza, również (choć oczywiście nie tylko) dlatego, że przechodzę etap nieinteresowania się seksem.
Mąż podobnie. Tak się fajnie składa, że dobraliśmy się pod tym względem wzorowo :)
-
Felicite,
fajnie że obydwoje macie takie same podejście do tego. W sumie zapomniałam że tak można, teraz sobie przypomniałam jak koleżanka kiedyś opowiadała mi o podobnych sytuacjach.
Sama nie wiem czy bym tak chciała na pewno nie teraz, choć w pierwszej chwili pomyślałam, hmm muszę porozmawiać z mężem:).
-
Hmm, akurat seks jest dla mnie wyrazem miłości i czułości przede wszystkim, z motywem zabawy oraz radości, a i owszem, ale jakoś nie potrafię sobie wyobrazić naprawdę fajnego seksu z osobnikiem, którego się nie kocha, a jedynie tylko i wyłącznie ów podoba się fizycznie.
Zatem myślę, ze seks partnera z kimś innym w trakcie trwania naszego związku traktowałabym jako zdradę - ale nie mnie, tylko bliskości, zaufania i intymności. Może jestem idealistką, ale uważam, ze jak partnerzy się kochają, dobrze czują ze sobą, dobrze ze sobą bawią, także w seksie - to nie mają realnej potrzeby uprawiania seksu z innymi osobami. Oczywiście, może ktoś się fizycznie spodobać, można się nawet zastanawiać, jakby to było, jak ktoś jest ekstra atrakcyjny fizycznie - ale tak naprawdę nadal chce się być ze swoim partnerem, także w łóżku, bo to jego się ceni, kocha i się nim zachwyca :)
Zdaję sobie jednak sprawę, ze to są moje wyobrażenia, inni mogą mieć inne;
Kiedy partnerzy rzeczywiście szczerze dają sobie pozwolenie na uprawianie seksu z innymi, i znajdują w tym obopólna przyjemność, bez straty dla jakości relacji między nimi - no to ok. Choć i tak jest tu za duże ryzyko, ze niewiele znaczące dla jednych gesty czułości, dla innych są znaczące i są odbierane jako wstęp do związku miłości, nie tylko fizycznej rozrywki - kiedy zabraknie np.: szczerego wstępu. (Felicite zresztą o czymś podobnym wspomniała.)
Spotkałam się kiedyś z takim zachowaniem z drugiej strony - tzn. dążenia do bliskości wyłącznie fizycznej - i szczerze mówiąc mocno mi to nie odpowiadało - bo było dla mnie sprzeczne, nielogiczne - pchać się z rękoma do kogoś, głaskać, przytulać zarówno z czułością i z podtekstem seksualnym, ba! dążyć do seksu, poprzez okazywanie czułości - a za chwile twierdzić "to nic nie znaczy" i "nie chcę się z nikim wiązać". Cóż, ja dziękuję za spotykanie tego typu osób ;), wolę bardziej prostolinijne postawy - chcesz z kimś być? zakładasz, że mógłbyś z tą osobą być? to wtedy dopiero przechodzisz do czułości i seksu; tak jest dla mnie milej, fajniej, lepiej i uczciwiej, nie ma zwodzenia - co nie oznacza, ze związek na 100% wyjdzie i się utrzyma, ale przynajmniej są jasne podstawy relacji.
Gdyby jednak osoba traktująca seks jako zwykłą rozrywkę oznajmiła wcześniej - wiesz, nie chcę z nikim być, chce się tylko pobzykać - to wtedy sprawa byłaby postawiona jasno i byłoby ok. Wtedy druga strona ma wolny wybór czy chce wejść w znajomość na takich zasadach, czy tez nie. Nikt wtedy nikogo nie rani i jest w porządku, mimo różnorodności postaw.
Czyli grunt to od początku mówić jasno i szczerze czego się chce, o czym myśli, to i łatwiej wtedy wszystkim idzie się dogadać i dobrać wedle potrzeb, przekonań itp :)
Szkoda, ze nie jest to jeszcze zbyt popularne;) ... i ludzie się ranią, cierpią, okłamują itp.
-
Hydzia:
I znów fajnie widzieć poglądy, z którymi mogę się zidentyfikować (no prawie) w 100% :)
Znam parę, która podchodzi do swego związku właśnie na takich 'wolnych' zasadach (tzn. bzykamy się z kim chcemy i to jest ok) - u nich wynika to z mocnych obciążeń czarnotantrycznych i czarnomagicznych i myślę, że u wielu osób z takimi wzorcami może być podobnie. (Choć oczywiście nie twierdzę, że tak jest w każdym przypadku, każdy ma swoją karmę i swoje wzorce, które kształtują podejście do seksu, więzi i wierności w związku :))
-
Na studiach miałam koleżankę, której opowieści nie tolerowała większość studentów z roku. Dajmy na to, już sam fakt dzielenia się swoim życiem małżeńskim z otoczeniem był nieco dziwny. Zastanawiam się dlaczego to co mówiła, wywoływało taką odrazę u innych. Mam nadzieję, że było to z grubsza zdrowym objawem. Otóż, spotykała się od paru lat z facetem, potem narzeczonym - z radością twierdziła, jakie to piękne gdy on może się wyszaleć z innymi kobietami. Ona mu na to właściwie pozwalała, gdyż wierzyła, że potem ją pokocha i spełnią się w małżeństwie. Nie wierzyłam, w to co ona mówiła, na dodatek prawie kończyła studia psychologiczne. Twierdziła, że jej zadania to prowadzenie mu udanego życia, urodzenie dziecka (zresztą pod koniec studiów już chodziła z brzuchem). Kiedyś siedziałyśmy w grupce kilkunastu osób - powiedziała, że to całkowicie zwyczajne, gdy ktoś idzie uprawiać seks z inną osobą, gdy mu się tak zamarzy. Dodała, że to nic takiego, gdyby kobiety sprowadzał sobie do domu lub nie wracał kilka dni - nie może przecież zabierać mu wolności. Pamiętam wtedy odezwałam się i powiedziałam jej, że to co opisuje wskazuje na zerową samoocenę związkową i błaganie o miłość z jego strony. Jej poczucie zagrożenia decydowało o pchaniu jego do innych kobiet - byleby tylko jej nie opuścił. Gdy inni przyznali mi rację, koleżanka mocno oburzyła się i już więcej do mnie nie odezwała. A ja tylko zaznaczyłam, że ustaliła granice związkowe, które wykraczają poza jakieś normy, wyobrażenia społeczne. W sumie to jej sprawa, dla mnie jednak takie postanowienia związkowe - o rzekomym dawaniu sobie wolności i ruchaniu z kim popadnie - wiążą się z jakimiś mocno wypartymi lękami, emocjami w stosunku do własnej osoby. Jak dla mnie związek z jedną osobą daje największą szansę na realizację siebie, swojego potencjału duchowego. Nie ma dokąd uciec, trzeba się zaangażować i niejako odsłonić siebie. Warto :)
