Pozytywne Inspiracje
Forum => Rozwój Duchowy => Wątek zaczęty przez: Leszek.Zadlo w 2011-08-30, 13:26:48
-
Kontynuacja dyskusji:
http://www.cudownyportal.pl/forum/watek.php
-
2010-09-13 16:22 J007 (m)
#
Założyłem ten wątek jako strefe wolności przekonań w RD, ale nie w celu teoretyzowania i spierania się o wyższości jajka nad kurą, a popartą ćwiczeniami i doświadczeniem w RD wraz z realnymi osiagnięciami w materii i nie tylko.
Marzy mi się, zeby pisywali tu ludzie o swojej PRAKTYCE bez względu na pochodzenie technik.
Wymieniali się spostrzeżeniami, tym co osiągneli bez względu na to czy to coś mniejszego jak pierwsza udana medytacja czy wiekszego po 10 latach regularnej medytacji.
Prosiłbym bez potrzeby nie przepisywać książek czy teorii zasłyszanych zeby pokazać swą "mądrość", a opisywać przedewszystkim swoją praktykę wraz z efektami.
Oczywiscie wszyscy praktykują i wielu podobnie, ale coś musi róznić sie w technikach, podejściu, intencjach, że nie wszystko idzie podobnie.
Z czasem moze da sie to nazwać wykrystalizować co jest wadliwego w praktyce, która nie przynosi efektu.
Głównie chodzi mi o to żeby część ludzi wpadała sama na to co jest nie tak ,a co pomaga
Jeśli nie ma efektów lub są niepokojące to też warto pisać, ktoś zawsze pomoże.
Oczywiście zawsze pozostaje kwestia wyboru doradcy i techniki, ale to już w ramach wolności wyboru.
Tyle o marzeniach i założeniach.
Fajnie jakby ten wątek pozostawał mniej więcej w tym zarysie ;)
-
Tu można kontynuować dyskusję z ERD.
Rozdzielenie, a powrót to dylematy nie tylko UA.
Ta indywidualizacja to to co można było zaobserwować na forum Cudu to pokazanie, że jestem wyjątkowy bo inny i choćbym największą głupotę robił to lepiej niż się rozwijał duchowo najprostszą drogą, bo to takie pospolite i oklepane.
Czy aby takie pospolite ?
Wszystko podpowiedział Leszek pokazując jedną z dróg jednak zasada chyba jest niezmienna od zawsze.
Czym bliżej WJ tym mniej ego, a bliżej szczęścia.
ERD to tylko skutek zbliżania się do prawdy.
Proste a takie trudne.
-
Mam podobne przemyślenia. Przerost indywidualizacji nad treścią :)))
Ale to by pasowalo do innego wątku.
-
Tak mnie naszła taka refleksja - od jakiegoś czasu w swoim rozwoju poświęcam znacznie więcej czasu na zajmowanie się pozytywami niż radzenie sobie z negatywami.
I tak dochodzę do wniosku, że prawdziwy rozwój to kąpanie się w Bogu, cieszenie się Jego darami, radosny spokój, cicha kontemplacja aspektów Boga, płynięcie zgodnie z nurtem miłości, itd.
Praca z negatywami powinna być ograniczona jedynie do potrzeb na teraz tzn. ja robię tak, że zajmuje się tym wszystkim co w powyższym akapicie i dopiero jak pojawia się coś co mi w tym przeszkadza i nie chce to zejść, to wchodzę głębiej w te negatywy i się pozbywam ich np. przez regresing, eft czy modlitwy.
Piszę to ponieważ zauważyłem że sporo osób ma tendencje do zbyt intensywnego rozwalania negatywów w stosunku do budowania pozytywów. A prawda jest taka, że odpowiednio długo wzmacnianie pozytywy mają potężną moc rozbijania negatywów. Codziennie kontemplacja miłości da znacznie większe efekty niż codzienne sesje regresingu w tym temacie. Na logikę może się wydawać, że lepiej poświęcać czas na te sesje, bo przecież tyle wzorców sobie można uświadomić, ale w pewnym momencie zacznie się babranie i szamotanina we wzorcach - ugruntowanie w pozytywach będzie zbyt słabe i pś będzie się bała puszczać co silniejsze wzorce - sesje staną się mało efektywne i męczące.
Nie ma nic złego w intensywnym oczyszczaniu(szczególnie na początku), ale niech ono nie zajmuje więcej czasu niż budowanie pozytywów i niech nie trwa ciągle, aż do wyczerpania sił. Pozytywy też się muszą ugruntować, trzeba dawać sobie okresy większego luzu na cieszenie się i ugruntowywanie tego co osiągnęliśmy.
No bo zgadnijcie co się ugruntowuje u osób, które nieprzerwanie męczą się z powodu ciągłego i intensywnego oczyszczania? :P
-
W sumie uwarzam podobnie, ale to się wiąże ze świadomością. Bo nie każdy może w ten sposób pracować, inaczej: takie podejście o ile czyste, wynika z przepracowania dostatecznego min harmonii, szacunku wobec siebie, miłości, zgody, itd itp
-
Tego typu podejście gwarantuje sukcesy. Szkoda, że niektórzy tego nie rozumieją i popadają w skrajnosci - albo unuikają oczyszczania, bo to się im źle kojarzy, albo tylko oczyszczaja podświadomosć mając nadzieję, ze to, co dobre, samo się w niej pojawi.
To, czym zajmujemy uwagę, wzrasta. Dlatego wielu boi sie oczyszczania, bo to niemiłe i mogłoby wzrosnąć. Ale wzrasta również to, co staramy się ignorować, co spychamy do podswiadomości. Tłumimy emocje, a podswiadomośc zajmuje się nie tylko tłumieniem , ale i tym,co jest tłumione.
Ja zacząłem od relaksu. Trwało ponad rok, zanim mi się udało. Potem dzięki afirmacjom podniosłem sobie samoocenę i wreszcie dzięki rebirthongowi odpuściłem wiele blokad. Najsilniejzą metodą odpuszczania blokad okazała się w moim przypadku elektropunktura. Bolało, ale puściło.
Stosując kilka lat rebirthing codziennie, doszedłem do stanu bardzo przyjemnego. A wówczas mi było tak dobrze, ze nie chciało się robić nic innego. To bylo ważne, bo podświadomośc przyzwyczajaa sie, ze może mi byc dobrze, a nawet bardzo dobrze, miło i przyjemnie.
A potem przyszła refleksja, że trzeba czyścić podświadomośc głębiej i zaczęła się faza regresingu, która trwa do dziś.
Oczywicie, nie tylko regresing mi w głowie. Przede wszystkim medytacja, afirmacje i wizualizacje.
-
Wizualizacja plus modlitwa mają moc:)
U mnie to plus medytacja, kontemplacja pozytywnych programów, cech urzeczywistnienia sa najwazniejsze, regres jest na końcu patrząc na proporcje
Mi sie regres sam robi i wywałka z przeszłości podczas kontemplacji, ale bez hiperwentylacji. Niewiem czy fachowo dochodzi wtedy do oczyszczenia bo jednak sa to inne stany świadomości, tzn nie ma wtedy tak otwartej pś jak w regresie- no ale chyba cos zchodzi skoro ide do przodu;) Zazwyczaj sa to uwalniające filmy.
Teraz tak jest ale czuję że u mnie zabawa z regresem jeszcze nastąpi, bo wstępnie planuję za rok złosić się do jakiejś szkoły i postarać sie o licencje, to jest jednak extra bo mozna łączyć z róznymi technikami
-
Leszek,
widzę, że twoje początki były "spokojne" ;)
Tym bardziej doceniam, że poznałem regresing.
Zastanawiają mnie osoby, które nie mają żadnego niemal kontaktu ze swoją pś.
Jak mają zrozumieć i ją poczuć, a dokładniej jak wyczuć obciążenia gdy nie ma świadomości.
-
Olga
Regresing jest łatwą i skuteczną metodą na oczyszczanie pś, ze względu na proste, jasne polecenia dla pś. Nie jest jednak jedyną metodą. WJ potrafi fajnie poprowadzić, aby w danym momencie skorzystać z najlepszej metody na uzdrowienie czegoś - czasem jest to jest konkretna metoda, czasem połączenie kilku, a kiedy indziej coś zupełnie niestandardowego.
Im lepszy kontakt z pś, tym łatwiej pokierować nią w procesie uzdrawiania i tym mniejsza potrzeba na dokładne, słowne instrukcje. Przy odpowiedniej otwartości na Boga i uzdrowienie wystarczy świadomość przenieść ku danemu obciążeniu, a potem skoncentrować się na uwolnieniu i wpuszczeniu tam Boga(w uproszczeniu - to jest dość intuicyjny proces). W te wakacje nauczyłem się fajnego sposobu radzenia sobie z wywałkami - jak mnie męczą to sobie siadam wygodnie i zatapiam się w modlitwie. Potem przychodzą różne odczucia jak w sesji regresingu, a ja z pomocą Boga i własną koncentracją uzdrawiam po kolei co wychodzi. Czasami coś odliczę, czasami coś opukam - w zależności od potrzeb. Głównie jednak koncentruje się na przebaczeniu, odpuszczeniu i wpuszczaniu Boskich energii, aby wypalały syf. I efekty są naprawdę dobre i pewnie będą wzrastać wraz z rosnącym zaufaniem do Boga.
Metody nie mają znaczenia, ważne są intencje - jak te są czyste, to i metody są najlepsze na dany moment.
-
Leszku,
powiem Ci, że zacząłem wszystko na nowo - od podstaw, i teraz zagłębiam się w rebirthing. I rzeczywiście, takiego spokoju, jak po rebirthingu, dawno już nie czułem. Dzisiaj zrobiłem sobie sesję rbr w parku, na ławce, siedząc z... rodziną, i po godzinie oddychania w piękny, słoneczny dzień, wśród pięknej przyrody, mam teraz takiego powera, taką radość, moc i spokój, że JEST MI DOBRZE.
Czyli w moim przypadku sprawdza się: najpierw podstawy, a potem dopiero głęboki RD. :)
-
Clint,
fajnie to napisałeś :) Ja czuję podobnie.
U siebie od dawna zauważyłam, że koncentracja na pozytywach + medytacja, daje mi najlepsze efekty w kreacji.
Jak mocno wywala, sięgam po inne techniki.
Mam wrażenie, że po węzłach tworzy mi się coraz większa przestrzeń w umyśle ( coś takiego czego do tej pory nie znałam i nie bardzo umiem to wytłumaczyć, coś innego niż np po sesjach, gdzie też czuję ulgę), i to też ma na mnie dobry wpływ, choć mam lęk, jak myślę o tym, że ta przestrzeń mogłaby wypełnić cały mój umysł, a nie tylko jego część ;).
-
Kto by pomyślał że najprostrze rozwiązania są najskuteczniejsze :)
-
Bóg kochanie tak mysli
-
Ostatnio wymyśliłem pewną praktykę.
Nie wiem czy dla wszystkich fajnie zadziała, ale można popróbować.
Zasypiając zacząłem odrzucać ego tak daleko jak tylko można na daną chwilę.
Taki sztuczny stan oświecenia.
Podziała fajnie bo:
- przed snem działa przez noc,
- nie wymuszałem i nie walczyłem, a pozwoliłem temu stanowi nastąpić,
- jak i tak znika moja świadomość we śnie to strach mniejszy, że ego się rozpłynie
-
O, wiesz co, to idealne ćwiczenie dla mnie w tej chwili, bo własnie ten temat ego/boskość mam na tapecie, i walkę wewnętrzną, sprubuję, fajnie:)
Z tego co pamietam oboje lubimy "senne" praktyki
-
Clint
Od jakiegoś czasu też mi taka metoda przyszła spontanicznie:) I już stosuję.
Takie połączenie rożnych metod, w zależnosci jak intuicja podsuwa.
Zdarzało mi sie iść parkiem i sobie poodliczac, z otwartymi oczami, tez działało. Bylam chyba nieźle dotleniona:)
A EFT u mnie działa tak, ze coś opukuje i niby nic wielkiego się nie dzieje, schodzą emocje, jakieś stany, nieprzytomność i tyle. A potem nagle wraca temat i przychodzi uświadomienie wzorca, przyczyn, o co chodzi, takie zrozumienie i rozjasnienie w umysle, jak dziś pisząc posta, z tą moją relacją z Bogiem. Robi się przestrzen i jest już fajnie.
-
Ja stosuję też Vipassanę.
Ale taką uczoną na kursie - obserwacja odczuć w ciele i nie przywiązywanie się do nich. To mnie dobrze ugruntowuje w ciele, mam lepszy kontakt ze sobą, czuję siebie.
Są też odmiany Vipassany polegające na obserwacji umysłu, dobre do oczyszczania umysłu, ale skuteczniejszy do tego jest regresing. No ale to ciągłe siedzenie w umyśle.
-
Dzisiaj sobie uświadomiłem, że bardziej mnie interesuje dawna moc, przytomność umysłu i uważność, którą kojarzę z "dumnymi i wysokimi" wcieleniami władcy, wojownika itd., niż oświecające, czyste wibracje. Bo tam sie działo dużo ekscytujących rzeczy. I rozwijam się nie dla urzeczywistnienia wszystkich aspektów Boga w sobie, tylko tych specyficznych które pamiętam i za którymi tęsknię. Czy to źle? Czy to w porządku rozwijać np. tylko dolne czakry a górnym dać spokój skoro chwilowo ma się wstręt? Wiem że mógłbym przebywać nieustannie w Boskich wibracjach i potrafię sobie na to pozwolić ale pierwsze co mi to przerywa, to lęk że się w nich zatracę i że nie będę mógł wrócić do odgrywania pewnych wymagających właśnie większego urzeczywistnienia ról, w których czuję się niespełniony. Chcę być godnym władcą.
-
Edit: Po namyśle stwierdzam że jednak tęsknię za miłością Boga, którą pozwalam sobie czasem doświadczyć, i jestem ostatnio na nią od innych ludzi w jakimś stopniu otwarty. Ale te stany niezależności i samowystarczalnej mocy siebie izolowanego jako jednostki, wydają mi się taaaaaakie atrakcyjne.
-
Nic na siłę, akle docelowo nie warto rezygnować z tych mocy duchowych i z tej świadomości duchowej, jakich nie znasz :))
-
Moja droga w rozwoju duchowym
-To pozwalanie sobie na odczuwanie i doświadczanie , jak najmniej teorii i jak najwięcej praktyki.
Co nie znaczy że przestałam czytać duchowe książki ale zauważyłam że im więcej czytałam tym szybciej zapominałam całą tę wiedzę.
Najfajniejsza praktyka to obserwacja samego siebie(-;
-
Wymyśliłem sobie taką technikę.
Na kartce piszę swoje obciążenia, które odkąd pamiętam mi doskwierają.
Zaczyna się w podstawówce lub wcześniej i część się z nich w innej formie ale przeplata przez całe życie.
Pokazuje to co się już "samoistnie" polepszyło i co nadal tkwi jak gwóźdź w tyłku ;)
Jak zrobi się to uczciwie wyłania nam się nasza karma.
Cześć z nas będzie do niej przywiązana, że uzna "to moje życie", " taki jestem " , ale można to przekroczyć.
-
J007,
fajny pomysł mi podsunołeś, zastanawiałem się jak tutaj połapać się w tym wszystkim i stwierdziłem zrobię mapę, właśnie na wyłapanie cykliczności. Nareszcie będę mógł w jednym miejscu wszystko napisać, żeby się nie zgubiło.
-
To można by nazwać "mapa życia " :)
Trochę to przypomina autoregresywną drogę życia.
-
Właśnie robię mapę narazie wyszło mi dużo z jednego wydarzenia.
wydarzenie X.
- co ono dla mnie znaczyło.
- emocje z nim związane
- jaka była moja reakcja
- jaka powinna być(WJ)
- gdyby zrobił co zgodne z ND, to co by się stało (lęki, wyobrażenia)
i kolejne wydarzenia itp.
J007,
gdybyś miał coś do dodania to byłbym wdzięczny. Co do cząstek duszy, to ja ostatnio nie mogłem się przebić, i intuicyjnie poczyłem żeby przywrócic fragment duszy z wydarzenia, no i że jeśli ta cząstka / fragment jest przywrócona(uzdrowiona) w pęłni to już jest 100% uzdrowienia.
-
Lukasz,
mam prośbę, abyś zamieścił jeden rozpisany przykład takiego wydarzenia. Oczywiście takiego, którego wspomnienie już Cię nie rani. :)
-
Ja bardziej myślałem coś w stylu :
podstawówka - nie mam kieszonkowego, brakuje na cukierki
średnia szkoła- harówka za darmo u rodziny
po studiach trudność w znalezieniu pracy
z tego wyłania się problem z kasą od początku żywota ;)
Odreagowuje poszczególne wydarzenia drążąc temat pod kątem tamtej świadomości i potrzeb i rozjaśnia mi się dalsze życie i przyczyny kolejnych obciążeń.
To samo można robić w każdym temacie jaki nam przyjdzie do głowy.
Potem stworzyć jeszcze pozytywne afirmacje i tak oczyścić do końca.
-
J007 - Ja mialam zawsze taki problem: brak odczuwalnego wsparcia ze strony waznych dla mnie osob, brak poczucia bycia WAZNYM, rozne sytuacje kiedy nikt sie za mna nie wstawil, nie obronil, plakalam na filmach przy scenach kiedy ktos sie ujal za kims krzywdzonym, oddal mu sprawiedliwosc, stanal pojego stronie i tym podobne. Dla jednego to jakas smieszna bzdura i glupota, a dla mnie było trudne jak diabli. To byl jeden z podstawowych problemow mojego dziecinstwa, mlodosci i doroslego zycia. Ale juz lapie o co chodzi.
