Pozytywne Inspiracje
Forum => DDA i terapia wewnętrznego dziecka => Wątek zaczęty przez: Lilliole w 2016-02-10, 12:17:26
-
Jako dziecko nie miałam wsparcia ani w trudnych chwilach ani w swoich dążeniach. Miałam wsparcie tylko wtedy gdy realizowałam plany mojej matki.
W miarę rozwoju duchowego, osobistego zaczełam się coraz bardziej otwierać na wsparcie i powolutku to wsparcie zaczęło sie przejawiać w moim życiu.
A w ostatnich tygodniach, trudnych bardzo dla mnie miałam okazję przekonać się jak moja pś rozumie wsparcie, jak bardzo jest na nie "łasa".
Najpierw zgubił mi się kot, potem matka złamała rękę, mój ojciec miał zawał, okazało się, że z ręka matki są komplikacje, ojciec umarł, pracy miałam coraz bardziej dość ...... itp, itd To tak bardzo w skrócie , bo przy każdym z tych wydarzeń pojawiały się problemy.
Czułam sie zagubiona, ale też miałam wrażenie , że moja pś czerpała jakąś satysfakcję z tego, że ludzie mnie żałują, wspierają, wysłuchują. I moja pś zaczęła kreować jeszcze więcej trudności i problemów niz to było potrzebne. Wszystko po to by zyskać zainteresowanie, troskę i wsparcie. Ceną było to, że musiałam (chciałam) wielokrotnie opowiadać ludziom o trudnościach jakie się pojawiały, znaczne obniżenie nastroju i wibracji, dostrajanie sie do swojego cierpienia i cudzego przy okazji.
Możliwe że to było konieczne, żebym uświadomiła sobie, że moja pś bardzo sie boi szczęścia, pomyślności, bo się boi zostać sama. Bo uważa, że w niedoli to jej ludzie pomogą, potraktują ulgowo. A w szczęściu to zostanie sama.
Ale z drugiej strony widzę, że te kilka lat rozwoju przyniosło efekty, bo wczoraj poczułam, że moja pś ma juz dość. Tych niskich wibracji, tego cierpienia, tej ciężkości. Że to już nie moja bajka.
A dzisiaj uświadomiłam sobie, że nadal chcę i potrzebuję wsparcia. Ale zupełnie innego wsparcia. Chcę wsparcia w szczęściu, radości, chcę wsparcia w realizacji moich marzeń, pragnień, zamierzeń. Takiego wsparcia potrzebuję i na takie się otwieram.
-
Lilliole podobne sprawy ostatnio przerabiamy.
Bo ja wczoraj uzdrawiałem brak okazywania mi miłości przez rodziców. Sporo zeszło ze mnie emocji w tym temacie i dziś czuję się lepiej , tak jakoś lżej, radośniej. Będę ten temat jeszcze kontynuował widzę, że jest dla mnie ważny.
-
Lilliole
Twój ojciec umarł?
-
Lilliole
Twój ojciec umarł?
Tak. Wtedy, gdy zaczęłam sobie uświadamiać, co powinna córka dostać od ojca. I uświadomiłam sobie, że ja tego zupełnie nie dostałam. Mój ojciec to wielki nieobecny w moim dzieciństwie pomimo, że fizycznie był. I uświadomiłam sobie, że ja winię siebie za ten brak relacji. Zawsze o wszystko siebie winiłam w relacjach z rodzicami. Że nie ma relacji, że nie wspieram wystarczająco, że nie kocham wystarczająco.
Jak dowiedziałam się że umarł to pierwszą moją myślą było napisać na forum: "Proszę powiedzcie mi, że to nie moja wina!".
-
Lilliole podobne sprawy ostatnio przerabiamy.
Bo ja wczoraj uzdrawiałem brak okazywania mi miłości przez rodziców. Sporo zeszło ze mnie emocji w tym temacie i dziś czuję się lepiej , tak jakoś lżej, radośniej. Będę ten temat jeszcze kontynuował widzę, że jest dla mnie ważny.