"Zatem myślę, ze seks partnera z kimś innym w trakcie trwania naszego związku traktowałabym jako zdradę - ale nie mnie, tylko bliskości, zaufania i intymności. Może jestem idealistką, ale uważam, ze jak partnerzy się kochają, dobrze czują ze sobą, dobrze ze sobą bawią, także w seksie - to nie mają realnej potrzeby uprawiania seksu z innymi osobami. Oczywiście, może ktoś się fizycznie spodobać, można się nawet zastanawiać, jakby to było, jak ktoś jest ekstra atrakcyjny fizycznie - ale tak naprawdę nadal chce się być ze swoim partnerem, także w łóżku, bo to jego się ceni, kocha i się nim zachwyca :)" Tak :)
-
Wolność seksualną każdy odebrał jako sex z każdym, wszędzie i jeszce murzyn na dokładkę. Otóż ja widzę wolnośc seksualną zupełnie inaczej. Kwestia seksualności jest jedną z najdelikatniejszych sfer, ale i najważniejszych i najtrudniejszych w celu tworzenia zwiazku, bo widać każdy chce tworzyć inne zwiazki i bardzo dobrze, że o tym wie bo on też innej wolności potrzebuje. JA piszę o ludziach którzy maja trochę temat przerobiony bo dojrzałośc seksualna jest bardzo ważna do zbudowania dojrzałego zwiazku. Jeżeli ktoś pisze, że rozumie jak można sypiac z innymi a zaraz póżniej sam sie zastanawia czy by sie nie skusił, to znaczy (dla mnie) ze sam w tym temacie nie jest pewny siebie. Ja w swojej wolności potrafie sie odnaleźć, Pisze tu o zwiazkach, które maja przepracowane w jakimś stopniu szacunek do swojej seksualności - bo to jest podstawa (uzależnienia, zauroczenia wszelkie obsesje itd). Nie pisze o zwiazku, że biore sobie bawidamka i daje mu wolnośc - bo z takim to nawet nie chce sie wiazac. Ja nigdy nie rozumiałam i nie rozumiem obietnic, przysiag wiernośc( no włąśnie z moim mężem tak byłoo, że bardzo żadał przysiiag wierności - ja sie czułąm jakby mi kompletnie nie ufał badz jakby trzeba mnie było pilnować jak psa - dla mnie to jakas paranoja - no i niestety chłopak sam sie w temacie strasznie pogubił) Pisze też o zwiazku gdzie obydwoje pracuja nad soba co siła rzeczy żwiadomie sie przepracowuje jak coś wychodzi - i razem pracuja nad jakościa zwiazku. Jeżeli znalazłabym mezczyzne, który odpowiada mi pod wieloma wzgledami drogi życiowej i duchowej to wole sie skupić na zaufaniu i pozwoleniu by ten zwiazek sie rozwijał w zgodzie z moim i jego ND. Tworzac zwiazek tworze go ze swoim systemem wartości lojalność na 1 miejscu) i ja za niego odpowiadam - mężczyzna ze swoim oczywiscie pasujacym do mojego systemem i sam on za niego odpowiada.
Ja też miałąm bałagan i ciagle coś wychodzi w temacie ( a swoja terapie zaczełam trzy lata temu piszac brzydko od tyłu - bo wlaśnie od tego tematu, o rozwoju jeszcze nie miałam pojecia) U mnie było przekonanie, że to mój obowiazek jako partnerki - dlatego doszłam ze daje sobie prawo i wolnośc do i od sex- u.
2. Miałam (mam)wzorce prostytutki, co wcale nie znaczy, że miałąm potrzebe z wieloma mężczyznami - tu głównie szacunek do seksualności i kobiecości. W zależności jakie ktoś ma problemy do przepracowania i czego ktos oczekuje od zwiazku w sferze seksualnej w taki też sposób zapatruje wolność.
I tak w dalszym ciagu nie kumam o co chodzi z tymi przysiegami wierności - bo może to ja mam coś nie halo w tym temacie?
-
W seksie i związku wszystko jest dobre co odpowiada obojgu( czy tam trojgu,czworgu-bo o takich związkach też słyszałem). Trzeba się natomiast zastanowić skąd takie emocje w ocenie takiej postawy koleżanki.
"Zastanawiam się dlaczego to co mówiła, wywoływało taką odrazę u innych. Mam nadzieję, że było to z grubsza zdrowym objawem"
Nie sądzę ,żeby odraza była zdrowym objawem.
Być może to pamięć zranień i zdrad się odezwała .
Zgadzam się natomiast ,że może to być niska samoocena i błaganie o miłość .To całkiem prawdopodobne ale ona sama powinna do tego dojść i wcale jej się nie dziwię ,że się nie chce odzywać do kogoś kto nią gardzi i nie akceptuje jej wyborów, jakby mu jakoś one szkodziły.
Ludzie się rozwijają ,popełniają błędy ,zmieniają swoje oczekiwania gdy trzeźwieją .Nie ma jednej drogi dla wszystkich .
-
W seksie i związku wszystko jest dobre co odpowiada obojgu (czy tam trojgu,czworgu-bo o takich związkach też słyszałem).
Dla osób "rozwijających się" może o tyle nie być dobre, że częsta zmiana partnerów/partnerek, czy też seks grupowy powodują bałagan energetyczny.
-
ontoja,
nie miałam dla niej pogardy jak założyłeś, raczej niezrozumienie i zdziwienie, dlaczego ona pozwala się tak krzywdzić. Teraz wiem, że to sprawa innych jak żyją i mnie nic do tego. To była dziewczyna dość agresywna dla otoczenia i nie odczułam braku kontaktu z jej strony.
Tematy seksu i miłości stanowią dużą intymność, a sposobów na ich przeżywanie może być bardzo wiele. Kwestia późniejszych konsekwencji. Na trójkąty, czworokąty można się zgadzać, tak ludzie żyją wiem. Mogą to z początku akceptować, myśleć, że jest super - jednak późniejsze owoce wychodzą. Być może ja się nie znam...i to tylko moje wyobrażenia na temat szkodliwości czegoś takiego...jednak nie sądzę, aby to było dobre dla miłości, poczucia bliskości, szacunku. Energetyka siada. Tak samo jak przelotne, przygodne relacje kipiące seksem - pogłębianie poczucia pustki jak nic.
-
Black Rose
A to zmienia postać rzeczy.Z wypowiedzi wywnioskowałem,że też poczułaś to co reszta koleżanek skoro oceniasz ich pogardę(tak zabrzmiała ta wypowiedź ) jako coś "z grubsza zdrowego" .