-
J007,
Mi też o to chodzi, ale w każdym tym etapie można jeszcze wyszczegulnić pewnie wyobrażenia, intencje, tendencje, żeby wstępnie już mieć co uzdrawiać. No i wyłapać to co jest wspólnie dla tych wszystkich rzeczy.
Fia,
Rozpisuje od wczoraj z schemat z kobietami, i pisze tam wszystko, mam na myśli wszystko więc też dużo rzeczy nie fajnych, więc nie zamieszczę. Może jak już udrowie.
-
Kiedyś byłam alchemikiem i chciałam przemienić błoto w złoto. Nie udało mi się. Czas upływał, mój sponsor był coraz bardziej zły na mnie a moja samoocena coraz bardziej spadała.
Upłynęło wiele wieków i ja znów próbuję dokonać tego samego. I wreszcie zaczyna mi to wychodzić. Zaczyna mi się udawać przemieniać błoto które jest we mnie w złoto.
Ten tydzień szczególnie obfitował w błoto, codziennie nowa dawka, a mnie za każdym razem udało się go przemieniać w złoto.
Każdego dnia przychodził do mnie nowy problem, nowe zagrożenie, nowy lęk czy też nieprzyjemna sytuacja. Za każdym razem bardzo się bałam i nie widziałam wyjścia z sytuacji.
Na podstawie przeczytanych książek uważałam problemy za coś czego trzeba unikać, przed czym trzeba się bronić i minimalizować złe skutki ich wpływu na psychikę. Bo przecież trzeba myśleć pozytywnie, starać się cieszyć nawet drobiazgami, powtarzać sobie że dam radę, że wszystko będzie dobrze i w ogóle dążyć do dobrego nastroju. I tak też robiłam, odcinając się od swoich negatywnych uczuć. Ludzie mi mówią: ciesz się, nie przejmuj się, głowa do góry, bądź optymistką, po co się zamartwiać, po co myśleć o nieprzyjemnych rzeczach a okazuje się że te techniki prowadzą na manowce, bo właśnie należy przeżywać, czuć, i nie uciekać od swoich negatywnych uczuć.
I to odczuwanie należy do metod powodujących najszybsze przemiany, przynajmniej u osób chorych, bo nie wiem jak jest ze zdrowymi.
Dostałam wiadomość że moja firma zostanie sprzedana komuś kto niesamowicie wyzyskuje ludzi- pojawił się silny lęk. Zastosowałam technikę wchodzenia w lęk i obserwowania siebie . Przyczyna lęku okazała się zaskakująca a lęk minął całkowicie. Trwało to może 15 minut.
Dostałam wiadomość że zmienia się nam prezes firmy i zostanie nią osoba która mnie nienawidzi i pewnie będzie dążyć do zwolnienia mnie.
Znów pojawił się silny lęk. Teraz zastosowałam technikę oddychania, która jest niesamowita. Powoduje szybkie wyrzucenie emocji na powierzchnię a następnie pojawienie się przyczyny problemu w postaci obrazu, sytuacji, wydarzenia które kiedyś zaistniało. Gdzieś po 15 minutach oddychania odnalazłam przyczynę i lęk wygasł całkowicie.
Dostałam wiadomość o śmierci znajomej. Wszystko związane z tą śmiercią jest straszne, m in. ta kobieta zastała w szpitalu zagłodzona na śmierć, bo nie mogąc mówić nie miała jak się poskarżyć.
Ta straszna śmierć przypomniała mi moje straszne śmierci. Słuchając nie odcinałam się od swoich emocji, co w koncu spowodowało pojawienie się omamów wzrokowych i silnych mdłości. Czuję żę dzięki temu mój lęk przed śmiercią troszkę się zmniejszył.
Miałam jeszcze kilka innych nieprzyjemnych sytuacji od których nie uciekałam lecz wchodziłam w nie emocjonalnie i maksymalnie. Czuję się bardzo wzmocniona, odważniejsza, pewniejsza .
Widzę że takie sytuacje służą mi jako pomoc w zmienianiu siebie, że są dla mnie korzystne. Jednak ich nie pragnę ani nie szukam, bo są podobne do operacji bez znieczulenia.
-
Zaczynałam od regresingu mając 14 lat. To były niewinne próby poradzenia sobie z dużą depresją i fobią społeczną. Długi czas plątałam się w emocjach - stosując wybrane przez siebie techniki, głównie regresing, który pomimo moich ciężkich obciążeń, fanatyzmu i niedojrzałości dużo mi pomógł. Medytacje, rebirthing, terapie energetyczne, regresywne. To stosowałam na początku i przez kilka lat. Parę lat temu poznałam Eft i terapie mocy, tak!. To było przełomowe, bo już wątpiłam, był zastój i prawie zwariowałam. Nie mogłam przejść najważniejszych spraw, ponieważ nie było tak dogłębnego uzdrowienia biologicznie i nic już nie rozumiałam na poziomie duszy. Ciesze się, z tego co mam obecnie, co się pojawiło, co poznałam i mogłam wykorzystać dla swojego dobra.
Obecnie stosuję wszystkie poznane techniki z dużo większą dojrzałością i spokojem. Medytacje, trochę ćwiczeń i pozytywnego myślenia. Lubię tę drogę, podoba mi się moje podejście i to czego się nauczyłam. To mi daje fajny warsztat pracy nad sobą.
-
Inga,
Twój sposób pracy z emocjami jest mi bliski. Robię podobnie.
Zachęciłaś mnie opisem działania sesji oddechowych. Chyba spróbuję ponownie do tego podejść, może na mnie też tak podziała :)
-
Czuję się oszukana przez wszystkich, i mamę, i kościół, i koleżanki, i rozwojowców, i autorów książek dotyczących tematów pracy nad sobą.
Wczoraj na sesji pojawił się temat powrotu do swojej anielskiej natury, czyli ma być kolejna zmiana siebie w kogoś innego. Tyle razy już to przechodziłam, tyle razy byłam zmieniana w kogoś innego i wiem jak bardzo taka zmiana boli. W tym wcieleniu byłam tak bardzo zmieniona że zostałam zanalizowana jako człowiek.
Byłam zmieniana w diabła, strzygę, człowieka. W tym wcieleniu ojciec mnie zmienił w strzygę, więc wiem jak bardzo boli bycie zmienianym. Boję się kolejnej zmiany. Boję się być aniołem bo BA znów mnie namierzą i zrobią ze mnie miazgę chcąc mnie doprowadzić do Boga. Boję się przejawiać swojej prawdziwej natury.
Czuję się oszukana bo wierzyłam we wszystkie nauki o tym jak być sobą. Wszyscy piszą i mówią o tym że naszą prawdziwą naturą jest radość, szczęście, miłość i zadowolenie. I uczą że trzeba do tego dążyć, starać się być takim, działać w tym zakresie aby się takim stać, szukać tej radośći i tego szczęścia. Te pieśni kościelne – weselemy się i radujmy się dziś, Dziękujemy ci panie Boże za to że dałeś nam radość i szczęście. Te nauki aby szukać czegoś dobrego w życiu, aby cieszyć się drobnostkami, aby zauważać co nas dobrego spotkało i się tym cieszyć, aby odganiac smutki, aby nie myśleć o rzeczach złych i nieprzyjemnych, aby sprawiać sobie przyjemność, aby podnosić sobie nastrój poprzez robienie czegos dla siebie. Te rady znajomych – nie smuć się, życie jest piękne, myśl o czyms przyjemnym, ciesz się wiosną itd.
Te pozytywne afirmacje programujące na coś dobrego, przeprogramowujące mnie, o miłośći, radośći, szczęściu i Bogu.
Stosowałam się do tych wszystkich rad, robiłam to, bo jeżeli mówili tak wszyscy to znaczy że jest to prawda. I teraz dopiero widzę jak bardzo sobie szkodziłam, jak się odcinałam od siebie starając się być taka jak mi mówili inni, dążąc do tego aby być szczęśliwa i zadowolona.
Dzisiaj widzę podstawowy błąd w tym założeniu zachęcania do bycia sobą prawdziwą poprzez dążenie do bycia zadowoloną.
Bo jeżeli moją prawdziwą naturą jest radość i szczęście to ja tego nie muszę zdobywać, ja nie muszę się zmieniać aby taka być, ja nie muszę się taka stawać, ja nie muszę do tego dążyć.
Moim celem i zadaniem ma być dążenie do odzyskania swojej prawdziwej natury. A gdy ją odzyskam to będę radosna i szczęśliwa. Ta różnica jest bardzo istotna i zmienia wszystko, zmienia mój cały kierunek w którym idę.
Do tej pory szłam w kierunku jakichs mrzonek o szczęściu i radości, w kierunku moich wyobrażeń o szczęściu i radośći, starając się tak czuć, bo to była wytyczna.
A powinnam iść w kierunku bycia sobą, czyli w kierunku odczuwania moich uczuć. A moje prawdziwe uczucia są straszne, to lęk i ból. Ja będąc sobą czuję lęk i ból a nie radość i szczęscie. I na tym powinnam koncentrowac uwagę, te uczucia powinnam czuć, bo ja wtedy jestem sobą.
Radość i szczęście pojawią się kiedyś same, wtedy gdy coraz bardziej będę sobą. Nie muszę ich afirmować, nie muszę do nich dążyć. Jedyne co powinnam robic to odkrywać swoją prawdziwą naturę, poznawać siebie, być coraz bardziej sobą a wszystkie moje cechy zostaną mi przywrócone, bez zabiegania o nie, bez programowania ich, bo one są naturalne.
Bo być sobą to znaczy być szczęsliwym.
-
No chyba o to chodzi, czuć się bezpiecznie, będąc sobą:)
Jeśli chodzi o ból przy zmianach - boli wtedy gdy zmieniasz się w kogoś kim nie jesteś. Ew. ból się pojawia gdy ktoś się opiera temu jaki jest (ale to inny rodzaj bólu)
-
Inga
świetnie:) jak to Leszek pisal w Związkach Milości
"Twoją naturą jest czystośc, dopóki tego nie zrozumiesz stosujesz praktyki oczyszczające
Twoją naturą jest zdrowie i szczęśliwośc, dopóki tego nie zrozumiesz będą Ci potrzebni uzdrowiciele i cudotwórcy
Twoją naturą jest mądrośc dopóki tego nie zrozumiesz potrzebni będą Ci nauczyciele i przewodnicy
Twoją naturą jest miłośc dopóki tego nie zrozumiesz niezbędni są Ci inni ludzie.
Poprzez zwiazki i każdą praktykę oczyszczasz się. Dopóki wierzysz, ze jesteś nieczysty grzebiesz się w brudach. Brudach z przeszłości, brudach urojonych.
Dopóki wierzysz, że miłości nie ma albo że znajdziesz ją na zewnątrz-wikłasz się w zależności, manipulacje, emocje i przywiązania i jeszcze nazywasz to związkami. Robisz wszystko aby udowodni sobie dokładnie to w cco wierzysz. Nie są Ci potrzebne żadne więzy, ani żadne miłosne kajdany abyś odkrył, że jesteś kochany, że jesteś miłością"
-
Bardzo dużo przez ostatnie tygodnie pracowałam nad sobą tą moją metodą wchodzenia w negatywne emocje, które się pojawiały w trakcie normalnych codziennych czynnośći. Dzięki temu wchodziłam w swoje dzieciństwo i ponownie przeżywałam tamte straszne lęki a przy tym miałam dużo uświadomień i odkryć. Przypominały też mi się moje metody pracy nad sobą jakie stosowałam w poprzednich wcieleniach. I teraz już wiem że to one mnie doprowadziły do mojej obecnej rodziny.
Mój obecny ojciec- strzyga, bywał moim nauczycielem duchowym. Mam z nim m.in. guru-jogę.
Przypomniało mi się jak mnie uczył, będąc moim przełożonym w zakonie, że wystarczy jeden błąd, jeden grzech a na wieczność pójdę do piekła gdzie się będę smażyć w ogniu piekielnym. A ja codziennie siedziałam i medytowałam nad tymi słowami, bo on mi kazał nad tym rozmyślać po to aby mnie w ten sposób ochronić przed piekłem. A wbijałam to sobie do głowy, ponieważ trzeba być posłusznym przełożonym, bo nieposłuszeństwo jest grzechem.
W tym wcieleniu wystarczył jeden błąd, jeden grzech nieposłuszeństwa, a karą była śmierć z rąk ojca.
W zakonach tak mnie nakłaniali do przebaczania innym: zobacz, ty też nie jesteś doskonała, ty też popełniasz błędy, dlaczego jemu nie chcesz przebaczyć błędu? Ty też jesteś winna, to dlaczego jego obwiniasz? Obecnie mama to samo mi powtarzała i tak samo kazała przebaczać. Efekt był taki że czułam się winna i atakowałam siebie.
Zawsze mam tak że jak się pochwalę to potem albo to tracę albo spotyka mnie za to jakaś kara. Zaplanowałam sobie że się czymś pochwalę na forum i poczułam lekki lęk. Zawsze taki lęk natychmiast zduszam. Tym razem weszłam w niego z wielkim trudem i ten lęk okazał się ogromny. Przypomniałam sobie że za chwalenie się byłam bita do nieprzytomnośći. Sama to bicie zlecałam bo tak bardzo chciałam się uwolnić od pychy, przechwalania się i chełpliwośći. A że wcześniej byłam magiem ogromną ilość razy więc te cechy miałam bardzo silne i nie mogłąm sobie z nimi poradzić. Teraz na myśl o chwaleniu się, byciu lepszą od innych czuję nieprzytomny strach, bo zapamiętałam że za chwalenie się jest bicie do nieprzytomnośći. Moja rodzina bardzo pilnowała aby nie była w niczym lepsza od nich.
Usłyszałam szybką muzykę i pomyślałam że takiej muzyki słuchają głupole i poczułam lęk. Weszłam w ten lęk głębiej i przypomniało mi się jak byłam bita po głowie, też na moje zlecenie, za to że innych uważam za głupich. W ten sposób sama chciałam się oduczyć wywyższania się i myślenia że jestem od innych mądrzejsza. W tym wcieleniu ojciec mnie bił po głowie.
Najdłuższą historię ma moja walka z pychą oraz niedoskonałością. Bo jak chciałam być doskonała to od razu włączała mi się pycha, a jak chciałam być pokorna to przestawałam być doskonała.
Ten dylemat pomiędzy pychą i doskonałością dziecko musi rozwiązać w pierwszych latach swojego życia. Ja nie miałam warunków aby sobie z tym problemem poradzić w dzieciństwie i dlatego ten konflikt tkwił we mnie do tej pory.
Ja nadal nie potrafię sobie radzić z własną niedoskonałością i nie potrafię znieść tego że taka jestem. Udało mi się wejść w uczucia 2-3 letniego dziecka które wie że jest doskonałe a z drugiej strony widzi że robi błędy czyli widzi że jest niedoskonałe co jest dla jego narcystycznej natury źródłem wstydu i upokorzenia. Ja też byłam przekonana o własnej doskonałości a tu życie pokazywało cos innego co uwłączało mojej godności i było dla mnie nie do zniesienia. W kochającej się rodzinie dziecko pokonuje ten etap rozwoju i godzi się ze swoją niedoskonałością, akceptując siebie takim.
Ja nie potrafiłam się pogodzić z tym jaka jestem i staram się zmusić siebie do bycia doskonałą strachem, groźbami i atakami na siebie. Dawno temu obiecałam sobie że zabiję siebie za każdą niedoskonałość. Teraz tak bardzo nienawidzę siebie za tę niedoskonałość że miałam ochotę walić siebie po głowie z całej siły.
Boję się że jak nie będę doskonała to sobie nie poradzę.
Mój ojciec karał mnie za każdy błąd a ja za każdym razem się bałam że mnie zabije.
Gotując ryż doszłam do tego lęku.
Chciałam włożyć torebkę ugotowanego ryżu do zlewu, patrzę a tam jest woda której nie spuściłam. Poczułam lęk bo popełniłam błąd, jakim było zapomnienie o niespuszczonej wodzie. Wiadomo, należała mi się kara. Dopuściłam ten lęk do siebie i poczułam się jak mała 2 letnia dziewczynka która popełniła błąd i teraz ojciec ją za to zabije. Bo ojciec tak jak Bóg, karał za grzech śmiercią. Ten lęk był tak straszny że wtedy prawie traciłam przytomność z teraz cos dziwnego zaczęło mi się dziać w głowie.
„ Malutka …… źle zrobiła i trzeba ją za to zabić, bo niegrzeczne dzieci są zabijane. Tatuś …… tylko ciupnie głowę, tak jak kogutowi, zaprowadzi ją do klocka i tam ją ciupnie, jak będzie niegrzeczna”
Taką karę mi ojciec obiecał za bycie niedoskonałą, taką jaką ja sama kiedyś sobie obiecałam.
To było moje ostatnie wspomnienie z bardzo wielu, po którym poczułam się zmęczona i zirytowana brakiem spodziewanych zmian.
To mały wycinek z tego co ostatnio przerobiłam i mysłałam że dzięki temu poczuję się lepiej.
Cały czas myślałam że to co robię, to wchodzenie w lęki, to jest przyjmowanie moich emocji.
Wczoraj byłam już bardzo sfrustrowana brakiem zmian i czułam się okropnie, bo nie wiedziałam co jeszcze innego mogę zrobić. Moja droga zmian dobiegła do konca i nie było przede mną drogi do przodu. Moja frustracja z tego powodu sięgła zenitu, bo ja nadal się bałam przy wykonywaniu każdej czynnośći i nadal bardzo się bałam ludzi, tak że się musiałam od siebie odcinać całkowicie.