W pierwszym momencie chciałam napisać, że moja matka to mi okazywała miłość, ale uświadomiłam sobie jednak, że nie. Mówienie do innych, że sie kocha dziecko, mówienie, że przez matkę, że dziecko jest całym jej światem nie jest żadnym okazywaniem miłości. Zwłaszcza, jeżeli nie przekłada sie to na czułość, uwagę i zaspokajanie potrzeb dziecka.
Takie mówienie jest tylko kreowaniem swojego wizerunku dobrej matki wobec otoczenia. Podtrzymywaniem jakiegoś oszustwa. Dziecko wtedy wierzy, że brak miłości i gadanie o miłości jest miłością. A nie jest.
-
Lilioe,
Miałem to samo w dzieciństwie z tatą - nieobecny, i z mamą - nadopiekunczosc ale bez uwagi i czułości.
Też niedawno przejrzałem na oczy, odnośnie mamy. Zawsze myślałem, ze to była miłość, a tak naprawdę najważniejsza dla niej była ciągła walka magiczna z moim ojcem i ciągła kontrola nad nim.
A ojciec, cóż, był tyranem w stosunku do mnie, do mojego brata i do mojej mamy.
-
Jestem ojcem dorosłych już dzieci. Wychowałem się w trudnych czasach PRL'u , moi rodzice zjęci byli walką o to byśmy mieli co jeść i w co się ubrać. Gdzie tam była mowa o miłości , po prostu jak w naturze ssaków - wychowywali potomstwo. A w szkole nie uczono czegoś takiego że rodzice maja okazywać dzieciom miłość. uczono przysposobienia obronnego.
I dobrze ale skoro nie miałem odpowiednich wzorców to skąd miałem wiedzieć że powinienem moim dzieciom okazywać miłość. Jak byli maluchami to i owszem , samo z siebie wychodziło.
Ale jak już starszaki to należało wymagać by w szkole miały dobre wyniki bo to dawało szanse na przyszłościowe kształcenie w lepszych kierunkach.
Tak , możemy to nazwać tyraństwem ,możemy.
Ale dzięki temu moje dzieci nigdy nie zeszły na tzw: złą drogę. Dostrzegły i zaakceptowały taką rację. I będą to powielać w stosunku do swoich dzieci. A gdzie miejsce na miłość ?
-
Jeśli by uznać, że miłość to dostrzeganie drugiej osoby, to ja nie wiem czy kiedykolwiek doświadczyłem miłości ze strony rodziców.
Takie mówienie jest tylko kreowaniem swojego wizerunku dobrej matki wobec otoczenia. Podtrzymywaniem jakiegoś oszustwa. Dziecko wtedy wierzy, że brak miłości i gadanie o miłości jest miłością. A nie jest.
Miałem/mam podobnie.
Miałem to samo w dzieciństwie z tatą - nieobecny, i z mamą - nadopiekunczosc ale bez uwagi i czułości.
U mnie podobnie.
Ojciec agresywny, zamknięty emocjonalnie, toksyczny - matka nadopiekuńcza, sprawiająca pozory bycia zadowoloną i miłą a chowająca w sobie duże pokłady złości.
U mnie miłość była pozorna. Miłe słowa, kupowanie zabawek, chwalenie za dobre oceny, jeżdżenie razem na wakacje... Jako dziecko wydawało mi się, że mam super rodziców... no właśnie wydawało się... pozory...
A później jak sobie zacząłem uświadamiać swoje negatywne emocje to przez długi czas miałem poczucie winy z powodu tych emocji... bo oni nijak nie pasowały do tego ogólnego wizerunku moich rodziców. Myślałem że jest coś ze mną nie tak z powodu tego, że czuję lęk, czy wściekłość... wstydziłem się tego wszystkiego co czułem, bo wydawało mi się to takie... nie na miejscu...
Prawda jest taka, że WSZYSTKO CO SIĘ ODCZUWA JEST W PORZĄDKU.