-
Polędwica:
Myślę, że przysięgi, czy inaczej 'umowy społeczne', często wynikają z poczucia niepewności i próby 'przywiązania' do siebie partnera. Boimy się o trwałość uczucia lub też nie jesteśmy go pewni, więc szukamy w tych umowach poczucia oparcia i bezpieczeństwa, kiedy tak naprawdę powinniśmy go szukać w miłości i wolności, bo tylko one tak naprawdę są prawdziwe i trwałe. Umowy to tylko umowy, które tak na prawdę nie zapewniają ani miłości, ani gwarancji jej trwania. Jeśli wiem, że mogę partnerowi zaufać, otworzyć się, jeśli darzę go miłością i wiem, iż on czuje tak samo, to samo przez się stanowi przysięgę. 'Przysięgi' nie da się wymusić, ona się rodzi sama w miarę zdobywania zaufania, akceptacji i intymności w związku. A to z kolei wymaga umiejętności otwarcia na zaufanie, akceptację i intymność/bliskość, co z kolei jest kwestią samooceny itp itd ;)
:))
-
Osobiście mam mieszane uczucia do takich relacji, ale to normalne bo mam jeszcze sporo nasrane w temacie. Myślę jednak że u wysoko urzeczywistnionych osób, czystych energetycznie i harmonijnych ze sobą może istnieć taki typ relacji, będący w zgodzie z ND. Wraz z malejącym przywiązaniem do wszystkiego może zanikać potrzeba tworzenia związków miłosnych w takiej formie, jak ta powszechnie praktykowana w społeczeństwie. Ba, być może w ogóle zanika potrzeba tworzenia związków, a zamiast tego jest po prostu bycie z osobami, które są wokół i które swobodnie się zmieniają. No, ale tu już mówimy o osobach, które przynajmniej jedną nogą są w oświeceniu.
Jestem zdania, że warto po prostu coś takiego brać pod uwagę jako możliwość i nie oceniać przedwcześnie jako zjawisko jednoznacznie negatywne.
Sam na razie czułbym się wyjątkowo dziwnie w takiej relacji, nawet jakby to miał być trójkącik z dwiema kobietami - na razie cieszyła się by się tylko ta część mnie, która jest opanowana przez niebieskie wzorce :D
-
Clint:
Przywiązanie i więź to dwie zupełnie różne rzeczy. I im bliżej oświecenia tym wyraźniejsza granica pomiędzy i czystsze postrzeganie. Im więcej identyfikacji i uzależnień, tym trudniej odróżnić jedno od drugiego.
A w społeczeństwie powszechnie praktykowana jest monogamia seryjna, to zupełnie inny typ relacji niż te oparte na głębokich więziach między partnerami. Ludzie są z natury gatunkiem poligamicznym, monogamia jest niejako narzucona po to, aby utrzymać porządek społeczny ;))
My point here: Nie bierz norm społecznych jako wyznaczników normalnych związków, nie ważne czy mówią o mono- czy poli-, to tylko wytowory chorego umysłu zbiorowego. Jakbyś się urodził u Mormonów zapewne przyjąłbyś zupełnie inne 'normy' społeczne ;]
-
Dla osób "rozwijających się" może o tyle nie być dobre, że częsta zmiana partnerów/partnerek, czy też seks grupowy powodują bałagan energetyczny.
Zastanawiam się jak to by było stworzyć np z 3 facetami porównywalnie wysoką bliskość i w efekcie wyzwolić poziom sexualny. Myślę że jest to technicznie możliwe, ale pojawia mi sie pytanie: Po co?
Zakładając że wszystko jest bardzo czyste, zgodne z ND, bla bla, to nadal pojawia mi sie pytanie: Po co? Ale to moje pytanie.
Ja w takiej sytuacji bym nie była, nie było by to zgodne z moimi celami, pragnieniami, z punktu widzenia dziewczyny dla której frajdą byłby fajny związek z jedna osobą, wielokąty były by komplikacją.
Moje przeczucie mówi mi, że takie trójkąty mogą być czyste. Są różne modele psychiczne ludzi i gdy trafia na siebie, może być dla nich ok:) Zastanawiam się jak ma się do tego czystośc energii. Wydaje mi się, że będzie ok jesli te osoby nie chcą np praktykowac tantry, może gdy są na niższym, ale nie na niskim poziomie rozwoju duchowego. I tutaj czuję cos takiego, że te osoby mogą w miarę rozwoju, już bardziej zaawansowanego, wogóle zrezygnować ze związków, ale nie wiem dlaczego. W zasadzie to każdy może przecież nie czuć juz potrzeby.
Sex tantryczny w monogamicznym związku jest dla mnie w 100% atrakcyjny, reszta nie. Sex jest wtedy naprawdę wyrazem miłości, intencji podnoszenia jakości relacji, także w sexie:)
BR, fajnie ze koleżanka zauwazyła że miłośc to wolność, szkoda tylko że totalnie zapomniała o sobie.Przykre.
-
Też myślę, że higiena energetyczna w trójkątach i innych wielobokach jest możliwa, ale podejrzewam, że w praktyce rzadko się to sprawdza.
-
W Niemczech jest sporo programow w tv. o seksualnym zyciu w Niemczech. Pokazywane sa osoby zyjace z sex przemyslu, gwiazdy filmowi inne prywatne pary poszukujace innych praktyk i doznan. Musze powiedziec tutaj jest wieksza tolerancja dla gustow i guscikow. Jest tez w modzie wymiana pomiedzy partnerami w domu lub w klubach. Kluby sa ok. ale ja nie moglabym sie tam wymieniac partnerem. Moj maz juz nie byl tego taki pewny...powiedzial .....sorry ale nie wiem co by bylo gdybym znalazl sie w takiej sytuacji. To nie tak, ze sie boje zdrady- doceniam jego szczerosc i ze nie jest siebie pewny....dla mnie zdrada na oczach kogos kogo kocham to wielka przesada, ale moge zrozumiec, ze innych pociaga lub podnieca. Mam powiedzenie: "ja sama nie jestem pewna siebie, jak moge byc innej osoby pewna?" Zycie jest jedna niewiadoma ;)
Zawsze pozostaje pytanie co potem? Niemcy sa swobodniejsi niz Polacy w mentalnosci. Ja jednak traktuje zdrade jak informacje...acha jest powod...znaczy cos sie zmienilo.Uczucie wygaslo lub mam ochote zaszalaec,albo jestem pod wplywem instynktu. Wtedy mozna albo trzeba cos zmienic w zwiazku - bo zdrada to zawsze poczucie winy i wstydu.
-
Pomijając już całą tą historię z higieną energetyczną to w moim odczuciu, jak się jest z kimś kogo się naprawdę kocha i z kim w łóżku jest nam najlepiej na świecie (w sensie harmonizuje się z tym mimś bardzo dobrze), to nie ma się ochoty na nikogo więcej, więc opcja zdrady odpada sama z siebie. Oczywiście w życiu nie zawsze jest tak różowo i zadarzają nam się różne sytuacje, czasem nawet karmicze (z mojego doświadczenia wynika nawet, że w większości karmiczne) kiedy to myślimy o zdradzie.