Po wielu godzinach takiej frustracji, zniechęcenia, cierpień i poczucia że nic nie dam rady zrobić więcej, doszło do mnie że powinnam zacząć przyjmować te moje brzydkie, niechciane emocje i siebie wraz z nimi. To dla mnie coś zupełnie nowego, nieznanego i bardzo bardzo trudnego. Musiałam do tego się zmusić bo inaczej się nie dało. Nie znalazłam innego wyjścia, innego sposobu aby poczuć się lepiej. I zaczęłam przyjmować te emocje bez dochodzenia do ich przyczyn powstania, czyli przyjmować siebie z tymi emocjami które mi się pojawiają. To takie trudne, bo ja takiej siebie niedoskonałej nie chcę, ale muszę to robić, bo inaczej się nie da.
I efekty się pojawiły. Czuję się lepiej i jestem bardziej zmiękczona, łagodniejsza.
W w nocy miałam sen inny niż dotąd, bo byłam w nim na wyższym poziomie astralnym a ja też byłam inna.
Śniło mi się że miałam męża, człowieka pozytywnego i uczciwego, ubranego w jasną koszulę. I miała go zapytać jak to się stało że on się ze mną ożenił, że mnie chce, pomimo że ja mam tak silne wzorce odrzucenia i nie pozwalam się do siebie zbliżyć. Jak to się dzieje że mu to nie przeszkadza.
Cieszę się że udało mi się zrobić kolejny krok do przodu, ale nie mogę spocząć na laurach tylko cały czas próbować przyjmowac te moje lęki i siebie z nimi.
-
Inga
gratulacje:)
jedno mnie zdumialo-dlaczego dalej u Ciebie "spoczęcie na laurach" jest tożsame z upadkiem?
spocząć na laurach to ukochać Siebie tą nową bez lęku i tą, która sie bala i tą Boską.
-
Dla mnie spocząć na laurach znaczy poczuć sie lepiej i odpuścić sobie pracę nad sobą. A wtedy wszystko stare powróci.
A to co ja robię jest naprawdę nieprzyjemne i daltego muszę się zmuszać do tej pracy nad sobą.
-
Inga
nie wroci to co uwolnilaś tak jak nie zmienisz sie z powrotem przykladowo w niemowlaka choć dzieki temu odzyskujesz utraconą w tym przykladowym niemowlęctwie część Ciebie. A docenienie tego co zrobilaś-możesz mieć opory, zwlaszcza jeśli szczędzono Ci pochwał. Właśnie dlatego chwal Siebie i nie bądź dla Siebie tak surowa tak jak byli inni. Nie wykazuj się przed Sobą, nie podnos Sobie poprzeczki ale ukochaj Siebie najpiękniej, najmądrzej i najczulej jak potrafisz. Wiem, że potrafisz:)To nie zamyka, to otwiera i to bardzo. Otwiera na energię wsparcia. Już nie jesteś tym przestraszonym dzieckiem, jesteś Kobietą, którą daje się kochać z jej przeszlością. O tym był też ten sen
-
Inga - dziękuję, że to napisałaś.
I gratuluję :-)
"I efekty się pojawiły. Czuję się lepiej i jestem bardziej zmiękczona, łagodniejsza.
W w nocy miałam sen inny niż dotąd, bo byłam w nim na wyższym poziomie astralnym a ja też byłam inna.
Śniło mi się że miałam męża, człowieka pozytywnego i uczciwego, ubranego w jasną koszulę. I miała go zapytać jak to się stało że on się ze mną ożenił, że mnie chce, pomimo że ja mam tak silne wzorce odrzucenia i nie pozwalam się do siebie zbliżyć. Jak to się dzieje że mu to nie przeszkadza.
Cieszę się że udało mi się zrobić kolejny krok do przodu (...)"
Fajny ten sen:) Coś mi uświadomił, tzn. to co mi sny w tym temacie przekazują i chyba już wiem dzięki tej inspiracji, co sama warto bym uzdrowiła :)
-
Dzisiaj zaczęłam tak wchodzić w odczucia i emocje podczas codziennych czynności - przy sprzątaniu zaczęła mi wychodzić silna samotność i porzucenie...miałam takie poczucie, że jestem zupełnie sama z moim życiem, że sama muszę sobie poradzić, zorganizować przyszłość, bo inaczej nikt oprócz matki mi nie pomoże. Dzisiaj spróbuję to dalej rozbić, doświadczyć głębiej o co chodzi. Czasami chciałabym to wszystko rzucić - schować się, wyjechać i zapomnieć o tym, że trzeba zarabiać, sprzątać, być w codzienności. Jeszcze piszę artykuł na zlecenie i nie mam na to weny.
-
W moim rozwoju duchowym o tyle dobre było to, że zawsze chciałam być szczera ze sobą. Gdy czułam depresję, to po prostu byłam depresją i chodziłam tak, dopóki coś do mnie nie dotarło, dopóki nie zrozumiałam. Nie hamuję emocji, uczuć - coraz naturalniej je wyrażam. Nie potrafię się nie złościć w sytuacji gdy czuję właśnie złość. To chyba sprawiło, że przez te wszystkie lata nie rozchorowałam się. Uświadomiłam sobie, że mam słabe mechanizmy obronne. Nie potrafię czegoś tłumić, wypierać, bo zaraz to do mnie wraca, chce się oczyścić, wydostać. Nie potrafię tego długo utrzymać. Wybucham płaczem, złością, wchodzę w swoje przeżycia. Partner powiedział, że jest to rzadkie, że dziwi się, temu jak odreagowuję. Nauczyłam się takiego sposobu, bo najczęściej byłam sama z tym co mnie boli. Siedziałam przed komputerem i płakałam wieczorami. Przywiązałam się do takiego sposobu przynoszenia sobie ulgi. Dlatego bliskie jest mi rozładowanie emocji, nie mogę długo z czymś wytrzymać. Chcę o tym rozmawiac, mówić, wyrzucać z siebie.
-
Mam podobnie z tymi emocjami - z tym, że z początku nie czułem się z tym dobrze i swobodnie z powodu moich białych wzorców i udawania lepszego niż się jest. W dodatku z początku szły jeszcze pociski od mojego karmicznego mistrza, że jak tak wchodzę w te emocje to są jakieś moje niebieskie jazdy, że wcale nie uzdrawiam a jedynie się nakręcam, itp. Wierzyłem w te przekonania i przez dość długi czas źle się czułem ze swoimi wywalankami emocjonalnymi, z częstymi huśtawkami nastrojów. Myślałem, że jestem ostro popieprzony skoro potrafię tak często przechodzić od skrajnej radości do skrajnej depresji - tu oczywiste była kwestia DDA, ale problem nie był aż tak wielki, jak to co sobie ubzdurałem.
Z czasem jednak mi się stosunek do tego wszystkiego uzdrawiał, a ja coraz bardziej pozwalałem sobie na przejawianie swoich negatywnych emocji, dzięki czemu na co dzień czułem się coraz lepiej i lepiej. Teraz pozwalam sobie swobodnie na uzdrawiające odreagowywanie swoich emocji, które dla osoby postronnej wyglądałoby tak, jakbym miał jakieś problemy psychiczne. Pozwalam sobie wchodzić w swoje emocje, poczuć je całym sobą, naprężać z całych sił ciało, wrzeszczeć z całych sił w myślach, bić poduszkę i co tam jeszcze mi się zachce w granicach rozsądku. Wszystko to przy jednoczesnym obserwowaniu całego procesu i dochodzeniu do źródła tych emocji. Idę sobie w ten sposób od emocji do emocji, aż poczuje ulgę - czasami wspomagam się modlitwą, EFT czy regresingiem, a ostatnio także wahadłem OM, które jest naprawdę super do tego typu odreagowań.
-
Inga
Duży krok do przodu. Fajnie że sobie to uświadamiasz i dzielisz się.
-
Jestem zadowolona bo ta zmiana jest rzeczywista. Wczoraj jak nigdy dotąd udało mi się bardzo dużo zrobić w domu, bo wczesniej silne ataki lęku nie pozwalały mi na pracę, którą musiałam przerywać. Wczoraj też się cały czas bałam, wchodziłam w te lęki, one mijały o potem pojawiały się nowe. I tak przez wiele godzin, przez cały okres pracy.
Róznica była taka że tym razem nie byłam cofana do dzieciństwa a lęki były lżejsze. I jestem zadowolona że pozwoliłam sobie na wykonanie tak dużo pracy, z tego że mogłam nadrobić wszystkie zaległości, że sobie posprzątałam ładnie mieszkanie i teraz mam tak czysto i przyjemnie. Jakie to wspaniałe że chce się cos zrobić i udaje się to zrobić.
Chcieć i móc. To jest to o co mi chodzi.
Dlatego ja nie bardzo wierzę że jest coś takiego jak lenistwo. Wg mnie niechęć do pracy wynika z jakichs zakazów lub czegoś podobnego.
Dzisiaj chciałabym zakisić buraki i zmielić skorupki. Sama myśl o tym mnie przeraża, bo nie wiem czy dam radę. Mam silne zakazy robienie tego co nie jest konieczne do przetrwania i bez czego mogłabym się obejść. Dlatego sprzątać mogę tylko przed swiętami, bo wiem że wtedy wolno bo wszyscy tak robią i tak trzeba a do jedzenia mogę sobie robić tylko to co zjada się na posiłek.
Mama krzyczała żebym sprzątała a ojciec klął za to że sprzątam. A teraz cokolwiek zrobię to zawsze jest źle.
A dzisiaj pomyślałam o tym że powinnam przyjmować siebie i uświadomiłam sobie że to się wiąże z tym że tak samo będę musiała przyjmować ludzi. Bo ja bedąc całkowicie odcięta od siebie równocześnie tak samo jestem odcięta od ludzi. I z tego powodu tak się ich boję.
No i poczułam niechęć, bo ja nie chcę przyjmować ludzi, nie chcę się do nich zbliżać, nie chcę ich akceptować, nie chcę od nich uczuć. Tak jakbym czuła obrzydzenie do uczuć.
-
Inga,
gratulacje i do przodu! :))
fajnie poczytać o takich realnych zmianach
-
Inga,
Twój opis sytuacji jest mi bardzo bliski. Moi rodzice w podobny sposób traktowali mnie. Teraz nie potrafię odpoczywać, próbuję coś osiągać dziwnymi sposobami. Tylko się męczę, zamiast konkretnie, dobrze posprzątać. Denerwuję się i robię to mało efektywnie, bo mam emocje. Najbardziej pomogło mi uświadomienie sobie i zaakceptowanie, że mogę popełniać błędy i mam prawo do tego, aby się uczyć. Uczyć się wszystkiego od podstaw; życia, sprzątania, gotowania. I tak sobie pozwalam, aż to wszystko zaczęło nabierać większego tempa, moje emocje i lęki przed ukaraniem uwalniają się. Nie jest to temat do końca uzdrowiony, ale już jest znacznie pozytywniej. Ostatni tydzień był lepszy niż zwykle.
U Ciebie super, że też widać i czuć realne zmiany :)
-
Ja tak samo się czuję, jak małe dziecko które musi się wszystkiego uczyć od podstaw.
Bo tak naprawdę to ja nie umiem nic, a wszystko co teraz robię, robię na zasadzie naśladownictwa, przymusu, w lękach, nie rozumiejąc tego.
-
Inga
Nie przejmuj sie ja tez ostatnio dowiedzialam sie tutaj na forum,ze opisujac swoje problemy i uwazajac je za wazne,zachowuje sie jak 3 letnie dziecko ,ktore chce misia:)))
-
Dla każdego jego własne problemy, jakie by nie były , są najwazniejsze i domagają się poważnego potraktowania i rozwiązania.
Nie widziałam tego wpisu tak że nie wiem czy był żartobliwy czy krytyczny.
-
Semira
chodzilo o Twoją przytomnośc, a nie o Twój problem wiec nie odwracaj kota ogonem
-
Iustitia
:))))
-
Inga,
to taka iluzja, że nic nie potrafisz. Jesteś młoda, zdolna i wiele przed Tobą. Po prostu masz silne emocje i złe skojarzenia związane z paroma tematami. Trudno się czasami przez to przebić :)
-
Inga
ma rację Black Rose. Masz silne moce, ktorymi za często probowali zawladnąć inni Twoim kosztem stąd te cierpienia, dzialania na mózgu, etc Jesteś bezpieczna z każdym darem i z każdego daru umiesz korzystać z ND:)wiesz o tym
-
BlackRose
Miło że tak myślisz.
Iustitia
Chyba masz rację z tymi mocami i chęcią zawładniecia nimi przez innych, odebrania mi ich.
Dzięki za podpowiedź.
Coś mi się przypomina że tak byłam napastowana i tak były mi one zazdroszczone że robiłam wszystko aby je stracić i mieć spokój.
Teraz te moce kojarzą mi się z zagrożeniem i wypełniają mnie lękiem.
Żeby tylko nie być lepszą od innych.
-
To ja wyznam, że zmienił mi się sposób uzdrawiania, stosuję te same techniki, choć w sumie ciągle poszerzam i dodaję nowe, testuję, miksuję, sprawdzam, ale generalnie chodzi o to, że nie wkładam w to już tyle wysiłku. To dziwne, ale idzie mi w miarę lekko, czuję jak mi się też poszerzyła czakra gardła, właśnie pod kątem lekkiego uzdrawiania. Mimo, że uzdrawiam traumy, to nie są one już dla mnie tak traumatyczne jak kiedyś. Jestem ich świadoma, nawet lubię w nie wchodzić i uzdrawiać. Własne obciążenia nie ciążą mi tak jak kiedyś, teraz są i wiem, że trzeba je uzdrowić, ale biorę je raczej na spokojnie.
Jedyne co, to moja podświadomość gubi się trochę w życiu bez traum, nie wie za bardzo co i jak robić, choć dzisiaj poczułam inspirację, że właśnie to jest idealny stan do działania, że trzeba go wykorzystywać na działanie. I tu mi się nasuwa pomysł by robić coś dla ludzi, by wyjść do nich z jakąś propozycją, ale jeszcze nie wiem co to ma być dokładnie.
-
Inga
wiesz, ze wszystkie Aniolki potencjalnie mają te same moce, a skoro tak to po co czekać z przejawianiem własnych aż im się zachce?:)Jest Twój czas to działasz:)
-
właśnie że nie wiem i dlatego czuję się winna że ja bardziej zostałam obdarowana i z tego powodu próbuję innych zasilać aby ich wzmocnić.
-
Inga
milość do innych to również zostawienie ich samym sobie jeśli tak chcą. Patrzyłaś na to od tej strony-może już starczy ciągnięcia innych wlasnym kosztem?Chcą korzystać to niech sie ruszą, a nie żerują
-
To w takim razie dlaczego ludzie mnie ciągle obwiniają i mają pretensje że jestem od nich lepsza.
A ja staram się ciagle zaniżać aby im nie sprawiać przykrośći?
-
A jak Cię inaczej zmusić do tyrania na innych?wysylali presje przez wcielenia i dzialały to nic dziwnego, ze myśl o wysilku i ruszenia d..y z miejsca ich przerasta. Przyzwyczaili się do lenistwa, a przerażenie ich ogarnia, że musieliby w końcu coś robić. Za glaski jaka jesteś potrzebna dalaś się wmanipulować. Na szczęście Bóg Cię kocha i ma dla Ciebie cos lepszego i są istoty, które Cię kochają już teraz tylko dlatego, ze istniejesz. Przyjmij to co najlepsze:)teraz.
A jak kiedyś tamci będą chcieli pomocy to Bog im pomoże. Skutecznie. I nikt na tej Bożej pomocy nie ucierpi.
-
To w takim razie dlaczego ludzie mnie ciągle obwiniają i mają pretensje że jestem od nich lepsza.
A ja staram się ciagle zaniżać aby im nie sprawiać przykrośći?
Jak ciągle masz poczucie winy za to, że jesteś lepsza, to cię cały czas obwiniają.
Puść to poczucie winy, poczuj się w porządku z mocami, z tym że w czymś jesteś lepsza od innych, zaakceptuj to.
No chyba, że się boisz, że ego ci się rozrośnie i pycha wypełni. Ale to też do puszczenia :)
-
Felicite
Może lepiej napisz w tym wątku o swojej metodzie pracy z afirmacjami, tak aby inni, którzy zjawią się później na tym forum też mogli z tego skorzystać.
-
Inga,
nie chcę tego zamieszczać na forum. To nic osobistego, ani tym bardziej wstydliwego, ale teraz pracuję nad prawem do prywatności i poczułam, że po prostu nie mam ochoty wystawiać tego na widok publiczny. Bez żadnej konkretnej przyczyny, po prostu tak wolę :)
A argument, że może "innym się przyda" i robienie czegoś, bo być może w przyszłości ktoś inny na tym skorzysta, nie działa już na mnie. Teraz wydaje mi się to takie bezproduktywne. A kiedyś takie działanie było dla mnie prawie jak odruch bezwarunkowy ;)
Heh, fajnie przekonać się w praktyce o tym, jak wiele pozmieniało się w moim światopoglądzie :)
-
Felicite, ja też poproszę :)))
Super idziesz do przodu !! motywujesz mnie bo ostatnio mocno przystopowałam
-
Satja :)
Heh, ja w sumie też przystopowałam (w porównaniu z tym, co robiłam jeszcze niedawno). Ale gdy pojawia mi się chęć, by sobie to wyrzucać i nacisnąć na gaz, to na szczęście zaczynam kapować, że to jakiś autodestrukcyjny program pt. "powinnaś to, powinnaś tamto" (alias "oświeceniowa sraczka") uruchomił się w mojej głowie. I sobie odpuszczam :)))
Wtedy było to konieczne i - przede wszystkim - mi się chciało (cieszyło mnie), a teraz chce mi się byczyć. Więc się byczę :D
Pewnie, że wyślę. Pozdro, Anu :D
-
Bycie szczerym wobec siebie opiera się na tym samym co bycie szczerym wobec innych ludzi. Moja droga duchowa to rozwijanie tej szczerości starając się trzymać równowagę między byciem szczerym do siebie i do innych ludzi.