-
Kornel
To, co napisałeś, przywodzi mi na myśl dość popularny profilaktyczny wp***ol, żeby się dzieciakom w głowach nie pomieszało i żeby wyrosły na uczciwych obywateli.
Potem, dzięki tej metodzie, terapeuci mają zarobek.
Terapie grupowe pozwalają wyjść poza te schematy.
-
Też niedawno przejrzałem na oczy, odnośnie mamy. Zawsze myślałem, ze to była miłość, a tak naprawdę najważniejsza dla niej była ciągła walka magiczna z moim ojcem i ciągła kontrola nad nim.
U mnie było to samo :) Na zewnątrz pozory jakiegoś ładu, a pod spodem walka. I jeszcze nie wolno o tym mówić, bo zaraz atak energetyczny. Nie wolno podważać oszustwa, że jest tu jakaś miłość.
Musiałam być wdzięczna, bo przecież taka cudowna rodzina. Jeszcze mi inni zazdrościli :))
Mysle sobie, że chyba juz bym wolała otwartą agresję. Przynajmniej bym wiedziała na czym stoję.
NIe wiem jak u ciebie Mariomar, ale u mnie cięzko było przejrzec na oczy, bo miałam bardzo silny zakaz, że nie wolno. I niby już wiedziałam, że nie było tak różowo, ale i tak sama sobie długo nie wierzyłam, że mogło byc aż tak źle.
No i ta kontrola. Bardzo silna.
-
Lilliole, mała dziewczynko, to nie twoja wina. To nie jest NICZYJA wina. I życzę ci, zeby te wszystkie wydarzenia, choć może teraz jeszcze bolesne i trudne, okazały się dla ciebie korzystne. Przytulam :) i wspieram :)
-
U mnie miłość była pozorna. Miłe słowa, kupowanie zabawek, chwalenie za dobre oceny, jeżdżenie razem na wakacje... Jako dziecko wydawało mi się, że mam super rodziców... no właśnie wydawało się... pozory...
A później jak sobie zacząłem uświadamiać swoje negatywne emocje to przez długi czas miałem poczucie winy z powodu tych emocji... bo oni nijak nie pasowały do tego ogólnego wizerunku moich rodziców. Myślałem że jest coś ze mną nie tak z powodu tego, że czuję lęk, czy wściekłość... wstydziłem się tego wszystkiego co czułem, bo wydawało mi się to takie... nie na miejscu...
Skąd ja to znam...
-
Lilliole, mała dziewczynko, to nie twoja wina. To nie jest NICZYJA wina. I życzę ci, zeby te wszystkie wydarzenia, choć może teraz jeszcze bolesne i trudne, okazały się dla ciebie korzystne. Przytulam :) i wspieram :)
Dziękuję Jenka :-*
-
Lilioe,
Ja dzięki wezlom przejrzałem, kim naprawdę jest moja mama. I odkąd to zobaczyłem i nie pozwoliłem już mamie więcej mną manipulować, zaczęła... mnie atakować. Wyszła jej agresja, ze ona tyle wycierpiala przez dzieci i przez ojca,a ja tego nie doceniam. Dlatego odsunalem się od niej.
Obecnie mamy bardzo chłodną relację. Unikam rozmów z nią, bo każde moje zdanie odbiera jako krytykę i atakuje mnie.
Natomiast opiekuje się moim Synkiem, gdy jesteśmy w pracy i siłą rzeczy, mamy ze sobą kontakt.
-
Powiedzcie mi drodzy przyjaciele jak to jest w waszych rodzinach - mam na mysli jak to jest w relacjach kobiety i mężczyzny będących w związku i razem wychowujących dzieci.
Jak wiem i czytam z Waszych postów rodzice to przeważnie para wojujących ze sobą samca i samicy z których jedno usiłuje zdobyć dominację nad drugim.