Możliwości wtedy są dwie: (1) zmienić partnera albo (2) uzdrowić intencje do partnera i do związku. I jeśli okazuje się, że konieczna jest opcja (1) (bo karma za ciężka albo coś innego, np. bo poprostu partner nie odpowiada) to i tak warto zawsze opcję (2) też realizować :)
Mnie się tak ostatnio udało, że natrafiłem na osobę, która powoduje że wogóle zapomniałem o istnieniu takiego czegoś jak ,,zdrada'' partnera (tzn. że istnieje taka możliwość)... co jak mniemam chyba dobrze świadczy o tej relacji :)
-
Tomasz:
Bardzo trafne i trzeźwe spojrzenie. Zazwyczaj nie piszę takich krótkich komentarzy, ale moim zdaniem trafiasz tutaj w 10 :)
-
Tomasz:
Bardzo fajnie i trzeźwe spojrzenie. Zazwyczaj nie piszę takich krótkich komentarzy, ale moim zdaniem trafiasz tutaj w 10 :)
A dziękuję, miło mi to słyszeć. Jakoś tak mnie naszło (trochę z przypadku) żeby podzielić się właśnie moimi ostatnimi spostrzeżeniami i w sumie nie spodziewałem się, że komuś się to przyda :)
-
Mam podobne odczucia. Gdy czujemy się spelnieni w związku nie rozwija się potrzeba szukania na zewnątrz tego, co człowiek ma pod nosem i z czego korzysta. Brak czegoś (bliskości duchowej, harmonii celów, dobrego seksu :-)) zaczyna motywować do rozwijania uczuć, przekonań i wyobrażeń, że ktoś inny mógłby zaspokoić pustkę, którą się czuje, albo zagwarantować to, czego obecny partner nie daje. Pomijam karme, która się może odpalic, ale karme zawsze można odreagować, nie trzeba jej natychmiast konsumowac :-).
-
Pozwolę sobie wypowiedzieć się w tym wątku. Nad wszystkimi wypowiadającymi się tutaj mam ogromną przewagę jeśli chodzi o staż "związkowy". W tym roku stuknie mi 32 lata.
Powiem krótko. Nie można mieć wszystkiego na raz. Albo urozmaicenie seksualne. Albo przyjemny, ciepły związek z najbardziej harmonijną istotą dla nas na to wcielenie.
Moja historia jest banalna. Ożeniłem się bardzo młodo. Mogę śmiało powiedzieć, że nigdy nie byłem kawalerem ;))) Przez ponad 25 lat męczyłem się z myślą, że "tylko jedna kobieta na całe życie". Dopiero regresing wyprowadził mnie z tej "ciemnej" strony. Wszystko zmieniło się, kiedy przypomniałem sobie jak w jednym z poprzednich wcieleń (oceniając po strojach jakie wówczas nosiłem był to przełom XVIII i XIX w.) pozazdrościłem przyjacielowi długoletniego związku. Sam prowadziłem wtedy życie lowelasa (1 kobieta na 1 dzień). Powstała wtedy we mnie intencja aby spędzić całe jedno życie z jedną tylko kobietą. I to właśnie realizuje się w tym wcieleniu. Pojawiła się w moim życiu najprawdziwsza, jedyna połówka.
Tak jak napisałem na wstępie, przez pierwsze 25 lat nie było różowo. Wywalały najróżniejsze wzorce połówkowe i związkowe. Gdy zacząłem swoją przygodę z rozwojem duchowym to na początku wydawało mi się, że bardzo źle trafiłem w tym życiu, jeśli chodzi o związek. Wywalały wzorce "połówkowe" (nie będę się na ten temat rozpisywał bo to osobny temat), a także wszelkiego rodzaju inne wzorce dotyczące związków i seksu. Dopiero po przepracowaniu tematu odnalazłem szczęście w związku. Pojąłem, że kobieta, która pojawiła się w moim obecnym wcieleniu (notabene moja pierwotna połówka) jest jedyną istotą na świecie, która potrafiła dostosować się do mojej zmienności w tym życiu.
Dodam jeszcze, że w tej chwili, pomimo swojego wieku, moja żona ma wspaniałe, niezwykle przyjemne w dotyku ciało, którego mogłaby jej pozazdrościć niejedna 35-latka, a seks z każdym dniem staje się coraz lepszy i lepszy :)))
-
Mirek
a powiedz jak to było z waszymi liniami zejścia w materię, bo cos mi sie przypomina, że mówiłeś kiedyś ze nie jesteście z jednej linii ty niebieski a ona...? tzn jak to możliwe że mimo tego jesteście połówkami
-
Mariusz
Pisałem, że ja jestem niebieski, a ona jest niezidentyfikowana. W każdym razie, niebieski czy biały, myślę, że to po prostu linia ewolucji, która nakreśliła się po podziale. Dla mnie najważniejsze jest to co sobie przypominam oraz to co czuję obecnie.
-
ok
-
Fajnie, ze udało sie przerobić wzorce i okazało sie ze związek jest świetny. Rozumiem, ze partnerka też celuje w RD i sporo przerobiła ze swojej strony?
-
Nieeeee, partnerka nie ma intencji rozwojowych. Jeśli coś robi w tym względzie, to tylko dla mnie. Ale nie można mieć wszystkiego. Dla mnie to kolejne wyzwanie po tytułem: "nie ma konieczności oświecania się razem z połówką" :)))
-
Mirek, rozumiem że nie potrzebujesz by partnerka miała podobną świadomość do ciebie?
-
Olga
Rozwój duchowy, oświecenie jak również samoświadomość to sprawy bardzo indywidualne. Można wspólnie uczestniczyć w różnych zajęciach, wykonywać różne praktyki ale nie można wspólnie się oświecić. Najważniejsze, żeby partner/partnerka nie przeszkadzali. Moja żona podjęła trochę temat rozwoju i idzie własnym tempem. Na pewno przydałby jej się regresing, ale ponieważ ja już nie uczestniczę w zajęciach to sama przecież nie pojedzie. Poza tym mój rozwój duchowy wkroczył w taką fazę, że dla osób trzecich może to wyglądać jakbym się cofał. Ale tego wymaga etap integracji z materią, nauczenie się czerpania przyjemności z życia w materii. To bardzo trudny temat: "równowaga w materii".
-
Mirek
a czy kontakt(zwłasza seks) z osobą o sporo niższym ERD i niższymi energiami w aurze nie powoduje u ciebie zaniżenia wibracji aury ?
-
a wałaściwie nie nie "czy" a w "jaki sposób", bo jakby powodował to pewnie byś to rozpoznał ? :-)
-
Mirek,
Czuję sprzeczne intencje:) Staranie o niezależność duchową, która wyłoniła się ze starej karmy że oświecić się można tylko z połówką.
-
Oczywiście kiedy jest inny układ, czy otwarty czy poliamoryczny, nie ma pojęcia zdrady, również dlatego że nie ma złamania umowy społecznej. Odnoszę wrażenie, że poliamoria robi się coraz powszechniejsza i za 10-20-30 lat będziemy dla kolejnego pokolenia dinozaurami -- jak pokolenia starsze od nas, uważajace że z seksem trzeba koniecznie czekać do ślubu.
I, prawdopodobnie, będziemy mieć tyleż samo racji:D Ciekawe co na ten temat mówiły poradniki duchowe sprzed powiedzmy 60-70 lat i wcześniej, sprzed rewolucji seksualnej.
No ale, tak sobie tu trochę piszę rewolucjonistycznie, a sam jestem konserwa ;) Z taką karmą jak moja poliamoria czy związki otwarte nie są dobrym rozwiązaniem. Zresztą wielkim wyzwaniem jest znaleźć osobę przy której będę się czuł spełniony na poziomie zainteresowań. Ot, choćby jako duchowiak-sceptyk i uczuciowo-ksieżycowy intelektualista;) A co dopiero kiedy przychodzi do ważnych pasji... Poliamoria byłaby tutaj jakimś rozwiązaniem i pewnie dla przyszłych ludzi bedzie -- z korzyścią dla społeczeństwa w ogóle.