-
Czy macie jakąś kolejność tego nad czym pracujecie. Czy jest jakaś zalecana kolejność oczyszczania? Bo ja mam tyle tego że nie wiem w co „ręce włożyć” i najchętniej to pracowałabym nad wszystkim.
-
Felicite
To w takim razie ja też poproszę
-
Kaja
Czy macie jakąś kolejność tego nad czym pracujecie.
Ja proponuję zacząć od bezpieczeństwa, bo ono daje Ci poczucie, że jesteś chroniona a to jest bardzo ważne. Jeśli później będą się pojawiać jakieś lęki, to jednocześnie bedziesz miała poczucie, że nic Ci nie grozi.
Jeśli chodzi o jakieś konkretne problemy to zająć się jednym, najlepiej zacząć od wybaczenia tego problemu rodzicom lub innym, że Ci "odtwarzali", wyrządzili, traktowali itp. potem może być potrzeba też sobie wybaczyć.
Następnie pełna akceptacja siebie nawet gdy jest "to czy tamto..." czyli poczuć się z tym dobrze i bezpiecznie. Nie uzależniać od tego swojej samooceny.
Pozwolenie sobie na przeżywanie emocji z tym związanych
Afirmowanie czegoś pozytywnego.
-
Moja droga jest tam gdzie stawiam mój następny krok :)
-
Kaja,
na moje oko najwłaściwiej i najkorzystniej byłoby gdybyś teraz pracowała nad uwalnianiem poczucia winy, w tych tematach, w których ono wychodzi. Wg TU i Levensona to emocja, która zaraz po wstydzie jest najbardziej obciążającą i w sumie mogę się z tym zgodzić.
Sama kiedyś miałam bardzo duże obciążenia poczucia winy i wiem jak to potrafi skutecznie blokować, hamować i mimo ruszanych innych tematów, nie zmieniać za dużo w życiu.
-
Kaja,
moja kolejność to praca nad tym, co aktualnie doskwiera najbardziej.
Jeśli nie wiesz od czego zacząć, to dokończ tę myśl: ze wszystkich moich problemów z jakimi aktualnie się borykam, najbardziej doskwiera mi ....
:-)
-
Ja czuję, że należy rozwiązać sytuację w której - moje reakcje są dla kogoś denerwujące, które są denerwujące dla mnie lub zabarwione emocjonalnie i powielają się po raz któryś. To jest codzienność, w której trzeba działać intuicyjnie, pracować nad tym co poprawia jakość życia i samopoczucia. Przykładowo jak każdego dnia powtarza się moje znerwicowanie przy myciu naczyń i poczucie pozostawienia ze wszystkim samą - dostaję komunikat, że warto by wejść w te odczucia głębiej. Staram się wyłapywać powtarzalne sytuacje oraz reakcje w moim zyciu i zmieniać moje nastawienie emocjonalne co do nich lub po prostu koncentrować się na czymś korzystniejszym :) Nad tematami bezpieczeństwa, niewiności zawsze warto pracować, ale wiem, że to tematy rzeka i dzięki nim następuje wylanie wielu problemów. Można więc zaczynać od ogólnego tematu i potem uzdrawiać co wychodzi, lub wynajdywać sytuacje, problemy które opisałam jak wyżej, poprzez obserwację siebie :)
-
Felicite
To w takim razie ja też poproszę
Inga, nie ma sprawy :)
-
Inga,
nie chcę tego zamieszczać na forum. To nic osobistego, ani tym bardziej wstydliwego, ale teraz pracuję nad prawem do prywatności i poczułam, że po prostu nie mam ochoty wystawiać tego na widok publiczny. Bez żadnej konkretnej przyczyny, po prostu tak wolę :)
A argument, że może "innym się przyda" i robienie czegoś, bo być może w przyszłości ktoś inny na tym skorzysta, nie działa już na mnie. Teraz wydaje mi się to takie bezproduktywne. A kiedyś takie działanie było dla mnie prawie jak odruch bezwarunkowy ;)
Heh, fajnie przekonać się w praktyce o tym, jak wiele pozmieniało się w moim światopoglądzie :)
Dobra, prawo do prywatności przepracowane, z grubsza :). Tamta odmowa bardzo pomogła mi ustalić i obronić swoje granice. Teraz mogę bez żadnych oporów zamieścić na forum opis mojej metody pracy z afirmacjami. Faktycznie, będzie dużo mniej pracy niż przy rozsyłaniu każdemu z osobna :)
***
Moim celem jest całkowita wolność: od wszelkiego rodzaju przymusów (wewnętrznych i zewnętrznych), dostosowania społecznego, fałszywych przekonań, itd. Afki stosuję, by wywołać szok poznawczy: tj. jeśli mam podejrzenie, że coś mi moją wolność ogranicza, wtedy formułuję odpowiednią afirmację i obserwuję swoją reakcję (czyli nie traktuję tego jako prawdy, ale jako temat do zbadania). Jeśli nastąpi dysonans, tzn. że coś jest na rzeczy i że trzeba się w to zagadnienie wgłębić. No i się wgłębiam, obserwuję, uwalniam :)
Przede wszystkim nie robię czegoś takiego, jak zaleca większość poradników, że jeśli coś ci się w sobie nie podoba, to zaneguj to i afirmuj przeciwieństwo. Np. myślę, że jestem brzydka i głupia, a chcę być piękna i mądra, więc wystarczy się przekonać, że taka jestem, i po sprawie.
Takie podejście moim zdaniem bardzo blokuje na kontakt ze swoimi uczuciami, a przez to z sobą prawdziwym. Zauważyłam, że lepiej mi się opłaca pozwolić trwać uczuciom, które wywołuje przekonanie, że jestem brzydka i głupia. Wgłębiam się w te uczucie, akceptuję, że tak jest (że taka jestem, że tak o sobie myślę). I co zauważam? Że to tylko etykietki (ładna-brzydka, mądra-głupia, itd.), że buntowałam się przeciwko przylepianiu mi ich. Że chciałam być ładna i mądra, bo chciałam być aprobowana przez innych i przez siebie. Czyli chciałam się dostosować do zbiorowych wyobrażeń. Taka była cena mojego dobrego samopoczucia. Ogromna cena.
I gdy coś takiego wytropię, przychodzi czas na afirmacje: „Nie muszę być ładna, żeby być kochana”, „Nie musisz być ładna, nie musisz być mądra, jak i tak Ciebie kocham najbardziej na świecie :)”
Nawet taką piosenkę sobie nagrałam na dyktafonie :)
Potem zazwyczaj przychodzi czas na „Nie musisz być brzydka, nie musisz być głupia…”.
[Nie stosuję afek do przeprogramowywania podświadomości, więc nie muszę się martwić o słowo „nie” w ich treści. Działam jakby na innym poziomie świadomości, więc negatywne słowa nie mają tu znaczenia: Chodzi tu tylko i wyłącznie o przekaz z nich płynący]
Nie piszę afirmacji po ileś tam razy, często nawet wcale ich nie piszę. Mówię sobie coś i obserwuję swoją reakcję. A to, co mi wychodzi „załatwiam” techniką uwalniania, tj. obserwuję, pozwalam temu trwać, uwalniam i coraz więcej sobie uświadamiam.
A kiedy staję się wolna od przymusów, to wtedy mogę postrzegać siebie jako piękną i mądrą osobę, ale już na zupełnie innych zasadach. Czyli wybieram to, co sprawia mi radość, a nie to, co pozwoli mi uniknąć cierpienia. To wielka różnica :)
Ostatnio zauważyłam, że coś mnie denerwuje w ludziach, mianowicie ich głupota i niska świadomość, a do tego przemądrzałość. W stanie relaksu pomyślałam: skąd to się bierze? Ano stąd, że w nich czuję siebie, swoją głupotę, niską świadomość i przemądrzałość. Tyle że to wszystko we mnie zepchnęłam tak głęboko, że w sobie tego nie widzę i dlatego tak denerwuje mnie to u innych. Bo przypomina o czymś, o czym chcę zapomnieć.
No więc poszłam tym tropem dalej: Pomyślałam sobie, dlaczego spycham tak bardzo tę część siebie, która reprezentuje głupotę i przemądrzałość? Przecież to obiektywnie nic złego. Nie jest tak, że głupota jest zła, a mądrość dobra, przemądrzałość to tak samo nic złego, to tylko ja oceniam tak z pozycji swojego ograniczającego umysłu. Co mi daje taka ocena, dlaczego tak bardzo boję się siebie głupiej? Co by się stało, gdybym pozwoliła sobie być głupia?
No i zorientowałam się, że chodzi o społeczną aprobatę. Pragnę aprobaty, dlatego chcę być taka, jaką chcą mnie ludzie. A chcą mądrą, a nie głupią.
Weszłam w to głębiej i okazało się, że ci ludzie to przede wszystkim rodzice. Przypomniałam sobie, że w naszym domu jedną z największych wartości była mądrość i wiedza. Gdy czegoś nie wiedziałam, wtedy ojciec dziwił się, że „Haniu! Jak to! To ty tego nie wiesz?”, a mnie było wstyd i byłam zła na niego, że tak mnie deprymuje.
Natomiast przewinieniem była przemądrzałość (na tym polu tłamsiła mnie z kolei mama).
A więc gdy nie widziałam, było źle, bo – w domyśle – byłam głupia. Gdy wiedziałam lepiej od rodziców, też było źle, bo – w domyśle – byłam przemądrzała. Tak źle i tak niedobrze.
No i rozwiązanie miałam gotowe: spychałam tę część siebie, którą uważałam za głupią i przemądrzałą, bo pragnęłam aprobaty (miłości) rodziców.
Teraz pozostało mi tylko zaakceptować tę część siebie, zaakceptować głupotę w sobie (i przemądrzałość). To dłuższy i głębszy proces, ale pomagam sobie w tym afirmacją wpisaną na telefonie „Haniu, możesz być głupia, przemądrzała i nic nie wiedzieć. Ja i tak Cię kocham” (lubię zwracać się do siebie tak, jakbym zwracała się do dziecka w sobie, bo wtedy wchodzę w rolę kochającego rodzica, którego zawsze mi brakowało).
Afirmacja to tylko pomoc. Większość moich działań skupia się na tym, żeby jak najczęściej pozwalać sobie na wyciągnięcie z mroków podświadomości moją „głupią” część siebie i wytrzymywanie uczucia, że mogę być z tego powodu przez kogoś odrzucona. Chodzi o zaprzyjaźnienie się z tą swoją częścią siebie, poznanie jej. I „wypięcie się” na to, co o mnie myślą inni. Po jakimś czasie okazuje się, że to przestaje mieć znaczenie, że odrzucenie, nawet jeśli jest tylko wyimaginowane, nie jest takie straszne, a ta część mnie, którą uważałam za głupią, wcale taka nie jest i nigdy nie była. Tylko ja miałam o niej takie zdanie.
Żeby to zmienić, wystarczyło się jej przyjrzeć, bez lęków i uprzedzeń :)
-
Felicite
Dziekuje:)Genialny post:))Postaram sie go wydrukowac lub nawet przepisac i to bedzie moj codzienny przypominacz:)
-
Semira, cieszę się, że Ci się przydał :))
-
Felicite prawdziwa z Ciebie obserwatorka; -) dziękuję,że napisałaś w jaki sposób pracujesz;) Wychodzi coś, wyciągasz to jeszcze bardziej , przyglądasz się temu, akceptujesz. Piękne. Będę do tego wracać.
-
Felicite
Dzięki za tego posta.
Ja powiem od siebie, że aby poznać emocje, które jeszcze mi się nie ujawniły używam EFT. Np. boli mnie głowa, ale nie ma jeszcze na wierzchu emocji więc stosuję EFT i emocje pojawiają się.
-
Feli :) Fajny post.
Weszłam w to głębiej i okazało się, że ci ludzie to przede wszystkim rodzice. Przypomniałam sobie, że w naszym domu jedną z największych wartości była mądrość i wiedza. Gdy czegoś nie wiedziałam, wtedy ojciec dziwił się, że „Haniu! Jak to! To ty tego nie wiesz?”, a mnie było wstyd i byłam zła na niego, że tak mnie deprymuje.
Natomiast przewinieniem była przemądrzałość (na tym polu tłamsiła mnie z kolei mama).
Mój ojciec czasem mówił "Czy ty sama nie umiesz myśleć?" Zawstydzał mnie tym bardzo. A ja teraz próbuje sobie i innym udowodnić, że jednak sama umiem myśleć, że jestem bystra i inteligentna. A gdzieś tam w środku tłucze się przekonanie - a guzik jesteś głupia. Stąd może tak bolą porażki, bo symbolizują moje przekonanie o głupocie i braku umiejętności samodzielnego myślenia, może też stąd parcie na udowadnianie, że dam sobie radę sama i wstyd przed proszeniem o pomoc i przyznaniem się, że czegoś nie wiem, nie umiem.
-
Feli
Ja też Ci dziękuję, że się tym podzieliłaś.
Lubię Twój sposób myślenia:)
-
Feli
Ciekawa metoda a jak działa to dla Ciebie chyba najlepsza, mimo ,że "niepodręcznikowa".
Rozszerzanie świadomości i akceptacja (miłość) to przecież podstawy rozwoju duchowego .W gruncie rzeczy wszystkie metody powinny prowadzić do tego samego -odkrycia siebie prawdziwych poza wszelkimi uwarunkowaniami społecznymi ,karmicznymi ,wyobrażeniowymi .
-
Felicite,
fajnie że znalazłaś "swoją" metodę i drogę do Siebie :))
-
Felicite :))
ja również dziękuję za te informacje......uważam Cię za madrą, kreatywną i zdecydowanie myślącą osobę :)) cieszę się ze tutaj jesteś
fajnie połączyłas metody naukowe z nienaukowymi. po prostu super....nie zatrzymałaś się na etapie ezoteryki "bo tak kazali" tylko szukasz, łączysz, myślisz.... a efekty mówią same za siebie
-
Mój rozwój duchowy tak naprawdę zwiększył tempa, kiedy zrozumiałam ze powinien być dostosowany do życia i zdarzeń, wykorzystywania właśnie ich do uwalniania się od kolejnych błędnych wyobrażeń. Zawsze miałam problemy z chaosem w głowie więc praktyka podstawowa to uważność i przywoływanie się do tu i teraz.
W moim rozwoju nie ma przewodniej techniki, jeżeli czuję potrzebę stosuję Reiki, czasami siadam i piszę - rozmawiam z podświadomością, kiedy odczuwam poszerzony stan świadomości modlę się, jedyny temat który u minie wymaga tego żeby do niego "przysiąść" to samoocena, ale tu coraz większe efekty widzę podczas rozmów z podświadomością i oczyszczaniem intencji wobec siebie samej. Natomiast praktykę czystego umysłu osiągam podczas jazdy na rowerze i koncentracji na punkcie hara, wyobrażam sobie że wychodzi z niego moja siła do pedałowania :) polecam można w ten sposób przejechać spory kawałek bez zmęczenia, zgromadzić sporo energii i odciążyć główkę z myślokształtów.
-
Do mnie przyjechala moja mama, razem siedzimy i duzo dyskutujemy i rozmawiamy. Na poczatku pazdziernika zaraz po przyjezdzie mama rozchorowala sie razem z moim mezem i ich pielgnowalam. Maz dziwil sie jak to ja nie jestem chora?? i wyczekiwal u mnie pierwszych oznak choroby. Ja sie bronilam, ale fakt bylam zestresowana i troche przeciazona...moze ucieklam przed zmianami w chorobe? Mojej mamie pokazalam EFT i czyta nawet ksiazke EFT i bol plecow, bo mala operacje na kregoslup z tym ze boli ja cale biodro i chodzi krzywa..
ja ciagle zastanawiam sie jak jej pomoc itd...moze czuje sie zbyt odpowiedzialna za to, ze inni cierpia a ja nie. Zreszta kodowalam sobie duzo od mamy wzorcow chorob i chorowalam zawsze prawie tak jak ona duzo i czesto. Teraz buntuje sie i szukam innych metod...prosze ja i przekonuje...ale nieraz i tak to na niewiele sie zdaje...bo ona nie rozumie wielu rzeczy.
Nie obwiniam jej ale wolalabym jej ulzyc w cierpieniu. Choc nie mam takiego parcia na zbawianie innych, kiedy oni tego nie chca. W koncu sie z tego wyleczylam.
Wczoraj kupilam ziola szwedzkie Marii Treben i pijemy wspolnie....mysle ze troche pomoga.
Wiec lezalam w lozku i spedzalam czas z mama..bo mialam pare dni wolnych ale dzis powiedzialam dosc !!!- siadam do kompa...zapalilam swieczke w intencji zdrowia i okadzilam sie biala szalwia...wlaczylam sobie " o mani Padme Hum"i czuje sie lepiej ;) Jestem w moim zywiole...tak wyglada moj rozwoj, moje zycie.Sama do tego doszlam.
Moj rozwoj duchowy pomogl mi zakceptowac rzeczy, ktore uwazalam,za niezmienialne- teraz walcze z chorymi myslami i nie poddaje sie....trzymam sie prawdy...ze moja prawdziwa natura jest zdrowie, harmonia,milosc,moc i ze Bog mnie kocha... to mi wystarcza....jestem szczesliwa nawet wtedy, kiedy moje cialo choruje- ja go rozumiem, pomagam mu i zyje tu i teraz i jest mi dobrze....ciesze sie na lepsze jutro...bo wiem, ze ide dobra droga...