Tak jest i u mnie. I w tym cały jest ambaras aby dwoje chciało na raz :)
Czy w ogóle jest możliwa zgodna korelacja w małżeństwach ? Wszak zawsze i wszędzie znajdzie się przyczyna by się ze sobą nie zgadzać- a to czegoś jest za mało a to czegoś jest za dużo. Ciemno - widno , zimno - ciepło ... te przeciwstawne stany sa potrzebne bysmy wiedzieli o jednym i o drugim i umieli je definiować.
Jednakże co sie podoba jednemu nie musi się podobać drugiemu i juz jest spięcie.
Takich spięć jest mnóstwo na co dzień. i co ? sama potulność jednej lub drugie strony o skłonnośc do ustępstw wystarczy?
Panie premierze jak żyć ? :) :) :) / gdy jedno jest leniwe a drugie pracowite/ gdy jedno we krwi ma skłonność do kłótni a drugie ma tego już tego dość .
To wszystko widza dzieci oczekujące miłości ... która była kiedyś lecz została spłaszczona , wypaczona.
Jakie wzorce przeniosą do swoich rodzin ? Takie same ?
Leszku co mogą terapeuci gdy nie ma woli skorzystać z ich rad ? Gdy trwała opaska zawiazana na oczach ?
-
Liliole
Zastanawiałam się co się z tobą dzieje że przestałas pisac.
A tu szok, taka wiadomość. Materializacja moich lęków.
Jak się czujesz? Jak sobie z tym radzisz? Jak z poczuciem winy?
Ja całe lata bałąm się że moja mama umrze gdy ja bedę się oczyszczać, i ona kilka razy była na granicy śmierci.
Rok temu nieświadomie mocno ją uzdrowiłam za pomocą kamertonów i mama teraz czuje ię dosyc dobrze a ja przestałam się bać że ją zabiję, tym że mnie będzie lepiej. Ponadto tak się samo potoczyło że zostały jej zrobione egzorcyzmy, więc dzięki temu czuje się jeszcze lepiej.
-
U mnie tak samo...
Lęk że moje oczyszczanie może zabić kogoś z rodziny...
Ostatnio staram się działać bardzo łagodnie, miałem też wrażenie, że parę razy już mogło być 'na granicy'. Ale staram się cały czas pilnować, żeby zbytnio nie przesadzać z oczyszczaniem... żeby nie fikać zbytnio.
U mnie zdarzyło się, że podczas mocnego 'oczyszczania', następnego dnia dziadek dostał wylewu... Przeżył...
Ale wcześniej zdarzył się przypadek, że mój wujek (chrzestny) dostał wylewu podczas gdy był robiony u mnie zabieg oczyszczający... niestety nie przeżył. I ja miałem poczucie jakbym go zabił, co oczywiście nie było prawdą.
Najprawdopodobniej to ma związek z dużymi uwikłaniami w rodzinie.
Teraz staram się działać tak, żeby jednocześnie uzdrawiać całą rodzinę podczas uzdrawiania siebie a nie tak jak wcześniej, próbować odcinać się od niej i dążyć do tego by tylko samemu się oczyszczać ignorując jednocześnie wszystkich wokół. I mając nawet do nich pretensje że 'mi przeszkadzają w moim oczyszczaniu'.
-
tod
Trochę to dziwne co piszesz. Oczyszczałeś włąsnie wtedy relacje z dziadkiem i wujkiem? Tak silnie karmisz ich energią że po odcięciu tej energi aż jeden z nich umarł? Skąd wiesz że to z tego powodu były te wypadki?
-
Obawiam się czy niepotrzebnie nie torpedujesz pracy nad sobą z obawy o innych.
Tutaj niebezpieczeństwo tworzyć może, odcinanie komuś energi którą się mu daje, takie szybkie odcięcie może byc dla takiej osoby niebezpieczne.
-
Fakt, może to i trochę dziwne. Nie mam pojęcia czy to z tego powodu...
Po prostu coś takiego zauważyłem i dorobiłem sobie swoją własną teorię do tego...
Po prostu takie zbiegi okoliczności się wydarzyły.
To nie było raczej tak, że to się wydarzyło z powodu mojego oczyszczania, to pewnie mnóstwo różnych czynników się na siebie nałożyło, zupełnie niezależnych ode mnie.