Wracając do umów społecznych, to odniosłem wrażenie w kilku wypowiedziach że "przerobi się sermoocenę" i będzie super gotowość na związek. Samooceny nie "przerabia się" w miesąc, pół roku, rok czy nawet i pięć lat, to całożyciowy proces. I uważam że jak najbardziej można wejść w związek z obietnicami, które opierają się na "nieprzerobionej samoocenie", byle tylko była intencja ich zmiany docelowo.
"Nie przejawiam jeszcze w pełni siebie, nie kocham jeszcze wszystkiego w sobie. Przez to boję się że znajdziesz kogoś innego, szczuplejszego, czy z wiekszym biustem, zabawniejszego, czy mądrzejszego, bardziej atrakcyjnego czy bardziej spełnionego i mnie zostawisz. Boję się tego, więc chciałbym abyś obiecał mi że postarasz się tego nie zrobić, a przynajmniej mnie ostrzeżesz. Ze swojej strony też obiecuję, że postaram to zmienić, ale może mi to zająć lata. Ale na pewno chcę to zmienić, bo nie chcę na Tobie wisieć, nei chcę abyś cały czas mnie zapewniał o mojej wyjątkowości, o tym ze mnie nie zostawisz. Po prostu nie wiem kiedy dojrzeję, więc proszę abyś dał mi te 'szklarniowe warunki', bo chcę być z Tobą już teraz, nie w przyszłości kiedy będę 'idealny.'"
-
Mariusz
Myślę, że kwestię zaniżania wibracji można rozpatrywać w kontekście, na ile trwały jest kontakt z WJ. Im jest on stabilniejszy, to i wibracje są mniej podatne na zaniżanie przez kontakty z innymi ludźmi. Ja przez kilka lat czyściłem kontakt z moim WJ i z tego co czuję jest on na bardzo przyzwoitym poziomie.
Olga
Masz wiele racji. Pracuję m.in. nad wzorcami jak piszesz, że oświecić się można tylko z połówką. Przez pewien czas nawet mobilizowałem moją partnerkę do intensywniejsze pracy duchowej, żeby mnie dogoniła. Z drugiej strony sam nie rozwijam jeszcze skrzydeł tak jak mnie potencjalnie na to stać. Ale już coraz bardziej pś zaczyna być świadoma, że oświecenie to samotność. I co ważniejsze zanika lęk przed tą samotnością.
-
Ale już coraz bardziej pś zaczyna być świadoma, że oświecenie to samotność.
to raczej bodajże buddyjskie wyobrażenie o samotności, tylko nie pamiętam z jakiej linii. Przyszło do mnie dawno temu w medytacji że nic tak nie oddziela od oswiecenia jak sztuczny podział na status w zwiazku lub samotny. Na etapie jedni to jest alogiczne choć po ludzku wydaje się tak prawdziwe...
-
Lynd
"Nie przejawiam jeszcze w pełni siebie, nie kocham jeszcze wszystkiego w sobie. Przez to boję się że znajdziesz kogoś innego, szczuplejszego, czy z wiekszym biustem, zabawniejszego, czy mądrzejszego, bardziej atrakcyjnego czy bardziej spełnionego i mnie zostawisz. Boję się tego, więc chciałbym abyś obiecał mi że postarasz się tego nie zrobić, a przynajmniej mnie ostrzeżesz. Ze swojej strony też obiecuję, że postaram to zmienić, ale może mi to zająć lata. Ale na pewno chcę to zmienić, bo nie chcę na Tobie wisieć, nei chcę abyś cały czas mnie zapewniał o mojej wyjątkowości, o tym ze mnie nie zostawisz. Po prostu nie wiem kiedy dojrzeję, więc proszę abyś dał mi te 'szklarniowe warunki', bo chcę być z Tobą już teraz, nie w przyszłości kiedy będę 'idealny.'"
Podoba mi się to. Nie ma kłamania, składania obietnic których by się nie pokryło. Jest za to intencja zmiany, wzrostu, usamodzielnienia i uczucia które mimo braków może być przecież piękne. High five!
-
Lynd,
Tą swoją umową społeczną, która mnie irytowała przez kilka dni podsunąłeś mi temat do uzdrowienia pod nos. Dzięki:)
-
Prostytucja ''Sai Baba mówi o zwiazkach ''
http://lordaster.republika.pl/biblioteka/sai_baba_mowi_o_zwiazkach/V/4/prostytucja.html
-
Prostytucja ''Sai Baba mówi o zwiazkach ''
http://lordaster.republika.pl/biblioteka/sai_baba_mowi_o_zwiazkach/V/4/prostytucja.html
dość ostry art ale tutaj chyba nikt z panów nie jest zainteresowany prostytutkami tak mi się wydaje, to raczej tacy bardziej ubodzy duchowo i psychicznie mężczyźni korzystają
-
Ten tekst nie ma nic wspolnego z Sai Babą, poza tytułem ksiązki, z której został zaczerpnięty.
Tak więc nie odzwierciedla poglądów ani nauk Sai Baby.
-
Z tym ,że tą ksiażkę Sai Baba przed wydaniem sam czytał i pobłogosławił
I nie zmienia to faktu ,że korzystanie z prostytutek ,nie jest bez ponoszenia złych konsekwencji
-
Pobłogosławił owszem (wg jej autora) ale czy czytał to nie wiem. Ja pamiętam historię od jednej kobiety, której Sai Baba poradził, żeby wyszła za mąż - tylko że ona już była wtedy mężatką. Znaczy SB nie jest nieomylny i nie ma sensu go za takiego uważać.
Poza tym tekst dziwnie różni się od nauk SB głoszonych w dyskursach - stylem wypowiedzi chociażby.
-
A tu jak ktoś zaintersowany mozna przeczytać historię powstania ksiażki
ftp://trans-hurt.home.pl/Ksiazki/sai%20baba%20m%F3wi%20o%20zwi%B9zkach.pdf
-
ale może to i w jakiś sposób jest możliwe
jest kilka książek Daniela Ostoi zaczynających się od "Pierwsze kroki ku Miłości" gdzie Mistrz z którym rozmawia twierdzi, ze jest Sai Babą i też ma inny styl niż SB z dyskursów pisanych w Indiach. Tyle że Ostoję czyta się fajnie i nie chce mi się podważać, że to podał Sai Baba
-
http://www.rozwojduchowy.net/ksiazki-pierwszekroki.html
-
Chyba strona sie nie otwiera ,wiec przesyłam kopie histori
Słowo wstępne
Książka ta ma długą historię. Rozpoczęła się ona w 1987 roku, kiedy pojechałem znowu do Sai Baby, i prosiłem Go o łaskę, by móc w mojej terapeutycznej pracy pomagać parom. W odpowiedzi Sai Baba nie tylko połączył mnie z Constanze, lecz również tak nieskończenie wiele nauczył, że chciałem to utrwalić w formie książki.