-
Dziękuję Wam za miłe słowa :)))*
Teraz widzę, że jeśli chodzi o afki (i nie tylko), to działam zgodnie ze słowami, które kiedyś zrobiły na mnie ogromne wrażenie i które wzięłam sobie do serca: "Nic nie muszę, wszystko mogę". Gdy po raz pierwszy je przeczytałam, były dla mnie totalną abstrakcją, bo było dokładnie na odwrót: nic nie mogłam i wszystko musiałam. Ale dzięki temu, że zachwyciła mnie wizja życia zgodnie z tą maksymą i konsekwentnie dążyłam do jej urzeczywistnienia, to się zmieniło :D
Heh, teraz sobie przypomniałam, że jeszcze niedawno prawie wszystkie moje afki zaczynały się przede wszystkim od "Mogę…", "Mam prawo…" i "Pozawalam sobie…". Uświadamiałam sobie, że mam prawo dosłownie do wszystkiego, do wszystkich "dobrych" i do wszystkich "złych" rzeczy, ale ponieważ "nic nie muszę", to i nie musiałam wybierać wszystkiego (mogłam wybierać tylko to, na co miałam ochotę).
Potem przyszła pora na "Nie muszę…". A dziś znów natchnęło mnie w medytacji do uświadomienia sobie, że mam prawo do szacunku. Po raz kolejny, ale już w całkiem nowej odsłonie :)
Tak więc wszystko mogę, nic nie muszę :)))
Jola, dużo zdrówka :)
-
Fel, lubie czytac jak piszesz o swoich przemyśleniach. Pozdrawiam ciepło :)
Ja pracuję nad soba naprawdę na różne sposoby, chociaz ostatnio no1 to jest Technika Uwalniania, ale równiez chetnie się inspiruję, róznymi ciekawymi przemyśleniami.
Na dzisiaj bardzo mnie to zainspirowało: http://www.pozaschematy.pl/2007/02/17/zamki-na-piasku-jak-dac-odejsc-staremu/
-
Wczoraj bylam na spotkaniu wyznawcow "Paramahamsa Jogananda" ten co napisal "Autobiografie Jogina". Wyszlo od mojej szefowaej, ktora praktykuje ta droge juz od 40 lat....
ok ona moze robic co chce, ale to nie znaczy, ze ja musze tez tobic co oni robia i wierzyc w ich prawdy. Wyladowalam w Aschaffenburgu, wstep byl wolny...bylo jakies 300 ludzi (nawet mili)
i mnich z Ameryki robil wyklad na temat medytacji....to byly podstawy..i dla mnie super...ale ci ludzie ponoc medytuja codziennie juz od 40 lat...wiec po kiego grzyba im rady jak nie usnac w czysie medytacji???? ;)
ok...nie bede krytykowac, ale ich mantr nie chcialo mi sie spiewac....pytalam sie po co to jestem???? jeszcze nie dostalam odpowiedzi...;)
Niedawno bylam u Mormonow, teraz Jonaganda...mam poznac wszystkie religie i odlamy religinje na wlasnej skorze?
Niewazne.....jednak po wykladzie byla wspolna medytacja i bylo fajnie...potem spiewali wszyscy "om guru om guru" a ja mysle...kurde..to nie moj guru...ja nie naleze do nich...nie moglam sie poddac i ciagle wew.sie przeciwstawialam.....tzn. wydalo mi sie jasne, ze to nie moj swiat...portrety ludzi, do ktorych oni sie modla.( byl tam portet Jezusa) ok ale inni?...nie znam sie na tym i nawet nie chce poznawac.
Wiec uznalam, ze kazdy ma prawo wierzyc w co che...byle byl szczesliwy, a ja poczulam sie z moimi przekonaniami tak dobrze i bezpiecznie...ze az mi milo na duszy bylo. Bo czy ktos powiedzial, ze kazdy musi cos praktykowac i miec swojego guru....? Ja mam Boga i ludzi, ktorzy mnie inspirujuja...jedni wiecej inni mniej ...ale lepiej jak pozostane bezpartyjna ha ha...wolna na calego !!!
Haniu dzieki juz mi lepiej - lecze sie ziolami szwedzkimi od Marii Treben...sa odlotowe- dobre na wszystko ;)
-
Jolanta
Możesz przekazać dobrą wiadomość dla szefowej, gdyż Jogananda ponownie się narodził i teraz mieszka w Niemczech. Ma tam swój aszram, a nazywa się Swami Vishwananda.
-
Forum wytrzymało prawie rok, to w sumie niezły wynik ;)
Rejestracja Bubu za 5... 4.... 3...
-
Deva ;)
to fajne co piszesz, ale nie wiem czy bedzie chciala mi uwierzyc, bo ona wierzy tylko w to co jej sie samej wydaje, a nie w co nalezaloby wierzyc. Ona uwaza sie za wszechwiadzaca...i najmadrzejsza...wiec pytanie czemu ona tego sama nie wie? Czemu Ty to wiesz, a nie ona? i czemu nie siedzi w jego asramie jeszcze???? ;))))))
Kazdy ma swoja droge...ona nam i innym wyrzuca, ze my w pierdoly wierzymy...a nie w to co ona nam karze....jest nieraz bardzo groteskowo..ale tak bywa...dzieki za podpowiedz...
w miedzyczasie czytalam o jego zyciorysie i okazalo sie, ze mieszkam od jego asramu 122 km drogi. Niezle, ciekawa jestem,czy on wie o swoim poprzednim zyciu, kim byl i ze wiele ludzi wokol niego zyje i modli sie do jego innej podobizny/poprzedniego wcielenia....ciekawe jak to jest? miec taka swiadomosc...albo lepiej nie wiedziec???
czuje, ze cos mnie nosi...mam cicha nadziej, ze dobrze mnie nosi...i wodzi mnie, moze mam cos odkryc, moze cos zrozumiec?
Moja mama- musze sie pochwalic robi postepy- pomaga sobie ksiazka do EFT- praktykuje odpukiwanie i nawet ku jej zaskoczeniu i moim pojawiaja sie pierwsze "wywalki", ktore ona odpukuje i jest zdziwiona, ze jej tak po prostu same do glowy przychodza....super!!!
Dzieki mojemu masowaniu stop i nerwu ichtiasa w piecie na stopie moze prosto chodzic, bo bol ustepuje i nie przekrzywia sie na bok...jestem wdzieczna Bogu za takie postepy u niej.
-
Fel, lubie czytac jak piszesz o swoich przemyśleniach. Pozdrawiam ciepło :)
Ja pracuję nad soba naprawdę na różne sposoby, chociaz ostatnio no1 to jest Technika Uwalniania, ale równiez chetnie się inspiruję, róznymi ciekawymi przemyśleniami.
Na dzisiaj bardzo mnie to zainspirowało: http://www.pozaschematy.pl/2007/02/17/zamki-na-piasku-jak-dac-odejsc-staremu/
Karin, pozdrawiam równie ciepło :))
To ćwiczenie (z linka) to taka bardziej skonkretyzowana i wzbogacona o elementy wizualne wersja ćwiczenia, które kiedyś robiłam bardzo często. Polegało na tym, że wyobrażałam sobie to, czego najbardziej się bałam i uwalniałam wszelkie związane z tym uczucia.
Bardzo uwalniające - bo, tak jak pisze autorka - "najczęściej boimy się pogorszenia i tego co nieznane." A skoro znamy już to, czego się boimy, skoro nie może się już pogorszyć, to "nie ma się czego bać, bo już wiem jak to jest być na samym dole".
Teraz też to robię, ale dodałam pewien bardzo ważny dla mnie element. Mianowicie szukam źródła tego uczucia lęku (czy też innego, niemiłego uczucia) w dzieciństwie i wracam do tego okresu. Pozwalam sobie przeżyć do końca te dziecięce uczucia, daję sobie zrozumienie oraz akceptację, a potem uświadamiam sobie, że przeszłość już była, że ja nie jestem już tamtym bezradnym, wystraszonym dzieckiem, że teraz to ja jestem panią swojego życia i mam prawdziwą moc dokonywania zmian na lepsze :)
A propos wizualizacji - robiłam to ćwiczenie z budowaniem zamków w wyobraźni i zauważyłam, że wprowadzenie do niego wizuwalizacji mnie rozprasza, nie mogę wtedy w pełni skupić się na tym, co czuję. Chyba dlatego, że jestem tzw. czuciowcem (czy - jak kto woli - uczuciowcem). Myślę, że wzrokowcom wizualizowanie czegokolwiek podczas takich ćwiczeń bardziej służy :)
Haniu dzieki juz mi lepiej - lecze sie ziolami szwedzkimi od Marii Treben...sa odlotowe- dobre na wszystko ;)
Cieszę się :)
-
Jolanta
Może o tym nie wie właśnie z powodów, które wymieniłaś? :-)
Co do Swamiego, to nie ma znaczenia do jakiej formy modlą się ludzie, ponieważ zwracają się bezpośrednio do Duszy Mistrza, która na duchowym poziomie pozostaje taką samą. Ciało to tylko tymczasowe ubranko dla duszy i każdy Mistrz jest tego stanu zawsze świadomym.
-
Deva
ok rozumiem...myslalam, ze to moze troche jak mysloksztalty...;) ale to dobrze, ze dusza zdaje sobie sprawe, ze ludzie sie do niej modla....ale czy on byl oswiecony?
Wczoraj zastanawialam sie nad papierzem Janem Pawlem II, czy byl oswieconym do smierci, czy moze jeszcze raz inkarnuje na ziemi? Albo kim byl wczesniej...kiedys sobie takich pytan nie stawialam....teraz ciekawia mnie te tematy....reinkarnacyjne....;)
-
Jeszcze wiele razy inkarnuje :)
-
Witek
masz na mysli papierza? myslalam, ze tacy jak on ogloszeni swietymi musieli juz daleko zajsc....wiec tak sie zastanawialam....bo mam dobre zdanie o papierzu, to gdzie bedzie chcial inkarnowac nastepnym razem i czego dokona teraz.....jak to jest....z takimi duszami...teraz zawsze beda juz startowaly z rozmachem, czy np. bedzie biedym pastuszkiem gdzies w gorach....(moze i tak chciec) ;)
-
Jola
Ja tez bylam ogloszona swieta..i nawet przez naszego papieza:))))Jan Pawel nigdy nie byl oswiecony,wiele osob na tym forum ma wyzsze erd niz On w czasie smierci.
-
Ogłoszenie świętym to zawsze efekt decyzji władz kościelnych, mających też na względzie to na ile daną osobę jako świętą, chce widzieć społeczność wyznaniowa:) Ma to związek z tymi dwoma rzeczami, nie musi mieć związku z poziomem rozwoju duchowego. Jeśli chodzi o Jana Pawła II to jego wizerunek jest przedstawiany wyłącznie w dobrym świetle, pewnie z tego względu że jego osoba dla wielu Polaków, była "azylem" w państwie będącej pod wpływem komunizmu. Można spojrzeć na media - nie da się o nim złego słowa powiedzieć. Dlatego że nikt nie chce się narażać społeczeństwu które wcześniej zostało przekonane, że papież już w zasadzie jest jak święty (pytanie jednak - czyli jaki?).
-
okey to ja przepraszam.....jeszcze wyjdzie, ze ja tez bylam kiedys swieta i zasluzona dla sprawy :)
Tylko dla mnie to niepojete jak to jest...wiedziec, ze jest sie swieta ( albo poznac poprzednie wcielenia i zyciorysy) i myslec...o jacie to bylam ja??? Nie znam jeszcze tego uczucia...choc wiem, ze jesli nawet dowiem sie o swich zaslugach albo powiem...ja bylam ta/tym - to i tak nikt oprocz was mi nie uwierzy..ha ha zreszta nic mi po tym, bo teraz jestem soba..i bede w nastepnym wcieleniu tez juz kims innym..choc ta sama dusza...
wracajac do papierza...co sprawialo, ze mial tyle sily i charyzmy..umial z ludzi wyciagac tyle dobrego...no i fakt, ze wybrali go papierzem byl juz wyjatkowy....dla ludzkosci przysluzyl sie...ale i tak kosciol i ksieza podupadaja..bo celibat to nie jest dobry pomysl, albo zakazywanie atykoncepcji....
Semira, a jak to jest byc swieta?
Witek
zgadzam sie z Toba...swiety ma zaslugi i wierni chca z niego swietego zrobic...ale patrzac trzezwo nikt nie bada im ERD i ukrywane sa wpadki papierzy i kleru w calosci po ksiezy i biskupow. Jak ksiadz ma dziesko alimenty placi kuria..i jest smiech po pachy...no ale tak to bywa...ha ha
-
Jola16
Jak to jest byc swieta?Przejeb... do dzis dnia ponosze tego konsekwencje i nikomu nie zycze aby Go kiedys takim ogloszono.
Ja pochodze z miasta gdzie urodzil sie Karol Wojtyla i naprawde czasem jak patrze na tych ludzi jaka szopke odwalaja(kolejne pomniki,ulice poswiecone JP2)to mi sie chce smiac.
-
Semira
jak to oczuwasz? mysle, ze ludzie nie zawsze maja do Ciebie uczciwe intencje i wysylaja Ci nie tylko modlitwy ale i cale obciazenia....wychodzi na to, ze bycie swieta to tylko kula u nogi....
zawsze mialam na to inne spojrzenie..pora zmienic zdanie gruntownie...dzieki za Twoje uwagi..;)
-
Ja to odczuwalam jako kompletne zaszczucie.Mialam szczescie,poniewaz zostalo po mnie wiele materialow,ktore napisalam i wiedzialam dokladnie co mam odreagowywac bo wiedzialam jakie wtedy mialam nastawienie w co wierzylam itp.Obciazenia katolickie to jest najwieksze gowno.Mialam oczyszczanie astralne ,wezly i teraz moge powiedziec ze juz jest lajtowo.Ale ja doszlam do tego skad to mam i moglam to odreagowac,a ile jest takich ludzi co nie maja zielonego pojecia o takich obcizeniach i sie z tym mecza brrr nigdy wiecej sie juz nie bede bawic w takie pseudo-swiete.
-
Semira
Extra....czyli dobrze, ze sie z tym wszystkim uporalas.Ale masz racje...wiele ludzi nie wie...w co sie bawili kiedys i ze maja cos do uzdrowienia.
Ja sama tez musze zaczac uzdrawiac moje blokady i inne bajery...napewno wyjda jesze inne ciekawe bzdury, w ktore wierze jeszcze podswiadomie.
-
ok rozumiem...myslalam, ze to moze troche jak mysloksztalty...;) ale to dobrze, ze dusza zdaje sobie sprawe, ze ludzie sie do niej modla....ale czy on byl oswiecony?
Tak, Yogananda był oświecony.
-
Tak Yogananda o tym pisał w swojej autobiografii.......
W kilka dni później udarem się rano do pustego pokoju Mistrza. Zamierzałem medytować, lecz moje nieposłuszne myśli nie chciały uczestniczyć w tym chwalebnym zamiarze. Rozpraszały się jak ptaki przed myśliwym.
- Mukunda! - Głos Jukteśwara dochodził do mnie z odległego zewnętrznego balkonu.
Popadłem w stan równie buntowniczy jak moje myśli. Mistrz zawsze zachęca mnie do medytacji, mruczałem do siebie. Nie powinien mi przeszkadzać, gdy wie, po co przyszedłem do tego pokoju.
Mistrz wezwał mnie ponownie; uporczywie milczałem. Za trzecim razem w tonie jego zabrzmiała nagana.
- Panie, medytuję! - wykrzyknąłem z protestem.
- Wiem, jak medytujesz! - zawołał mój guru - masz umysł rozproszony jak liście w czasie burzy! Chodź tu do mnie.
Zburczany i zdemaskowany, poszedłem do niego zasmucony.
- Biedny chłopcze, góry nie mogły ci dać tego, czego pragnąłeś.
Mistrz mówił pieszczotliwie i pocieszająco. Spokojne jego spojrzenie było niezgłębione. - Pragnienie twego serca się spełni.
Sri Jukteśwar mówił w sposób zagadkowy; byłem tym nieco oszołomiony. Uderzył mnie łagodnie w pierś powyżej serca.
Ciało moje znieruchomiało całkowicie, jakby potężny magnes wyciągnął powietrze z mych płuc. Dusza i świadomość uwolniły się momentalnie ze swych fizycznych więzów i jak jakiś świetlisty fluid wypłynęły ze wszystkich porów mego ciała. Ciało było niby martwe, niemniej w głębi intensywnej
świadomości wiedziałem, że nigdy przedtem nie żyłem w pełni. Moje poczucie tożsamości nie ograniczało się teraz do samego ciała, lecz ogarniało także wszystkie atomy. Ludzie na dalekich ulicach poruszali się łagodnie na odległej mej peryferii. Korzenie drzew i roślin były widoczne dzięki mglistej przejrzystości gleby; dostrzegałem wewnętrzny przepływ ich soków.
Cała okolica jakby obnażona znajdowała się przede mną. Mój zwykły frontalny sposób widzenia zmienił się teraz na rozległe sferyczne widzenie, dostrzegające naraz wszystko. Przez tył głowy widziałem ludzi przechodzących ulicą Rai Ghat; zauważyłem również białą krowę, która powoli się zbliżała. Gdy znalazła się przed otwartą bramą aszramy, obserwowałem ją także fizycznymi oczami. Gdy przeszła dalej poza ceglaną ścianę, widziałem ją nadal wyraźnie.