Po prostu tak się stało, nie mam pojęcia dlaczego, nie wszystko w życiu trzeba rozumieć, czy też umieć wytłumaczyć sobie rozumem.
Ja bardziej zwracam uwagę na to, jakie emocje wywołały we mnie te sytuacje....
-
Obawiam się czy niepotrzebnie nie torpedujesz pracy nad sobą z obawy o innych.
Bardzo możliwe.
Właściwie to każdy jest odpowiedzialny za siebie.
A na to co nas spotyka, te sytuacje pozytywne czy negatywne, często pracuje się całe życie.
-
Liliole
Zastanawiałam się co się z tobą dzieje że przestałas pisac.
A tu szok, taka wiadomość. Materializacja moich lęków.
Jak się czujesz? Jak sobie z tym radzisz? Jak z poczuciem winy?
Ja całe lata bałąm się że moja mama umrze gdy ja bedę się oczyszczać, i ona kilka razy była na granicy śmierci.
Rok temu nieświadomie mocno ją uzdrowiłam za pomocą kamertonów i mama teraz czuje ię dosyc dobrze a ja przestałam się bać że ją zabiję, tym że mnie będzie lepiej. Ponadto tak się samo potoczyło że zostały jej zrobione egzorcyzmy, więc dzięki temu czuje się jeszcze lepiej.
Nawet nie wiem od czego zacząć, bo jeszcze nie do końca ogarnęłam o co chodzi. Faktem jest, że zawsze jak zaczynałam oczyszczać relację z ojcem to go cos bolało. Teraz tez tak było. Teraz oczyszczałam ogóle moje relacje z rodzicami. Zaczęłam sobie uświadamiać co sie tak naprawdę tam działo. Co było pod spodem. No i moja mama złamała rękę. I od czasu tego złamania od ojciec po tygodniu zaczął sie źle czuć. Po tygodniu trafił do szpitala ze stanem przedzawałowym. Trzymali go kilka dni. Zrobili zabiegi i wypuścili. A po jakichś 3 dniach umarł w domu. W międzyczasie okazało się, że mojej mamie źle zdiagnozowali złamanie jako proste, a było z przemieszczeniem. No i dla mnie zaczłęła sie jazda. A to z mamą do szpitala, a to załatwiać sprawy z pogrzebem. Dwa razy naciągali jej rękę na żywca (z miejscowym znieczuleniem). Z drugim razem to krzyczala z bólu. Jak na torturach. Nie wiadomo czy ręka będzie do końca sprawna. W każdym razie tyle bólu co teraz przeżyła to nie wiem czy kiedykolwiek w tym zyciu przeżyła. Bo wiele nocy tez nie przespała, bo ja ręk atak bolała.
Tu chyba najbardziej czułam sie winna, bo sie bałam, że to przeze mnie. Ze jakbym nie ruszała tego systemu rodzinnego to może ona nie poczuła by sie winna. Bałam się, że ona się za coś karze i że ja mam na to wpływ.
Ale chyba wreszcie dotarło do mnie, ze ja nie jestem odpowiedzialna za swoich rodziców. Że ja też ta swoja odpowiedzialnością za nich podtrzymywałam ten system. W tym systemie ja nie mogłam odejść, nie mogłam miec nic własnego.
Czułam sie odpowiedzialna za rozwój mojej matki. Miałam chyba jakąś misję, żeby otworzyć im serca. Ale sie nie udało. To ja swoje w pewnym momencie zamknęłam.
Teraz powierzam ich Bogu. Życzę im jak najlepiej, ale dbam o siebie. Oni niech robią co chcą. Nie może być tak, żeby moje zycie i moja wolność były mniej warte niz ich. Mamie pomagam tyle ile mogę, ale też myślę o sobie. Ojcu życzę wszytskiego najlepszego w następym wcieleniu ( w tym był juz chory i od jakiegos czasu tracił ochote na życie, nie rozwijał się).