Od 1988 roku omawiałem wszystkie powstające rozdziały z moją żoną Constanze, która była mi bardzo pomocną.
Podczas świąt Bożego Narodzenia 1988 byłem znowu z Constanze u Sai Baby. Zachorowałem tam na czerwonkę, ale nie została ona rozpoznana.
W marcu 1989 roku zachorowałem na grypę, która jakoś „dziwnie" nie chciała przejść, przeciwnie, w kwietniu tak się pogorszyła, że niemal nie mogłem już pracować. Na koniec kwietnia planowaliśmy z Constanze i jej bratem Christophem podróż na Cypr do Daskalosa (mag ze Strovolos), gdyż chcieliśmy poznać tego wielkiego mędrca i uzdrowiciela. Jechałem tam z ciężkim „przeziębieniem" i gorączką myśląc, że ciepło dobrze mi zrobi i pozwoli wyleczyć się z „grypy".
Kiedy przybyliśmy do Daskalosa, była u niego z wizytą pewna uzdrowicielka. Kiedy mnie zobaczyła, wzięła Constanze na stronę i powiedziała: „Czy wiesz, że twój mąż umiera? Byłam pielęgniarką. Zawsze wiedziałam, kiedy ktoś umierał. Czasami lekarze sądzili, że dany człowiek umrze, ja jednak widziałam, że będzie żył. Nigdy się nie omyliłam, i widzę teraz, że twój mąż umiera".
Constanze była wstrząśnięta. Czułem się tak źle, że Daskalos co i raz stawiał swoją stopę na mojej, dzięki czemu dostawałem natychmiast energii. Przepływała przeze mnie fala ciepła, która mi dodawała siły. Czasami jednak było mi tak źle, że kładł mnie na swoje łóżko. Mówił też o wirusach w wątrobie, ale ani Constanze, ani Christoph, ani ja nie uświadamialiśmy sobie, co ma na myśli. Dopiero później niektóre zależności stały się dla nas jasne.
Pewnego dnia czułem się tak źle, że nie byłem w stanie jak co dzień pójść do Daskalosa. Dostawałem ciągle takich napadów dreszczy, że musiałem się przyciskać do Constanze, bo inaczej chyba bym zamarzł. Potem jednak pociłem się tak bardzo, że co godzinę musiałem zmieniać ubranie i pościel. W końcu pewnej nocy, na skutek skrajnego osłabienia doszło do zatrzymania akcji serca. Zauważyłem, jak przenoszę się do innej sfery. Poczułem jednak, jak ktoś bezpośrednio pracuje nad moim sercem, jak czyjeś palce masują je w klatce piersiowej, i jak ponownie zaczęło ono bić. Zastanawiałem się, kto to może być, kto mi właśnie ratował życie. Był to Daskalos, który ze swojego domu dostrzegł, że umieram i przybył w swoim ciele eterycznym, by mnie ratować.
Następnego dnia byłem za słaby, żeby iść do niego. Cały dzień leżałem w łóżku i słyszałem wewnętrznym głosem bądź też widziałem swoje poprzednie inkarnacje - również i tę, która mnie wiązała z Daskalosem. Następnego dnia Constanze i Christoph tak mnie wzmocnili swoją troskliwą opieką, że mogłem pójść z nimi do Daskalosa. Zapytałem go, czy tej nocy był u mnie i czy zgadza się to, co widziałem odnośnie naszego poprzedniego, wspólnego życia. Potwierdził i jedno, i drugie.
Moja karma warunkowała dalsze pogarszanie się mego stanu zdrowia. Daskalos przekazał mi tyle energii, że wystarczyło jej akurat na powrót do Berlina. Tutaj coraz bardziej się rozchorowywałem. Ale ani lekarz, u którego byłem jeszcze na Cyprze, ani homeopata, u którego się regularnie leczyłem, ani trzej lekarze w szpitalu nie zdiagnozowali czerwonki. Byłem leczony na zapalenie płuc i po pewnym czasie odesłany do domu. Nikt nie badał mi wątroby, co należy do rutyny. Tak więc stan mojego zdrowia pogarszał się nadal. Znowu pewnej nocy zatrzymała się akcja serca. I znowu przybył Daskalos i uratował mi życie masując serce. Jaką miłością, jaką opiekuńczością mnie obdarzył! Dziękuję mu z całego serca.
Teraz czułem się już tak źle, że po raz pierwszy poprosiłem Sai Babę, by zechciał jednak zachować mnie przy życiu. Zareagował natychmiast. Prosiłem go wieczorem, a już następnego dnia rano zadzwoniła nasza przyjaciółka Dorothee, odbywająca wówczas praktykę u lekarza, który mnie również badał. Constanze zwróciła mu uwagę, że moje białka w gałkach ocznych były żółte. Zlekceważył on jednak tę ważną wskazówkę i pouczył nas, że jest to całkiem normalne.
Dorothee była pierwszą, która wpadła na pomysł przeanalizowania wyników badań mojej wątroby. Poszczególne wskaźniki przekraczały dziesięciokrotnie stan normalny! Wykonano badanie USG, które wykazało, że w wątrobie wytworzył się ropień zawierający litr ropy. Dwa, maksymalnie trzy milimetry brakowały jeszcze do jego pęknięcia!
Natychmiast odwieziono mnie do szpitala, dostałem różne leki - i dwa dni później znajdowałem się w stanie agonalnym.
Nadeszła owa straszna noc. Wszystko mnie bolało. Czułem jak serce, nerki i wątroba zawodzą.
Prosiłem Sai Babę by mnie nie opuszczał. Był przy mnie nieprzerwanie. Zapewniał mnie, że przeżyję. Mówił, że trzyma rękę na ropniu i dlatego nie może on pęknąć. Tej nocy siedmiu różnych ludzi śniło, że umrę. Bez łaski Sai Baby tak by się też stało. Dał mi on nowe życie. Dał mi wiedzę, że wszystko zawdzięczam jemu.
Co to wszystko ma wspólnego z tą książką? Dla mnie nieskończenie wiele. Podczas pobytu w szpitalu i potem, Sai Baba prowadził mnie poprzez wewnętrzny głos. Powiedział mi, że mam opuścić szpital już po kilku dniach, chociaż lekarze uważali, że będę musiał pozostać jeszcze kilka tygodni. Mówił mi, co mam jeść, kiedy mam zrobić pierwszy spacer i wiele innych rzeczy. Dzięki temu nabierałem coraz więcej zaufania do mojego wewnętrznego głosu i nauczyłem się ponadto stawiać Sai Babie dokładne pytania.
Historia mojej choroby ma również dlatego wiele wspólnego z tą książką, gdyż owej nocy, kiedy bez łaski Sai Baby bym umarł, uświadomiłem sobie dokładnie dwie rzeczy: że w momencie śmierci istnieje tylko Bóg i ja, i że wszystko inne stanowi tylko przywiązania, które utrudniają przejście na drugą stronę. W moim wypadku chodziło o dwa przywiązania: do Constanze, o którą się bardzo martwiłem, bo nie wiedziałem, kto po mojej śmierci będzie się o nią troszczył, i do tej książki. Nie chciałem umierać, dopóki książka nie będzie gotowa. Czułem bardzo wyraźnie moje przywiązanie do niej. Czułem, że chciałbym się ponownie narodzić tylko po to, by tę książkę skończyć.