Wszystkie przedmioty w obrębie mego panoramicznego widzenia drgały i wibrowały jak szybko zmieniające się obrazy filmu. Moje ciało i Mistrza, dziedziniec kolumnowy, meble i podłoga, drzewa i światło słoneczne w pewnej chwili gwałtownie się poruszyły, aż wszystko się roztopiło w świetliste morze, podobnie jak kryształy cukru wrzucone do szklanki wody rozpuszczają się, gdy się je
porusza. Jednoczące wszystko światło pojawiało się kolejno po materializacjach form w metamorfozach ujawniających działanie prawa przyczyny i skutku w stworzeniu.
Ocean radości uderzył o spokojne, nieskończone brzegi mej duszy; Duch Boga, zrozumiałem, jest niewyczerpaną szczęśliwością; ciało Jego to niezliczone tkanki światła. Wzbierająca we mnie wspaniałość delikatne mgławice unoszące się w przestworzach wszechświata. Cały kosmos, łagodnie jaśniejący, jak miasto widziane w nocy z dala, migotał w nieskończoności mej istoty. Ostro zarysowane linie globów nieco zanikały na najdalszych krańcach, widziałem tam łagodne promieniowanie, nigdy nie słabnące. Było ono nieopisanie subtelne; obrazy planet tworzyły się z gęstego światła.
Boskie promieniowanie wylewało się z Wiecznego Źródła, rozpalając się w Mleczne Drogi,
przeobrażając się w nie dające się opisać aury. Wciąż na nowo widziałem, jak twórcze promienie zagęszczały się w konstelacje gwiazd, a potem rozpływały się w płaty przejrzystego płomienia. Dzięki rytmicznemu zanikaniu sekstyliony światów przechodziły w stan przeźroczystej światłości, firmament stawał się ogniem.
Dostrzegłem centrum najwyższego nieba jako punkt intuicyjnego postrzegania w mym sercu. Promienisty blask szedł od jądra mojej istoty ku każdej części struktury wszechświata. Błoga amrita, nektar nieśmiertelności, pulsowała we mnie z płynnością żywego srebra. Słyszałem rozbrzmiewający twórczy głos Boga jako Aum; wibrowanie Kosmicznego Motoru.
Nagle powietrze wróciło do mych płuc. Z rozczarowaniem niemal nie do zniesienia zrozumiałem, że moja nieskończona niezmierzoność przepadła. Z powrotem byłem zamknięty w upokarzającej klatce ciała, niełatwo dającej się przystosować do potrzeb Ducha. Jak marnotrawny syn musiałem porzucić swój makrokosmiczny dom i uwięzić się w ciasnym mikrokosmosie.
Mój guru stał przede mną nieruchomy, upadłem do jego świętych stóp, pełen wdzięczności za doświadczenie kosmicznej świadomości, którego od dawna namiętnie szukałem. Guru podniósł mnie i powiedział spokojnie i bezpretensjonalnie:
- Nie możesz się upić ekstazą. Czeka cię duża praca na świecie. Chodź, zamieciemy balkon, a potem przejdziemy się nad Ganges."
Przyniosłem miotłę; zdawałem sobie sprawę, że Mistrz uczy mnie tajemnicy zrównoważonego życia. Dusza musi się unosić nad kosmogonicznymi otchłaniami, podczas gdy ciało wypełnia swoje codzienne obowiązki. Gdy wyszliśmy później na przechadzkę, wciąż jeszcze Pozostawałem w stanie niewyrażalnego zachwytu. Widziałem nasze ciała jako dwa obrazy astralne poruszające się po drodze nad rzeką, obrazy, których istotę stanowiło czyste światło.
- Duch Boga aktywnie podtrzymuje każdą formę i siłę we wszechświecie; On sam jednak jest transcendentalny i daleki w błogiej, nieogarnionej próżni poza światami wibracyjnych zjawisk - objaśniał Mistrz. - Święci, którzy rozumieją swą boskość, nawet będąc w ciele, wiedzą o swym podwójnym istnieniu. Starannie wykonują swą ziemską działalność, pozostają jednak pogrążeni w wewnętrznym stanie szczęścia. Pan stworzył wszystkich ludzi w bezgranicznej radości Swego bytu. Chociaż ludzie są boleśnie skrępowani swoim ciałem, to jednak Bóg oczekuje, że dusze stworzone na jego obraz wzniosą się ostatecznie ponad wszelkie utożsamienie się ze zmysłami i z powrotem z nim się zjednoczą.
Wizja kosmiczna nauczyła mnie wiele w sposób trwały. Codziennie po uciszeniu myśli mogłem się uwolnić od złudnego przekonania, że jestem masą ciała, krwi i kości chodzącą po twardym gruncie materii. Obserwowałem, że oddech i niespokojny umysł podobne są do gwałtownych burz, które przekształcają ocean światła w fale materialnych form - w ziemię, niebiosa, istoty ludzkie, ptaki, zwierzęta, drzewa. Nie można ujrzeć Nieskończonego jako Jedynego Światła dopóki się nie uciszy tych burz. Ilekroć uciszyłem te dwie formy zamętu, obserwowałem jak niezliczone fale stworzenia roztapiały się w jedno świecące morze, podobnie jak fale oceanu, gdy ustaje burza, w jasności odzyskują swą jedność.
Mistrz obdarza ucznia boskim doświadczeniem kosmicznej świadomości, gdy z pomocą medytacji uczeń wzmocni swój umysł w takim stopniu, że ten ogrom perspektywy go nie przytłoczy. Doświadczenia tego nie można nigdy nikomu użyczyć na podstawie samej tylko intelektualnej jego gotowości lub otwartości umysłu. Tylko należyte jego wzmocnienie z pomocą ćwiczeń jogi i nabożnej bhakti może przygotować umysł na przyjęcie wyzwalającego wstrząsu wszechobecności. Przychodzi on jako naturalna i nieunikniona konieczność do każdego prawdziwie pobożnego człowieka. Intensywne pragnienie zaczyna pchać człowieka ku Bogu z nieodpartą siłą. Pan, jak wizja kosmiczna, zostaje przyciągnięty przez magnetyczny zapał człowieka, który szuka go w kręgu swej świadomości.
Sri Jukteswar nauczył mnie przeżywać to święte doświadczenie zależnie od mej woli, jak również przekazywać je innym, jeśli tylko kanały ich intuicji są dostateczne rozwinięte. W ciągu wielu miesięcy wchodziłem w ekstatyczne zjednoczenie; zrozumiałem, dlaczego Upaniszady mówią, że Bóg jest rasa, czyli "najbardziej przypadającym do smaku". Pewnego dnia jednak postawiłem Mistrzowi pytanie:
- Chciałbym, panie, wiedzieć, kiedy znajdę Boga?
- Już go znalazłeś.
- O nie, panie, nie sądzę!
Mój guru uśmiechnął się.
- Jestem pewny, że nie szukasz czcigodnej Osobistości, zdobiącej tron w jakimś aspetycznym zakątku wszechświata! Widzę jednak, że wyobrażasz sobie, że posiadanie cudownych władz jest poznaniem Boga. Absolutnie nie. Człowiek może mieć cały wszechświat, a jednak przekonać się, że Pan mu się wymyka! Postępu duchowego nie mierzy się zewnętrznymi władzami, lecz tylko głębią szczęśliwości człowieka podczas medytacji.
Odnawiająca się wciąż radość jest Bogiem. On jest niewyczerpany, w miarę jak uprawiasz medytację w ciągu lat, uszczęśliwia cię On z nieskończoną pomysłowością. Ludzie pobożni, którzy tak jak ty znaleźli drogę do Boga, nie marzą nigdy o zamienieniu Go na jakąś inną szczęśliwość; pociąga On nas tak bardzo, że nie można nawet pomyśleć, aby mogło coś z Nim rywalizować.
Jakże szybko bywamy znudzeni ziemskimi przyjemnościami! Pragnienie rzeczy materialnych nie ma końca; człowiek nigdy nie jest w pełni zadowolony i wciąż dąży do nowego celu. Tym "czymś jeszcze" jest jedynie Pan, który może go obdarzyć trwałą radością.
Pragnienie rzeczy zewnętrznych odciąga nas z wewnętrznego Edenu: ofiarowuje nam ono fałszywe przyjemności, które nie uosabiają szczęścia duszy. Raj utracony można jednak szybko odzyskać z pomocą boskiej medytacji. Ponieważ Bóg jest nie dającą się nigdy przewidzieć nieustanną nowością, nie jesteśmy Nim nigdy znudzeni. Czyż możemy się przesycić szczęśliwością, która rozkosznie się zmienia przez całą wieczność?
- Teraz, panie, rozumiem, dlaczego święci nazywają Boga niezgłębionym. Nawet wiecznie trwające życie nie może wystarczyć, aby poznać Jego Wartość.
- To prawda, lecz jest On również bliski i drogi. Gdy z pomocą kriya-jogi umysł jest już oczyszczony z przeszkód zmysłowych, medytacja dostarcza nam podwójnego dowodu Boga. Dowodem jego istnienia, dowodem przekonywującym nas do sedna każdego atomu, jest odnawiająca się wciąż radość. W medytacji również znajdujemy nieustanne Jego kierownictwo. Jego trafną odpowiedź na każdą Trudność.
- Tak, mój drogi Gurudźi. Rozwiązałeś mój problem. - Uśmiechnąłem się z wdzięcznością. - Rozumiem teraz, że znalazłem Boga, ilekroć bowiem w ciągu mych zajęć podświadomie powraca radość medytacji, zawsze jestem tak subtelnie kierowany, iż wybieram właściwą drogę we
wszystkim, nawet w drobnych szczegółach.
- Życie ludzkie pełne jest smutku, dopóki nie nauczymy się harmonizować je z Wolą Bożą, której "właściwa droga" krzyżuje zamiary naszej egoistycznej inteligencji. Bóg tylko może udzielić nieomylnej rady, bo nikt inny, tylko On dźwiga brzemię kosmosu.
-
Jogananda był i nie byl oświecony. ZALEŻY OD TEGO, co się uznaje za oswiecenie.
Jeśli miarą oświecenia są opinie uczniów, to był oswiecony. :))
Jeśli miarą oswiecenia jest nieuwarunkowany niczym stan świadomości, to oświecony nie był.
A poza tym ten wątek ma tytuł:
W jaki sposób praktykuję rozwój duchowy - moja droga i technika
A nie W jaki sposób praktykują Mistrzowie :))
-
Tak, zależy co się za oświecenie uznaje, ale to słowa samego Yoganandy a nie jego uczniów. Yogananda mówił o sobie, że jest oświecony, bo zrealizował najwyższy stan oświecenia za który w systemach jogi uchodzi nirvikalpa samadhi.
Drogi i techniki rozwoju duchowego są bardzo różne. Można kroczyć drogą Mistrzów np. drogą Kriya Yogi. Mistrz daje praktykę, a uczeń następnie dzięki tej praktyce się realizuje. Techniki kriya jogi prowadzą bardzo szybko do oświecenia w porównaniu do innych ścieżek, co sam Yogananda często podkreślał.
-
Deva
po przeczytaniu fragmentu, ktory zamiesciles uwazam, ze jest dam duzo napisane o Bogu w piekny sposob, moge sie z tym zgodzic. Jest tez duzo zachwytu i nadmiernego upiekszania tekstu wywodami ....ok ! dla niego bylo to bardzo wazne - napisal co poczul.
Ale jest tyle roznych drog i pieknie napisanych ksiazek- technik i sposobow. Dlaczego ktos pisze - tylko krija joga jest najlepsza? Do niej tez trzeba byc zainicjowanym....mozna bylo sie zglosic na tym spotkaniu i przejsc "wtajemniczenia i chrzest"- tylko ja nie mialam na to ochoty....stalam sie ostrozna z rytualam, ktorych nie znam albo nie mam do nich przekonania.
Pewnie, ze sa techniki - dla jednych atrakcyjne....a dla innych odpychajace. Wazne jest poczuc potrzebe zaglebienia sie....poczuc - to jest moja bajka!.
U mnie nic takiego nie nastapilo, wrecz przeciwnie- stwierdzilam- to nie moj guru!!!!
Potem pomyslalam- czy ja mam w ogole jakiegos guru?
Potem przyszlo...mam Boga...to mi wystarczy...jesli nawet brak mi jeszcze swiadomosci mocy mojej i mocy Boga we mnie....nie ide tam, gdzie mnie nie ciagnie.....moze kiedys zmienie zdanie
Mozliwe, ze kiedys sie zainteresuje...ale teraz daje sobie prawo isc moja sciezka..
Na spotkaniu wyznawcow Yonagandy...poznalam kobiete, z ktora rozmawialam, ze szukam jeszcze mojej sciezki...poznaje inne religie i przekonania....
powiedziala....niedobrze byc jak koliber, ktory tylko szuka, zamiast juz praktykowac....zabrzmialo to tak, ze marnuje czas na szukanie....ze powinnam sie juz byla dawno zdecydowac w co mam wierzyc i znalesc sobie jakis wyznawcow czegos tam i praktykowac cos.......
Pomyslalam ok....to nie wyscigi...ja lubie szukac i z pewnoscia ciagle sie umacniam w jakies jednej wierze w jednego Boga....niezaleznie...czy mam grupe, z ktora sie modle.
To dobrze, kiedy ktos mocno w cos wierzy i jest pewien swojego...- jego szczescie..niewazne jaka to droga i jaki guru- dla mnie najwazniejsze, aby byl szczesliwy z tym !!!- czego wam wszystikm zycze..;)
-
Jolanta
Owocnych poszukiwań zatem :-)
-
Ja pracuję nad sobą metodą koncentracji na negatywach, czyli odwrotnie niż jest to zalecane w ksiązkach duchowych. I mam tego bardzo dobry efekt.
Przez ostatnie dni żyję w bardzo silnych lękach przed zwolnieniem i mam bardzo złe samopoczucie.A ja zamiast koncentrować się na jakichś pozytywach i mówić sobie pozytywne afirmacje, wchodzę w każdy pojawiający się lęk i czuję go jak najmocniej. Wczuwam się też mocno w ten mój okropny nastrój, przebywając w nim pełną śwaidomością. Nie pocieszam się ani nie szukam niczego co mi go poprawi.Chcę go poczuć jak najgłebiej. Robię na odwrót niż kiedyś gdy stosując się do rad z duchowych książek, szukałam jakichś pozytywów, skupiałam na nich uwagę a od negatywnych emocji się odcinałam.
Wczoraj nastąpiło we mnie przełamanie.
Najpierw pojawiła mi się myśl -mam już dość udowadniania że jest źle a będzie jeszcze gorzej. Potem poczułam się bardzo zmęczona tym ciągłym udowadnianiem że taka jest prawda i tym ciągłym przeżywaniem lęków.I cały ten okropny nastrój i te okropne lęki przed śmiercią głodową w jednej chwili znikły.
Dzisiaj jestem w innym świecie i na innym poziomie wibracyjnym.
A stało się tak dlatego że ta moja część osobowości tworząca te lęki, sama zaczęla ponosić konsekwencje tego co robiła. Bo ja przestałam jej pomagać przez odcinanie się od lęków które ona tworzyła i przez koncentrację na czymś przyjemnym. Dałam jej wszystko to co ona wytwarzała.
A ona dzisiaj wiedząc że ja nie odpuszczę i nadal będę się wczuwać w to co ona tworzy, już nie ma ochoty bawić się w tę grę z wytwarzaniem cierpień. Czuję jakbym sama ze sobą bawiła się w kotka i myszkę.
-
To wygląda jak równoczesny wewnętrzny dialog dominatora i ofiary, faktycznie w takiej liniowości może pomóc taka postawa, skoro ci puściło, realnie, super:)
-
U mnie tak jest. Jedna część bardzo mocno atakuje drugą. Te ataki ojca na mnie przeniosły się do mojego wnetrza i nadal się ten dramat we mnie rozgrywa. Mam wewnętrznego ojca który atakuje moje wewnętrzne dziecko. Cały czas toczy się we mnie wojna.
-
Ja się staram kierować do siebie miłość gdy wychodzą mi przykre emocje. Po prostu staram się kochać siebie i skupiać wtedy na ciele. Najważniejsza dla mnie lekcja z tego życia - jak zostać zdrową egoistką. Nigdy tego nie potrafiłam. Bylam poświęcającym się buddystą, który teraz otrzymał odpowiedź. Rodzina ani nie zmieniła się, ani nic nie zrozumiała, jak mnie nie szanowała tak dalej nie szanuje. Ostatnia medytacja wyrzuciła na światło dzienne cały brak szacunku do mnie. Pozostaje mi tylko kochać siebie, tak zdrowo. Jak mi zejdzie to ogromne rozczarowanie i przywiązanie do bycia ofiara, to stanę się innym człowiekiem. Jestem bardzo wdzieczna za istnienie tego forum, wierzę, że poznam większość osób tu piszących :) jest to dla mnie w jakiś sposób istotne.
-
Ja nie mogę z takiej metody korzystać bo nie mam w sobie miłości. Dlatego szukam innych które mi na tym etapie pomagają. Najbardziej chodzi mi o wchodzenie w kontakt ze sobą, ze swoimi prawdziwymi uczuciami oraz poznawanie siebie.
-
medytacja
1 czas - dobieram go tak by nikt i nic mi nie przeszkodziło minimum 1/2
godz. ale najlepiej mieć do dyspozycji ok 2 godz.
2 miejsce - (mam takie dwa w domu) wygodne, zacienione (bez ostrego światła
a najlepiej bez światła zupełnie)gdzie cała elektronika jest fizycznie
wyłączona z prądu - nie można sprzętu włączać np pilotem.