Poza tym odpuszczam. Tym bardziej, że nie wiem do końca co jest grane. U mnie w domu nic nigdy nie było tym czym sie wydawało.
W sumie to chyba czuję sie lepiej. Jeden z moich strażników ne żyje, a drugi jest zajęty swoim bólem. Dzisiaj czuję jakby zeszły ze mnie jakies pęta.
Wogóle czuję dużą energetyczną zmianę, która jeszcze do końca do mnie nie dotarła, bo długo byłam w niskich wibracjach śmierci. Bardzo możliwe, że dużo sie ruszyło, bo zaczęłam sie oczyszczać wahadłem.
Dzisiaj napisałam znajomej jasnowidzce, że nie wiem czy u mnie to sie wszystko "pieprzy" czy uzdrawia, a ona mi odpisała, że uzdrawia. Tak bym chciała :)
-
Lilliole
Niesamowita historia. Takie dramatyczne uwalnianie się od ograniczeń i dążenie do wolności. Wylatywanie z klatki?
-
Wiem co zrobiłaś. Odesłałaś ich winę do nich a oni ją przyjęli.
-
Lilioe
Niesamowite. Trzymam za Ciebie kciuki, bo strażników bardzo boli, gdy ktoś się od nich uwalnia.
Śmierć też może być po to, ze "jeśli się ode mnie uwalnianiasz , to moja śmiercią zbuduje w Tobie mega poczucie winy".
U mnie też strażnicy widzą, ze nie poradzą sobie ze mną siłą, to budują poczucie winy.
Wspieram :)
-
Dziękuję Lilliole.
Wydaje mi się, że jestem w bardzo podobnej sytuacji, z tym, że ja cały czas zbieram się na odwagę by ruszyć ten system rodzinny. Boję się tego co może się dziać. Cały czas próbuję się przygotować do tego, by zadziało się to jak najłagodniej, by jak najmniej osób na tym ucierpiało... Ale chyba po prostu będzie tak, że każdy zetknie się po prostu z tym co ma w sobie... Z tą prawdą o sobie.
Tu chyba najbardziej czułam sie winna, bo sie bałam, że to przeze mnie. Ze jakbym nie ruszała tego systemu rodzinnego to może ona nie poczuła by sie winna.
Ale chyba wreszcie dotarło do mnie, ze ja nie jestem odpowiedzialna za swoich rodziców. Że ja też ta swoja odpowiedzialnością za nich podtrzymywałam ten system. W tym systemie ja nie mogłam odejść, nie mogłam miec nic własnego.
Czułam sie odpowiedzialna za rozwój mojej matki. Miałam chyba jakąś misję, żeby otworzyć im serca. Ale sie nie udało. To ja swoje w pewnym momencie zamknęłam.
Teraz powierzam ich Bogu. Życzę im jak najlepiej, ale dbam o siebie. Oni niech robią co chcą. Nie może być tak, żeby moje zycie i moja wolność były mniej warte niz ich. Mamie pomagam tyle ile mogę, ale też myślę o sobie.
U mnie jest niemal identycznie. Dziękuję, że to opisałaś, to mi daje nadzieję na to, że ja kiedyś też znajdę w sobie odwagę, tak jak Ty, by się z tym zmierzyć.
Chciałem otworzyć serca ludziom, którzy być może sami tego nie chcieli, lub nie byli na to gotowi. Porwałem się na jakąś misję która raczej nie miała możliwości, by być zrealizowaną. Chciałem otwierać serca innym ludziom, ale zapomniałem w tym wszystkim, że ja tak naprawdę nie wiem co jest na dany moment najlepsze dla innych. Wie to Bóg. Wydaje mi się, że powierzenie Bogu opieki nad innymi jest najlepszym rozwiązaniem, choć wymaga ono dużego zaufania do Boga.
Dzisiaj czuję jakby zeszły ze mnie jakies pęta.
Cieszy mnie to, że udaje Ci się przebrnąć przez te trudne doświadczenia, dzięki którym odkrywasz swoją wolność i otwierasz się na to co faktycznie, a nie tylko pozornie, jest dla Ciebie dobre.