Dlatego skoro tylko byłem już w stanie pisać, pracowałem nad nią dalej, jednakże szło mi bardzo opornie. Dopiero jesienią 1991 roku miałem uczucie, że będę wkrótce gotowy.
Wtedy Sai Baba podarował nam dom i centrum terapeutyczne. Jak już pisałem w przedmowie do Sai Baba mówi do Zachodu, przebudowa tego domu pochłonęła wszystkie nasze siły. Tak więc książka ta leżała na razie niedokończona.
Kiedy w 1993 roku ponownie się do niej zabrałem, moje życie do tego stopnia się zmieniło, że czułem wyraźnie, iż musiałbym książkę zmienić całkowicie. Było też dla mnie jasne, że nie pisałbym jej już sam, tylko z Constanze.
Kiedy w 1993 roku byliśmy u Sai Baby, powiedział mi pewnego dnia, bym w ciągu trzech dni zakończył korektę Sai Baba mówi do Zachodu, gdyż podyktuje mi wtedy plan do książki o związkach.
Tak też się stało. Sai Baba podyktował mi plan. Pewne punkty pozostawił jednak otwarte, ze wskazówką, że powinna je uzupełnić Constanze. Miał oczywiście rację, gdyż pomysły wprost z niej tryskały.
Na zakończenie naszego pobytu, Sai Baba udzielił nam interview, podczas którego pobłogosławił zarówno Sai Baba mówi do Zachodu, jak i tę książkę.
Następnie udaliśmy się jeszcze na Goa i prawie cały czas omawialiśmy tę książkę. Również w kolejnych miesiącach była ona ciągle tematem rozmów. Spędzaliśmy wiele godzin pracując nad jej przyszłym kształtem. Byłem bardzo zadowolony z tego, że pisałem ją wraz z Constanze, gdyż idealnie uzupełniała mnie. Miała pomysły, komentarze, propozycje i odczucia odnośnie rozmaitych tematów, na które nigdy bym nie wpadł.
Pewnego dnia w styczniu 1994 doszedłem wreszcie do tego, by uprzątnąć szafę w moim gabinecie. Od niedawna mieszkaliśmy już na górze i chciałem wszystko uporządkować. Chwyciłem kilka paczek papieru, które się tam zebrały, chcąc je wynieść na makulaturę.
Gdy zamierzałem je wrzucić do kontenera, przyjrzałem się im jeszcze. I co zobaczyłem? Były to rękopisy i notatki do naszej książki o związkach! Zapytałem spontanicznie Sai Babę jak należy to rozumieć. Odpowiedział: „Już ich nie potrzebujesz. Wyrzuć je. Podyktuję ci tę książkę, gdy przyjedziesz do mnie w lutym!". Ponadto powiedział, że chce ją podyktować, gdyż temat ten może o wiele lepiej przekazać niż my. Rozumiałem to. Według rozkazu, wyrzuciłem wszystkie kartki, byłem jednak jak rażony piorunem.
Kiedy kilka godzin później odbierałem Constanze z dworca, byłem nadal tak poruszony, że uszkodziłem samochód.
Constanze przeciwnie, była zdumiewająco opanowana. Sai Baba dał jej miesiące przedtem całkiem jasne uczucie i świadomość odnośnie tego zwrotu, co przygotowało ją na taką dramatyczną zmianę. Mimo to pożegnanie z naszą wspólną pracą było dla niej bolesne.
Na koniec zdarzyło się coś dla mnie zupełnie nowego. Czułem całymi dniami, jak w mojej głowie zbierała się wiedza. Miałem uczucie, jak gdyby leżały tam gotowe zdania, wślizgujące się nieustannie do mojej świadomości.
Sai Baba powiedział mi, żebym jeszcze nie pisał. Miałem czekać.
Pewnej niedzieli przybyliśmy wreszcie do Sai Baby, do Puttaparthi. Przyjął nas bardzo miło i dał nam poczucie, że znowu jesteśmy na miejscu. Mnie powiedział, by jeszcze nie zaczynać pisania. Miałem czekać do jutra, do poniedziałku. Nie było to proste, bo zdania cisnęły się teraz jeszcze bardziej. Miałem wrażenie, że moja głowa jest pełna zdań, które chcą wyjść.
Od poniedziałku mogłem pisać. Sai Baba dyktował z tak niewiarygodną prędkością, że ledwo nadążałem z pisaniem. Pisałem niemal wyłącznie w obrębie świątyni. Sai Baba wychodził często ze świątyni i rozmawiał ze studentami. Kiedy nieco dłużej przypatrywałem się, z jaką miłością obchodził się ze swymi uczniami, wkrótce poprzez głos wewnętrzny przychodziło upomnienie: „Nie patrzeć, pisać!".
Sai Baba był samą miłością. Polecał mi pisać wtedy, kiedy rzeczywiście miałem na to czas. Wtedy zdania same ze mnie wypływały. Kiedy jednak byłem z Constanze i rozmawialiśmy, tzn. „pielęgnowaliśmy nasz związek", wtedy w mojej głowie panował całkowity spokój. Sai Baba wskazywał mi, że powinienem się wtedy zupełnie poświęcić byciu z Constanze.
Chociaż mieliśmy rzeczywiście dużo czasu dla siebie, a również grupa, z którą przyjechaliśmy do Puttaparthi zajmowała sporo czasu, Sai Baba dyktował w takim tempie, że w ciągu 14 dni napisałem 320 stron. Niemal dokładnie tyle samo co książki Sai Baba mówi do Zachodu!
Dziwiło mnie, że Sai Baba wybierał do przykładów w książce imiona z różnych krajów. Kiedy Go zapytałem o powód, odpowiedział, że nie powinno powstać wrażenie, jak gdyby omawiana tematyka ograniczała się tylko do Niemiec. Ponadto dusze żyją w swoich rozmaitych inkarnacjach w różnych krajach. Przykłady mają to podkreślić.
Dla Constanze moje pisanie u Sai Baby nie było łatwym doświadczeniem. Musiała się przyglądać, jak książka, którą chcieliśmy pisać razem, była teraz dyktowana tylko mnie. Ponadto musiała ćwiczyć swoją cierpliwość, bo nie byłem w stanie tak szybko przepisywać tekstu, żeby móc jej go jako tako płynnie odczytać.
Sai Baba zatroszczył się jednak także o nią. Powiedział, że powinniśmy razem czytać manuskrypt i Constanze ma wyrażać swe komentarze oraz pytania, a On będzie na nie zawsze odpowiadał. W ten sposób Constanze została wciągnięta w proces powstawania tej książki i przez swoje pytania czy propozycje, na które Sai Baba odpowiadał, wniosła również ważny wkład w jej napisanie.
Po powrocie z Puttaparthi nie miałem początkowo czasu, by przepisywać rękopis na komputerze. Mogłem to dopiero zrobić w połowie roku.