3 pozycja - zawsze wyprostowany kręgosłup (utrudnia zaśnięcie, ułatwia
oddychanie i przepływ energii) zawsze siedzę i nie jest to "po turecku"
chociaż prawie - w jednym miejscu (fotel koło komputera) jak siedzę to nogi
są niemal skrzyżowane bo dotykają się na wysokości stawów skokowych lub są
grzecznie spuszczone i równo spoczywają na podłodze, w innym miejscu (w
salonie na fotelu w połączeniu z pufą to miejsce częściej używam zwłaszcza
w dzień) preferuję nogi dotykające się stopami do siebie lub jak wcześniej
grzecznie i równo na podłodze oczywiście zawsze bez kapci)
ręce tutaj też kilka wariantów, bardzo często lewa dłoń spoczywa na prawej
z kciukami dotykającymi się czubkami , lub ręce spoczywają na udach zaś
dłonie nie dotykają się i są skierowane wewnętrzną częścią do góry z
których robi się takie czarki jakbyś chciał przenieść wodę przy czym kciuk
w jednej i drugiej dłoni dotyka się do palca wskazującego (możliwości jest
wiele kwestia przetestowania...)
oczy - luźno zamknięte
ciało - całe rozluźnione bez napięć
zawsze zaczynam od takiego rozluźnienia się i kilku głębokich spokojnych
oddechów.
Zamykając oczy i starając się zrelaksować przez nasz umysł zaczynają
przelatywać różne obrazo myśli z minionych dni chwil , różne problemy -
mogą to być wręcz tysiące zwykle bardzo natrętne wręcz upierdliwie
irytujące zwłaszcza gdy nie chcesz już ich widzieć i słyszeć (często
pojawia się wewnętrzny dialog związany z myślami i obrazami) - TO WSZYSTKO
Trzeba PRZETRWAĆ nie wolno z tym walczyć przeciwstawiać się, TRZEBA
CIERPLIWIE I SPOKOJNIE oglądać słuchać następnie podziękować i pozwolić
odpłynąć. Początek jest zawsze wyzwaniem. Czym częściej medytujesz tym
szybciej potrafisz się zrelaksować. Przez relaksację rozumiem stan gdzie
nie ma już myśli obrazów - umysł się wyłączył.
Cierpliwość cierpliwość i jeszcze raz cierpliwość - myśli i obrazy w końcu
się skończą
jeszcze jedna rzecz - przy zamkniętych oczach - ważne by były zamknięte
luźno pojawia się taka gra kolorów jakieś rozbłyski przechodzące jedne
kolory w drugie to jest OK tak po prostu jest
dobrze też jest w trakcie gdy obrazy myśli pojawiają się obserwując je i
pozwalając im przepłynąć skupiać się na oddychaniu wczuwając się w to jak
powietrze wypełnia płuca i jak powoli je opróżniasz
-
Od pewnego czasu nie mogłam dojść do tego jaki mam teraz problem i w jaki sposób nad sobą pracować. Łączyło się to z poprawą jaką ostatnio mam i z chęcią aby już zacząć się czuc dobrze jeżeli jest już ze mną lepiej. Gdy próbowałam coś robic to pojawiała sie pustka, brak emocji i brak problemu który na mnie wpływa. Nawet na terapii nie udało mi się znaleść problemu który by mnie poruszał emocjonalnie.
Nadal mam lęki i nadal staram się ich nie tłumić,robię tak juz od kilku lat, więc myslałam że tutaj wszystko mam w porządku.
A dzisiaj udało mi się dostrzec, że ja nadal niepostrzeżenie tłumię każdy pojawiający się lęk. To wszystko odbywa się tak subtelnie że ja tego nie zauważam. A tłumiąc lęki tłumię każde inne negatywne uczucie i przez to nadal nie mam uczuć. Ulżyło mi bo więm już co mam robić dalej, wiem co ze mną nie tak, wiem jak mam pracować nad sobą. Teraz przede mną cieżka harówka, bo potrzebna jest niesamowita uwazność aby takie lęki wyłapywać i nazwać, że teraz włąśnie się boję i starać się nie stłumic tego lęku, czyli co chwila narażać się na cierpienie bania się. A przecież marzę o tym aby wreszcie poczuć się lepiej, aby już w końcu przestać się bać. Nie wywinę się przed zaakceptowaniem siebie takiej która się boi, jest słaba i strachliwa.
-
Z czasem, poprzez rozwoj duchowy, wzrasta u mnie wyczucie prawdy. Wiem, kiedy odpowiedziec na cos, co ktos do mnie mowi. Czasem, to co ludzie mowia i pisza i wyrzucaja w przestrzen, jest nierzeczywiste. Nie ma najmniejszej potrzeby odpowiadac na cos takiego. Nawet jesli to brzmi powaznie i jest ubrane w ladna oprawe, po daniu temu chwili ciszy, rozpuszcza sie. A jesli ktos mowi cos prawdziwego, to mozna odpowiedziec, albo nie odpowiedziec, ale zawsze to co uslyszelismy wywola jakas energetyczna reakcje ktorej w glebi duszy potrzebowalismy, i albo zwrocimy ta energie tej osobie, albo komus innemu kto ma jakas prawdziwa potrzebe..
-
dobry artykuł
http://bezego.com/2014/01/05/dlaczego-nigdy-nie-bedziesz-tym-kim-chcesz-i-dlaczego-to-dobrze-medytacja-liberala-33/
-
dobry artykuł
http://bezego.com/2014/01/05/dlaczego-nigdy-nie-bedziesz-tym-kim-chcesz-i-dlaczego-to-dobrze-medytacja-liberala-33/
"Wolność konia polega bowiem na byciu koniem i na cieszeniu się życiem konia, a nie na przekonaniu, że jak zechce i się mocno na tym skupi to zostanie jednorożcem."
super... :)
Dzięki Karina za ten link.
Tylko jeszcze trzeba wiedzieć, że jest się koniem. A co jeśli cale życie wmawia się koniowi, że jest głupim upartym osłem lub co gorzej podłą hieną :))
-
Miałem ostatnio takie przemyślenia odnośnie rozwoju i tego jak wiele osób z jakiegoś powodu przez wiele lat pracy nad sobą, nie potrafi sobie pomóc i wciąż tkwi z tymi samymi problemami.
Pierwsza obserwacja tyczy się przywiązania do osobowości. Sporo osób potrafi zauważyć, że ma problem x i y, że może go zmienić, itd. ale nie bierze pod uwagę możliwości stania się inną osobą, mającą inny światopogląd, inne sposoby reagowania, doświadczającą inaczej rzeczywistości, itd. Po prostu pozwalają sobie na zmiany w ograniczonych ramach, nie dlatego że świadomie coś ograniczają, ale dlatego że po prostu w głowie im się nie mieści, że mogłoby się zmienić coś, co uznają za naturalne, oczywiste i niezmienne.
A tymczasem prawdziwy, głęboki rozwój duchowy to proces mocno radykalny - to całkowite zburzenie w drobny mak swojej osobowości, jej fundamentów. To przejście przez okresy zatracenia siebie, poczucia że już się nie wie, kim się jest. To intensywne burzenie iluzji i poznawanie tego, co znajduje się za iluzją. To zdrowy dystans, luz i nieprzywiązanie do wyobrażeń, odczuć i przekonań na swój temat.
Mam wrażenie też, że im starsze osoby zaczynają rozwój w danym życiu to tym trudniejsze mają zadanie, ponieważ są mocniej przesiąknięci swoją osobowością (zakładając że wcześniej żyli bezmyślnie i nie zmieniali się za bardzo :P). To nie jest żaden pocisk, żeby ktoś się poczuł gorzej, tylko zwrócenie uwagi na pewien problem. Łatwiej jest zburzyć iluzję budowaną 20 lat niż 40, łatwiej jest sobie pozwolić na elastyczność.
Druga obserwacja to kwestia celów w rozwoju i życiu. Sporo osób deklaruje oczyszczanie intencji i poddawanie celów Bogu, ale i tak w praktyce okazuje się, że musi być tak, jak oni by chcieli. Miotają się, starają się zmieniać to i tamto, płaczą że nie wychodzi, narzekają i nie akceptują tego, co jest. Normalne reakcje, nie ma co się wstydzić tego. Warto jednak główną siłę koncentrować na wzroście akceptacji i zadowolenia z życia. Akceptacji tego, że nie ma się tego, co się tak bardzo chce mieć czy że coś zmienia inaczej niż byśmy chcieli.
Bóg nas naprawdę bardzo, bardzo mocno kocha i ma na każdego z nas mnóstwo pomysłów. One są genialne, niesamowite i czasami niewyobrażalne. Dlatego nie hamujmy ich, skoro ze swojego ograniczonego poziomu nie jesteśmy w stanie ich ogarnąć. Mnie strasznie telepało, że przez 4 lata nie mogłem stworzyć związku. I dopiero teraz rozumiem geniusz tego, że tak to właśnie wyglądało. Potrzebowałem tych 4 lat, żeby się ogarnąć samemu ze sobą, żeby poradzić sobie samemu, poczuć że mogę być szczęśliwy sam i tym samym nie uzależniać od drugiej osoby, nie obawiać się że sobie bez niej nie poradzę i nie wisieć na niej. Było mi ciężko i samotność sprawiała mi wiele bólu, ale gdybym dostał jakiś "tymczasowy" związek, będący po prostu dobry to zapewne bym w swoim głodzie uczuć się go trzymał i miał problemy z puszczeniem (szczególnie jakby nie był toksyczny, a jedynie "dobry"). Tyle płakałem, że czemu Bóg mi to robi, czemu mija tyle czasu, a on mnie tak trzyma - a tymczasem po latach okazało się, że to pod wieloma względami było dla mnie najlepsze.
-
Jestem za, a nawet przeciw ;)
Piszesz o wielu latach pracy bez efektu, ale czy ci ludzie pracują nad sobą czy tylko piszą na forach ?
Czasem jest nie do wiary żeby ludzie pisząc w 2010, że odkryli w czym problem i często faktycznie trafnie go określają nie rozwiązali go w najmniejszym stopniu przez 3 lata.
Po prostu nie da się nie mieć żadnych efektów gdy się nad czymś pracuje.
Mam przykłady kobiet które miały znacznie więcej niż 30 lat ;) i efekty RD rewelacyjne do dziś miło je wspominam, bo były dla mnie inspiracją gdy zaczynałem i nadal mam z jedną czasem kontakt.
-
Każdy ma swoje tępo, swój czas, swoje różne tam.
Sa ludzie któży calkowicie sie zmienili mając i 50 i więcej lat np doświadczając śmierci klinicznej lub innych mistycznych doznań, etc, lub mistycznych w wyniku dramatycznych i to zmienia ich zycie calkowicie oraz osobowość.
Pewne rzeczy wręcz rozkwitają z wiekiem,bo są zalezne tez od hormonów, nie widzę tu żadnych przeszkód. To wogóle nie jest nawet kwestia przeszkód czy blokad, to jest tylko wasze zdanie, bo może to co ci ludzie przechodzą jest tym, co maja własnie przejśc, czyli jest czymś WŁAŚCIWYM. Optymalnym na teraz. Pewnych rzeczy sie nie przeskoczy jesli nie ma do tego pelnej gotowości.
-
Olga,
nie pocieszaj leni ;P
Kto pracuje ten ma efekty.
Sama jesteś bdb przykładem pracy i efektów, więc może powiedz, że się da gdy się chce i pracuje, bo gdy dasz kolejną wymówkę do ręki, że "ja takie mam tempo to moja karma " to inni pochwycą to i ... nadal będą tylko deklarować chęć rozwoju.
Prowadziłem osobiście w RD kilku ludzi z otoczenia za darmo.
Efekty mieli super, bo i talent i chęci i dobry mistrz ;) , ale na pewnym etapie każda z tych osób zwolniła, że nimby chcę swoim tempem skończyło się jak przy wspinaczce ich tempo to był początek wykrętu żeby odejść od RD.
Na pocieszenie powiem, że spadli tylko ok 4-7 etapów, ale gdyby dodać do tego że mieli w zasięgu ręki kilka do góry gdyby nadal robili te praktyki to robi się już 10 ERD różnicy ;)
-
Wyluzuj się...;)
-
Jestem ;)
-
J034
Nigdy nie miałem problemu z tym żeby wdrażac coś w życie - potrafiłem samemu, wbrew reszcie otoczenia, iść w kierunku który uważałem za dobry, potrafiłem dziesiątki godzin poświęcać na pisanie afirmacji, sesje regresingu i samoobserwację, potrafiłem zaryzykować i iść za przeczuciem, potrafiłem wiele godzin pracować fizycznie żeby zarobić pieniądze i móc zainwestować je w mój własny rozwój, potrafiłem poznawać ludzi, tworzyć kontakty, po to żeby iść do przodu, z dużą determinacją.
W pewnym momencie zacząłem czuć się naprawdę wypalony, i czuć chęć odpoczynku. Coraz więcej uczyłem się balansu w życiu, jednocześnie balans przynosił mi nowe pomysły i nowe cele, które realizowałem. W tej chwili dotarłem do miejsca, w którym żadna konkretna "praca" wydaje sie nie mieć sensu, poza słuchaniem i robieniem tego co przychodzi mi w chwili obecnej. Dużo zwolniłem, wydaje się że nic nie robię, ale praca wykonuje się sama. Co jakiś czas dostaję od pozornie losowych ludzi inspirację, czym mógłbym się zająć, i zmierzam w ten sposób troche po omacku, ucząc się zaufania, w stronę równowagi życiowej.
Wydaje mi się, że ludzie, którzy są prowadzeni, przez konkretną osobę, i bazują tym prowadzeniu, w pewnym momencie albo będą musieli zburzyć wielką część swojej osobowości, która powodowała, że potrzebowali tej drugiej osoby która ich prowadziła, albo cofną się parę etapów. I wydaje mi się że nie pomógłbyś iść tym osobom dalej, choćbyś wymyślił najlepsze techniki, bo od tamtej pory może oni potrzebowali słuchać siebie - być może spadli kilka erdów w dół, po to żeby nauczyć się iść swoją drogą, z całkiem swojego wyboru.
To tak zwane Ego mistrza - mi też się zdarza błyszczeć charyzmą, mimowolnie, karmicznie i zdarza się że ludzie mnie słuchają. Kiedy spotykam ludzi pijących, ćpających, siłą rzeczy wywiązuje się rozmowa w której tłumaczę że nie piję alkoholu i nie ćpam - i wielu jest zdumionych, zafascynowanych i wtedy sami delkarują że oni już też, oni tylko troche, a tak w ogóle chcą przestać. A potem patrzę na facebooku jak cieszą się wczorajszą libacją. Czasem szkoda słów, i szkoda przywiązania do tego, że wywiera się pozytywny wpływ na innych, a lepiej zadbać o siebie.
-
good for you :)
mówię o zarzuceniu RD, a nie o stawaniu na własne nogi choć ja nigdy nie wyręczałem tych co prowadziłem w RD.
"martwią" nie już nie kiedyś martwiły mnie osoby, które deklarują coś, a robią coś innego lub nie robią nic.
Teraz akceptuje ten fakt więc obecnie nikogo nie "prowadzę" ze znajomych.
Dawniej pomagało mi to coś zrozumieć u siebie teraz mam już inne narzędzia metody i inspiracje.
-
A ja chyba w koncu zostane ateista:)
Bo tyle ludzie maja roznych i glupich [wyjasnienie: glupie rozumiem jako rozne od mojego:D] wyobrazen na temat Boga i RD, ze wlasciwie odpowiedz na pytanie: "czy wierzysz w Boga?" jest zazwyczaj jedna: jak dla Ciebie - nie wierze:)
Nie mowiac juz o tej oczywistosci, ze wierzacy tylko wierzy, a ten kto doswiadcza staje sie niewierzacym:D
Sprawe rozwoju widze tak, ze ja sie nie rozwijam. Jestem po prostu, samo sie wszystko rozwija:)
Natomiast bawic sie mozna w rozne cyferki, osiagniecia, efekty. Zabawa jak wiele innych, fajnie jest sie pobawic:)
-
good for you :)
mówię o zarzuceniu RD, a nie o stawaniu na własne nogi choć ja nigdy nie wyręczałem tych co prowadziłem w RD.
"martwią" nie już nie kiedyś martwiły mnie osoby, które deklarują coś, a robią coś innego lub nie robią nic.
Teraz akceptuje ten fakt więc obecnie nikogo nie "prowadzę" ze znajomych.
Dawniej pomagało mi to coś zrozumieć u siebie teraz mam już inne narzędzia metody i inspiracje.
To dobrze rozumiem. Czasem miałem potrzebę pomóc w czymś komuś, co ja miałem przepracowane, i kiedy to się działo, czułem nową przestrzeń w życiu do pójścia dalej. I wydaje mi się że tak wygląda rozwój - osiągasz wyższe piętro, i przekazujesz swoje dziedzictwo :)) a potem uwalniasz się od skutków tej pracy i idziesz dalej. Dalej tak się dzieje, że czasem spotykam kogoś komu pomogę, zrobię dużo pracy z jakąś osobą która pojawia się w moim życiu na chwilę, często ta druga osoba też mi pomoże w czymś czego ja potrzebuję, a potem odchodzi. Do tej pory przywiązywałem się i bardzo mi było przykro kiedy takie znajomości się wypalały, no ale lepiej nie płakać otwierać się na nowe dla siebie.