Wydaje mi się, że to odpuszczanie jest bardzo ważne.
Wszystkiego dobrego w dalszym uzdrawianiu!
A co do tego że coś może się pieprzy, to czasami jest tak, że coś starego i niefunkcjonalnego musi się 'rozpieprzyć' by na tym miejscu mogło powstać coś nowego i lepszego.
Jeszcze co do odpuszczania to jest taka fajna książka Davida Hawkinsa 'Technika uwalniania' która jest właśnie o tym odpuszczaniu. Ja zauważyłem, że na mnie samo czytanie tej książki oddziałuje w ten sposób, że ukierunkowuje mnie na odpuszczanie. Jak się odpuści wszystkie emocje związane z jakimś problemem, to problem jednocześnie znika.
-
I mamy tutaj dowód na to o czym pisałam w innym wątku, że nalezy uzdrawiać relacje zamiast je odcinać. Widac tu na jak głeboki poziom działa takie uzdrawianie. Jakie zmiany zachodzą w przestrzeni, jak silnie zmieniaja się energie.
-
to możliwe tod, ja kiedyś coś tam bardzo intensywnie opukiwalem tematy z ojcem , z ktorym mialem silna karme seksualną, a on w tym czasie mial problemy zwiazane z oddawaniem moczu, czul duzy bol w tym rejonie itp
sadze jednak ze to nie ja to wywolalem, tylko tak jak to w zyciu bywa czasem na jakis temat juz nie ma miejsca, domaga sie transformacji, chociaz by częściowej - u niego tak, się objawiał, u mnie świadomym uzdrawianiem , to chyba ma wiecej sensu niz zabijanie kogos swoim uzdrawianiem ;) aczkolwiek i ja mialem i po czesci mam takie lęki ! pytanie tylko czy to nie ta osoba chce umrzec i to ma tu więcej do rzeczy, niz moja intencja uzdrawiania akurat tego tematu w tym momencie- to jest jak by wtorne
poza tym , śmierć to nie tragedia , czasem to poczatek czegoś lepszego :)
-
Wiem co zrobiłaś. Odesłałaś ich winę do nich a oni ją przyjęli.
Bardzo możliwe.
Niesamowite. Trzymam za Ciebie kciuki, bo strażników bardzo boli, gdy ktoś się od nich uwalnia.
Śmierć też może być po to, ze "jeśli się ode mnie uwalnianiasz , to moja śmiercią zbuduje w Tobie mega poczucie winy".
U mnie też strażnicy widzą, ze nie poradzą sobie ze mną siłą, to budują poczucie winy.
Wspieram :)
Dzięki Mariomar :)
Jak to sie wszystko działo to najbardziej bałam się, że to jakas pułapka. Że to juz koniec i że sie z tego juz nigdy nie wygrzebię. Takie miałam myśli.
Możliwe, że to było obliczone na wzbudzenie poczucia winy. Ale nawet jeżeli częsciowo to sie udało to i tak jest to nic w porównaniu do tego jakie miałam poczucie winy jako dziecko i przed rozwojem.
NIe wiem co będzie dalej, ale czuję sie zwolniona z bycia strażnikiem ich małżeńśtwa. Jak byłam mała to moje mama wykrzyczała, że to tylko dla mnie podtrzymuje tą rodzinę, i gdyby nie ja toby się rozwiodla. Nie wiem czy to była prawda, bo jak ja prosiłam, żeby sie rozwiodła to zmieniała temat. Teraz czuję, że moja matka jest wolna i ja nie muszę sie już czuć winna i wynagradzać jej tego poświęcenia.
Ale troche boje sie, że te komplikacje z ręką to właśnie po to bym sie czuła winna. Chociaż trudno jest mi sobie wyobrazić, żeby znosic takie tortury celowo.