We wrześniu Sai Baba powiedział mi, że książka musi być gotowa na Boże Narodzenie. Nie mogłem w to uwierzyć, ani tego zrozumieć, gdyż główny rozdział o mężczyznach i kobietach nie został przez Niego jeszcze w ogóle podyktowany. Kiedy miałby zresztą zostać napisany, skoro mieliśmy już tyle pracy terapeutycznej i przy wydawaniu książki Sai Baba mówi do Zachodu?
Sai Baba znalazł jednak rozwiązanie: budził mnie każdego ranka punktualnie za pięć pół do szóstej. Powiedział mi, że mam wypić herbatę, medytować, wykonać moje ćwiczenia i potem pisać. Będę wtedy wystarczająco obudzony do pisania. Nie było to jednak dla mnie łatwe. Siedziałem przed pustym ekranem i w najmniejszym stopniu nie wiedziałem, co mam pisać. Sai Baba zachęcał mnie jednak mówiąc, że nie mam myśleć, tylko po prostu pisać to, co słyszę. Nie miałem robić nic więcej. I w ten sposób praca szła cudownie. Wszystko było w porządku aż do rozdziałów o agresji i komunikacji. Obawiałem się ich. Byłem tak wyjałowiony przez długie dni, które ciągnęły się często od piątej rano do jedenastej, czy nawet pół do dwunastej, że ledwo mogłem jeszcze pisać. Pewnego dnia wstałem rano, wypiłem herbatę, pomedytowałem, usiadłem przy komputerze i nie usłyszałem nic. Doszedłem do punktu kryzysowego. Sai Baba powiedział mi, że dzisiaj nie będzie nic dyktował i że mam iść spać. Mój lęk wzrósł jeszcze. Sai Baba zareagował natychmiast. Następnego dnia obudził mnie o piątej, a następnego o pół do piątej i podyktował cały rozdział o agresjach. Ulżyło mi, ale byłem też wyczerpany. Następnego dnia czułem się tak jak gdybym stał obok siebie. Miałem uczucie, że wiele się wydarzyło, że książka jest niemal gotowa, ale jednocześnie, że najcięższy kamień do zgryzienia jeszcze przede mną. Następnego ranka Sai Baba obudził mnie o czwartej. Pisałem przez cały dzień i wieczorem byłem gotowy. Cały rozdział, o którym w ogóle nie wiedziałem, jak ma być zbudowany, podyktował przez jeden dzień! Namacalnie zrozumiałem oświadczenie Sai Baby: dla Niego nie ma nic niemożliwego! Why fear, when He is here?!
W jak precyzyjnym dziele pozwolił nam Sai Baba wziąć udział! Jakiż kamień spadł mi z serca!
Sai Baba prowadzi nas zawsze aż do granic i poza nie, żebyśmy rozpoznali, że granice w rzeczywistości nie leżą w nas, lecz w naszym myśleniu.
Na tej samej zasadzie podyktował mi wprowadzenie do Sai Baba mówi do Zachodu i polecił mi podpisać „Sathya Sai Baba". Dzisiaj wydaje mi się to całkiem logiczne, wtedy jednak było bardzo trudne. Tym razem Sai Baba doprowadził mnie do innej granicy. We wprowadzeniu do tej książki poleca moją pracę o terapii ciała. Było to dla mnie bardzo nieprzyjemne. Dlatego zapytałem Sai Baby - czy musi tak być. Jego odpowiedź była krótka i jednoznaczna: „Musi!".
Posiadam taką cechę, że kiedy coś mnie bardzo zajmuje, staję się wyjątkowo aktywny. W dniu, w którym Sai Baba podyktował mi wprowadzenie, Constanze i ja pracowaliśmy z grupą terapeutyczną składającą się z 18 osób. Byłem w związku z tym zajęty i mogłem całe to przeżycie z wprowadzeniem chwilowo zapomnieć. W czasie przerwy poczułem nagle, jaką miłością obdarza mnie Sai Baba wspominając moją książkę. Przez to, że ją poleca, wyzwala wprawdzie we mnie uczucie zakłopotania, ale jednocześnie staje za mną. Doprowadza mnie do granicy, ale zarazem jest dla mnie oparciem. Cóż za nauka, cóż za dar!
Kiedy wreszcie w połowie stycznia byłem w Puttaparthi, zaszło coś zdumiewającego: siedziałem w obrębie świątyni na miejscu, obok którego Sai Baba tego dnia trzykrotnie przechodził. Wielu ludzi prosiło mnie, bym wziął ich listy do Niego. Trzymałem więc w lewej ręce listy, a w prawej książkę.
Sai Baba podszedł prosto do mnie, ale ani nie wziął listów, ani nie pobłogosławił książki. Zamiast tego powiedział mi, że nie ceniłbym Jego błogosławieństwa. To mnie bardzo poruszyło, gdyż miał rację. Spotkałem się mianowicie wielokrotnie z reakcją na książkę Sai Baba mówi do Zachodu, że Sai Baba wszystko błogosławi, a zatem Jego błogosławieństwo nie ma żadnego szczególnego znaczenia. Te negatywne myśli wywarły na mnie najwyraźniej większy wpływ niż sądziłem.
Byłem bardzo poruszony. Wkrótce potem Sai Baba podszedł ponownie i wziął listy. Ku mojej wielkiej radości, podszedł nawet trzeci raz i pobłogosławił książkę. Ponadto powiedział mi poprzez głos wewnętrzny:
„Byłeś pod wpływem negatywnego nastawienia i dlatego myślałeś, że moje błogosławieństwo nie jest niczym szczególnym. Moje błogosławieństwo jest najwyższym, co możesz osiągnąć.
Dlatego ani nie wziąłem listów, które wielu ludzi dla mnie dało, ani nie pobłogosławiłem książki Sai Baba mówi o związkach.
Kiedy ponownie podszedłem, wziąłem tylko listy i nie pobłogosławiłem książki.
Byłeś rozczarowany.
Błędne myślenie prowadzi zawsze do rozczarowania.
Następnie uświadomiłeś sobie, jakie znaczenie ma moje błogosławieństwo.
Dlatego podszedłem trzeci raz i pobłogosławiłem książkę.
Najpierw było złudzenie.
Potem pojawiło się rozczarowanie.
Potem zrozumienie.
A na końcu błogosławieństwo.
Jest ono zwieńczeniem".
SAI RAM
Grafrath, 16.07.1995 r. Stephan v. Stepski-Doliwa
-
Mysle , ze najlepszym i najprostszym rozwiazaniem byloby spytac sie samego SAI
-
Sai się wypowiedział. Stąd to wiem.
Pobłogosłąwił ksiazkę "Sai mówi do Zachodu", ale tę o związkach uznał za fałszerstwo popełnione dla kasy.
Pisałem o tym wielokrotnie.
-
też tak czułem
znaczy tą "SB mówi o związkach" czuje się jak pochodzącą z przeciętnej inteligencji(dużo gadania, dużo osądów, mało rozwiązań ) w porównaniu do "SB mówi do Zachodu"
-
Ale sa dwie wersje Sai Baba mówi o zwiazkach jedna jest prawie identyczna z Sai mówi do zachodu a druga jest o wiele obszerniej napisana i na więcej tematów
-
a masz jakis link do tej prawie identycznej??