-
Jo34 jak sie wyluzujesz bardziej, to zobaczysz, że to co masz teraz, nie jest ostatecznym wyluzowaniem jakie mozesz osiągnąć;) masz te napięcia, i co, mam napisać że powinieneś pracowac nad tym bo ja gdybym to miała to bym w 5 min to rozbroiła? ;)
To nie jest istotne dla mnie co Ty robisz, bo robisz co mozesz i robisz najlepiej jak możesz i to jest Twoje zycie, Twój rozwuj, istotne stało by sie gdybym uznała ze sie opierdzielasz i sie spieła z tego powodu ;)
Sebastian, czlowiek oświeca się sam
Inni mogą być tylko inspiracją, ale nigdy nie są drogą. Oraz inni, ci mądrzejsi, nie powinni wywierac wplywu na wolna wole tej osoby "niżej", osoba nizej ma sie podwyrzszyć dzięki swoim wyborom, dzięki swojemu zdaniu, dzięki OBSERWACJI, A ci któży uwarzają, ze są, musza sie jeszcze z tym tematem pobujać. Taka refleksja
-
Matek - ludzie którym na pytanie czy wierzę w Boga, odpowiadam "sometimes I can feel God" - zachowują się dziwnie, następuje wybicie ze świadomości ;) - bo to nie jest potwierdzenie tego czego chcą usłyszeć. Mało ludzi pyta czy czuję obecność Boga w moim życiu. Raz w Warszawie spotkałem Mormona na przejściu dla pieszych, i on mnie o to zapytał, i mieliśmy pasjonującą i inspirującą rozmowę - nawet jego czucie Boga nie odrywało go od rzeczywistości i ludzkich spraw. Chciał ze mną spotkać się jeszcze i pogadać, chętnie bym się zgodził bo przyjechał do Polski aż z USA żeby głosić dobrą nowinę, ale byłem w Warszawie tylko przelotem:)
-
Sa pewne ząłęzności, Ci co nieznaja smaku Boga mówią, krzyczą, że wieże w Boga, szczególnie jakos Ci, któzy wychodza z kościoła i obrabiają cudze tylki :)
Zaś Ci, któży naprawde mocno są w Bogu, potrafia powiedzieć, ze nic juz nie wiedzą.
Sa takie odwrotne sytuacje, nie rzadko.
Lub: ktos bez wiedzy szczeka, a milczy ten kto ją ma. Tak tez bywa.
Kwestia przerobienia tematów...jak zawsze :)
-
Seba,
Ha, ja dzis z kolei mialem rozmowe z calkiem przystojna pania ze Swiadkow Jehowy, chcialem chwile pogadac, bo myslalem ze Jehowi naprawde chca porozmawiac na "te tematy". Niestety, w tym przypadku okazalo sie, ze pani raczej nie slucha, tylko stara sie na sile dopasowac rozmowe do kilku wersetow, ktore miala za zadanie przedstawic:)
Szkoda, bo za ciekawa uznaje u Jehowych chociazby koncepcje zycia wiecznego w materii i ciele fizycznym. Fajnie by pogadac z kims, kto naprawde chcialby pogadac, a nie na sile klepac to, czego go nauczyli na szkoleniu:)
Jesli chodzi o "I feel God" to u mnie, tutaj w UK staram sie nie uzywac takiego wyrazenia, bo spoleczenstwo (szczegolnie mloda generacja) jest bardzo zlaicyzowane, i Boga kojarza jednoznacznie z religia chrzescijanska. Slowo "God" od razu jest laczone z Jezusem i kosciolem. Wiec ja to tak czuje, ze jesli powiem "God" to nie wyrazi dla nich tego, co chce wyrazic, tylko uruchomi w ich glowach typowy ciag skojarzen. Wole, wyrazajac swoj sposob widzenia swiata uzyc np. slowa Wszechswiat itp. To z kolei nie brzmi tak dosadnie, ale lepiej oddaje to co chce powiedziec:)
Zauwazam natomiast, ze ludzie bardzo czesto wierza - w taki czy inny sposob - w istnienie prawa karmy.
-
Matek
Spotkalem w zyciu kilku Jechowych i z żadnym z nich nie udało mi się nawiązać tematu. Ten Mormon był naprawdę fajny - pogadałem z nim o Bogu, i o kobietach, i o wdzięczności, o przyjemnościach życia, i nic z tych rzeczy się dla niego nie wykluczało i miał fajne światło w sobie.
Matek, what do you care about what people think on what you say? Ja wolę używać własnej terminologii, i kiedy mówię w rozmowie z kimś God i mam dobry dzień, to czuję Boga, i więcej mnie nie interesuje. Wszechświat z kolei brzmi naukowo. Czasem faktycznie kiedy próbuje się dogadać, to używam kilku tożsamych pojęć, do momentu aż czuję że jest kanał komunikacji i że się rozumiemy.
Olga
A ten kto milczy, w końcu czuje że ma ochotę przemówić ;)) i tak dalej.
-
Seba,
racja, nie ma co sie przejmowac, co ludzie pomysla, z drugiej strony - interesuje mnie temat komunikacji, szczegolnie w sprawach "duchowych". Bo jesli nie da sie skomunikowac, to po co w ogole na te tematy rozmawiac? Dlatego wlasnie napisalem, ze zostaje ateista, wtedy nie ma kwestii "tych spraw" do omowienia, pozostaje tylko czuc Boga w sobie i w innych i pozwalac innym, zeby Go odczuwali:)
No i jest jeszcze jedna sprawa - sam nie znam najlepszego okreslenia na TO. Bog - jako pojecie jednak ograniczone i zasciankowe, chociaz ma to slowo duza moc. Jazn - lubie, ale ciezko przetlumaczyc na angielski. W polskim jezyku najbardziej odpowiada mi chyba JA.
-
Wszechswiat brzmi naukowo - no, ja juz wole zestaw slow zwiazany z nauka, a nie religia. Bo w swiadomosci wiekszosci ludzi nauka mowi prawde, dotyczy faktow, a religia zajmuje sie bajkami:)
-
Wlasciwie, "Swiadomosc" chyba najlepiej TO oddaje:)
-
Porządek musi być ?;)
-
Warto, zeby w intelekcie tez panowal porzadek:)
-
Olga,
wyluzuj ;)
-
J034
może i Olgę poprowadź w RD ;)
-
Olga to zacięta dziewczyna i sama sobie (od długiego czasu) świetnie radzi :) zresztą może nie wiesz, ale się lubimy, a ty jesteś złośliwa.
-
grunt, ze jestem szczera sama ze sobą :) jak zlosliwa to zlosliwa, jak chce prowadzić wszystkich w RD to jestem prowadzącym mistrzem, tylko uczniów brak ;)
-
Davvidia, prowadź wodzu :)
-
Cos Ty, ostatnio stałam w ustawieniu za takich miszczów duchowych i chciałam zdominować umysł, bo wtedy tylko mogłam być taka wielka ;)
-
niektórzy marzą o byciu zdominowanym, tylko wstydzą się przyznać :)
-
http://www.demotywatory.biz/wp-content/uploads/2012/02/demotywator-zajebistosc-1904.jpg
: )
-
Frisky, chcesz powiedzieć, że albo być Jezusem, albo nikim? ;)
-
W trakcie rozwoju duchowego, coraz więcej doświadczałem tego poczucia jedności z innymi ludźmi - że ja to inni, ci, których na codzień spotykam. I czułem często straszną niemoc i wydawało mi się że tą niemoc mam z powodu tego że oni są źli, tacy i owacy, ograniczeni, no i co ja moge poradzić, skoro ugrzązłem w poczuciu że ja to oni - jak oni nie chcą się zmienić to jestem w dupie.
Kiedy nawiązuję coraz lepszy kontakt ze swoim ciałem, coraz bardziej mi służy to poczucie jedności z innymi ludźmi, bo odnajduję w tym własną moc życiową, i coraz więcej nieuwarunkowanych możliwości.
-
Może komuś się przyda.
To mój sposób radzenia sobie w przypadku gdy nie wiem o co chodzi w relacji z kimś, gdy chcę się dowiedzieć co jest między mną a tą osobą. Jak np Kornel nie wie o co chodzi jego żonie.
Rysuję siebie oraz tę osobę np w jakiejś sytuacji albo tylko stojące naprzeciw siebie. następnie się przyglądam obrazkowi i staram się zobaczyć jakie mam odczucia, jakie myśli mi się pojawiają, chcę zobaczyć co ta osoba mi komunikuje, co od niej płynie do mnie, jak jest do mnie nastawiona, tak samo robię w stosunku do siebie. Wszystko to od razu zapisuję.
Potem zostawiam rysunek na wierzchu i zaglądam tam co jakiś czas, a wtedy nasuwają mi się kolejne spostrzeżenia.
Mam dzięki temu dużo uświadomień oraz wiem co jest między mną a tą osobą.
Wczoraj narysowałam mnie i moją siostrę, która jest gruba. I zobaczyłam że ona jest zła na mnie za to że ja jestem chudsza. I że ja ze strachu przed nią też przytyłam i teraz mam też nawagę, której nie daję rady się pozbyć.
-
Inga, bardzo ciekawy sposób, trochę mi się kojarzy z Hellingerem
-
Ja korzystałam z tego wiele razy i zawsze dowiedziałam się czegoś nowego.
-
https://www.youtube.com/watch?v=bhTBBw_Gyp0&feature=youtu.be (https://www.youtube.com/watch?v=bhTBBw_Gyp0&feature=youtu.be)
-
Yoga dla każdego.
W którejkolwiek wersji językowej on mówi - jest to zrozumiałe ;))
https://www.youtube.com/watch?v=d2gJoG4bkpk (https://www.youtube.com/watch?v=d2gJoG4bkpk)
-
Ponieważ pojawiają się na forum ludzie którzy coś tam widzą że mają od kogoś i opowiadają o tym na prawo i lewo w niewiadomym ; ) dla mnie celu więc opiszę jak do tego rodzaju obciążeń podchodzę:
robiłem setki jeśli nie tysiące ok może przesadzam haha, procesów uzdrawiania związków z wieloma ludźmi, istotami, duchami, wampirami energetycznymi , bytami, bóstwami i boginkami, istotami z innych wymiarów etc. , pomijając technikę i skuteczność to zwykle polegało to na wykrywaniu powiązań obciążeń, węzłow karmicznych , zaczepów, podłączeń czy blokad np. czakramów od nich pochodzących, więc wtedy gdy to namierzyłem zwykle cieszyłem się że udało mi się rozpoznać jakieś powiązanie np. z przeszłości i jakoś nie przychodziło mi do głowy żeby zwracać się wtedy do nikogo z tych ludzi z pretensjami/oskarżeniami, i nie wymagałem też od nich uznania tego... bo te pierwsze byłyby silną przeszkodą w tym uzdrowieniu a to drugie było dla mnie zbędne w procesie uwolnienia, poza tym ktoś taki nawet z "branży" nie musiał czaić bazy i to że popukałby się po głowie na takie diktum z mojej strony zwłaszcza podszyte pretensjami, byłoby w moim mniemaniu naturalną reakcją , no bo niby czemu miałoby to służyć? Uzdrowienie związków bez (wzajemnego) przebaczenia? Nie wiem jak miałoby to wyglądać, stąd moje zdziwienie
gdy spotykam się z takim zwyczajem ostatnio : D
-
Frisky, może coś przeoczyłam bo nie czytałam już potem dokładnie Twoich postów.
O ile dobrze pamiętam to niedawno wyśmiewałeś się z Ingi że uzdrawia coś tam na swoich czakramach a teraz piszesz że sam to robisz? I że osoba od której to jest nie musi nawet czaić bazy, a niedawno podawałeś jako argument anty że przecież Leszek nic o tym nie wie. Nie wiem czy to wszystko już tak daleko poszło, że o tym zapomniałeś czy ja coś źle rozumie?
A tak na marginesie to ty coś czujesz? Bo wszystkie twoje wypowiedzi (które czytałam) pochodzą z głowy mało jest tu czucia.
-
Kaja
jeżeli ktoś mi opowiada w motywie walki ze mną że coś mu zrobiłem i dalej cos tam robię o czym nie mam pojęcia, albo mam pojęcie ale widzę do czego tego używa no to wywołuje to moje rozbawienie,
więc tego dotyczył ten mój post poniżej że jak rozpoznaję w sobie obciążenia od innych to je z radością usuwam - rozpoznanie to klucz do uwolnienia - a nie biegam i nie opowiadam jak ten ktoś mnie skrzywdził i nie używam tego do walki z nim, też mógłbym opowiadać różne farmazony jak to odprowadzałem jakieś byty nasyłane mi nieświadomie przez zacietrzewionych rozmówców i ich o to obwiniać, np. ostatnio zabryzgała mi się cała ściana w kuchni haha i kto mi zapłaci za malowanie? :-) ... no ale po co miałbym to robić?
Jak z kimś polemizuję to używam radaru czyli robię to z głowy, więc to jest to co na wierzchu widać :-)
-
jeszcze do tego co pisałem o przebaczeniu (czyli m. in. uwalnianiu od pretensji jako mierniku poziomu uzdrowienia relacji , związku, zależności od kogoś ) , uzdrowiciel Leszek:
"Jeśli pojawią się jakiekolwiek żale i pretensje do kogoś (w tym i do siebie), warto je przebaczyć. I najlepiej z tym nie zwlekać. Taki akt poprawia samopoczucie i powoduje ulgę.
Za niechęcią wybaczenia zawsze kryje się postawa roszczeniowa: “Należy mi się...”, “Jak on mnie mógł skrzywdzić nie dając mi tego, co mi się należy lub dając co innego. To niewybaczalne”.
No tak, ale kto tu cierpi, jeśli ty czujesz żale i pretensje?
Na pewno ten, któremu nie chcesz wybaczyć? A może tylko ty?
Jeśli tylko ty, to akt wybaczenia będzie powodem do poprawy twego samopoczucia. Przebacz więc i pokaż, że dajesz sobie radę sama i nie musisz liczyć na łaskę innych. To przede wszystkim ty odetchniesz z ulgą, gdy przebaczysz."
http://www.ezosfera.pl/leszek/drukuj_artykul/83
-
Kolejne ustawienia Hellingera za mną. To niesamowite, jakie rzeczy potrafią wychodzić i jak bardzo intencje podświadome mogą się różnić od świadomych
-
o dzięki za link Frisky, przyda się dla mojej matki.
-
o, a tu kogucik zaprasza do wejścia na duchową ścieżkę:
http://taki-sam10.blog.onet.pl/files/2015/03/nie_win_za_nic_nikogo_2015-02-18_09-18-59.jpg
-
Ostatnio zaczyna do mnie docierać coś ciekawego, czego wcześniej nie widziałam, albo nie chciałam widzieć, że niektorzy ludzie, też się rozwijają tylko w inny sposób. Rozwijają to mam na myśli, że rozszerzają świadomość, zmieniają przekonania i intencje, wyciągają wnioski.
Obserwuje w tym temacie mojego brata, ktory z pochodzenia jest taką duszą jak ja, a jednocześnie prawie zupełnie inny, ma zupełnie inną strukturę pś. I muszę przyznać, że bywało bardzo toksycznie i ciężko między nami. Gardziliśmy sobą, wręcz nienawidziliśmy wzajemnie w tym życiu.
Byliśmy jakby 2ma skrajnościami w postrzeganiu świata, inny system wartości, wzorce, no i sposob myślenia. On gardził moim rozwojem i uczuciowością, spontanicznością, a ja jego inteligencją, bystrością, kalkulowaniem, wyrachowaniem i analitycznym umysłem.
Okazało się, że kiedyś gdy schodziliśmy na plany materialne powstala duża uraza i konflikt między nami i każde poszło w inną strone, a potem udowadniało drugiemu, że lepiej sobie radzi w życiu i wie więcej, potrafi lepiej. Że to jego jest lepsze;)
I tak było w tym życiu. Obecnie jest tak( nie obyło się bez uzdrowienia oczywiście, bo iskry leciały), że on zaczyna na logikę i przez analizę, doświadczenie dostrzegać sens tego co ja widzę, wiem, pyta mnie często o rady, co myślę o jakiejś sytuacji. A ja zaczynam widzieć, że on także się rozwija poprzez ten swój mocno rozwinięty mental. Zaczynam doceniać takie cechy jak int, bystry umysł itp. On dochodzi do podobnych wniosków, koryguje swoje zachowanie, cele, weryfikuje. Zmienia się. Zaczynamy się wzajemnie doceniać. Z osobą, którą uważałam za swojego wielkiego wroga, wiele razy mówiłam, że z kim jak z kim, ale z nim nigdy się nie dogadamy;)
Takie ciekawe spostrzeżenie. Ja innymi metodami do tego dochodziłam. Nie wiem czy lepiej, czy gorzej, ale efekt jest podobny. Z tego co widzę chodzi chyba o to, że on także ma cel się rozwijać, poprawiać jakość swojego życia. Gdzieś głębiej mamy podobne cele.
Jeszcze jedno przemyślenie: każdy się rozwija, wolniej, szybciej, bardziej efektywnie lub mniej, z większą lub mniejszą ilością pomyłek, czy różnym poziomem oporu w różnych tematach. Osoby które tego nie robią lecą równią pochyłą. Wpadają w destrukcję i niszczą same siebie. Tak się dzieje wtedy gdy rozwój zostanie zablokowany. To jak z jazdą na rowerze: trzeba cały czas jechać, w innym wypadku rower się przewraca:)
-
W jaki sposób rozwój może zostać zablokowany?
-
furyah
Gdy zaczynamy czuć bezsens życia, nie chcemy już żyć, działać. Nie widzimy wyjścia z sytuacji i poddajemy się.
Zaczynamy nienawidzić siebie. Czyli to co jest odwrotnością rozwoju. Zaczyna się destrukcja zamiast
konstruktywnego myślenia i działania.
A przyczyny mogą być różne: np traumy, błędne przekonania, zaślepienia, poczucie winy itd.
-
Albo gdy zycie nie daje nam mozliwosci rozwoju.
-
albo gdy nas mamusia stłamsiła za młodu, z czego do dziś nie możemy (nie chcemy) się otrząsnąć
-
moze i byc tak
kazdy ma jakies ograniczenia