-
pytanie tylko czy to nie ta osoba chce umrzec i to ma tu więcej do rzeczy, niz moja intencja uzdrawiania akurat tego tematu w tym momencie- to jest jak by wtorne
Wydaje mi się, że to jest kluczowe, ta intencja.
Jak ktoś czegoś chce czy to świadomie czy podświadomie, to prędzej czy później znajdzie się jakaś osoba, która pomoże w realizacji tego pragnienia.
Niezależnie czy ktoś chce dostać kopa, czy zostać pogłaskanym po głowie, zawsze znajdą się chętni do tego by to zrobić.
-
Heh to niżej to pisałem trochę pod wpływem gniewu, może trochę jest w tym prawdy, ale ja bym zbytnio w to nie wierzył. To jest takie naciągane trochę...
-
Dziękuję Lilliole.
Wydaje mi się, że jestem w bardzo podobnej sytuacji, z tym, że ja cały czas zbieram się na odwagę by ruszyć ten system rodzinny. Boję się tego co może się dziać. Cały czas próbuję się przygotować do tego, by zadziało się to jak najłagodniej, by jak najmniej osób na tym ucierpiało... Ale chyba po prostu będzie tak, że każdy zetknie się po prostu z tym co ma w sobie... Z tą prawdą o sobie.
U mnie jest niemal identycznie. Dziękuję, że to opisałaś, to mi daje nadzieję na to, że ja kiedyś też znajdę w sobie odwagę, tak jak Ty, by się z tym zmierzyć.
tod,
fajnie to napisaleś, że każdy zetknie się z tym co ma w sobie....
ja też zawsze miałam dużo lęków, że komus zaszkodzę jak coś ruszę, ale podtrzymywanie niezdrowych układów też jest w sumie szkodzeniem,
Chciałem otworzyć serca ludziom, którzy być może sami tego nie chcieli, lub nie byli na to gotowi. Porwałem się na jakąś misję która raczej nie miała możliwości, by być zrealizowaną. Chciałem otwierać serca innym ludziom, ale zapomniałem w tym wszystkim, że ja tak naprawdę nie wiem co jest na dany moment najlepsze dla innych. Wie to Bóg. Wydaje mi się, że powierzenie Bogu opieki nad innymi jest najlepszym rozwiązaniem, choć wymaga ono dużego zaufania do Boga.
bardzo możliwe, że potkaliśmy się w jakimś wcieleniu i daliśmy sobie wmówić, że mamy możliwości otwierania serc ludziom,
tak to przynajmniej czuję
A co do tego że coś może się pieprzy, to czasami jest tak, że coś starego i niefunkcjonalnego musi się 'rozpieprzyć' by na tym miejscu mogło powstać coś nowego i lepszego.
Jeszcze co do odpuszczania to jest taka fajna książka Davida Hawkinsa 'Technika uwalniania' która jest właśnie o tym odpuszczaniu. Ja zauważyłem, że na mnie samo czytanie tej książki oddziałuje w ten sposób, że ukierunkowuje mnie na odpuszczanie. Jak się odpuści wszystkie emocje związane z jakimś problemem, to problem jednocześnie znika.
też dużo pracuje nad odpuszczaniem i ostatnio zauważyłam, że jak się zdenerwuję to otwieram buzię i odycham głęboko, a zawsze było tak, że zaciskałam szczękę,
mam nadzieję, że to zwiastun, że coś się zmienia w ciele
-
I mamy tutaj dowód na to o czym pisałam w innym wątku, że nalezy uzdrawiać relacje zamiast je odcinać. Widac tu na jak głeboki poziom działa takie uzdrawianie. Jakie zmiany zachodzą w przestrzeni, jak silnie zmieniaja się energie.
Ja zawsze chciałam to uciąć, ale nie mogłam. Jakbym mogła tobym to ucięła. Ale bardzo możliwe, że beze mnie ten układ nie mógł funkcjonować.
Co do śmierci mojego ojca to może jego dusza uznała, że będzie lepiej i dla niego i dla mnie jak on umrze. I dla wszystkim zainteresowanych.
Zaczęłam uzdrawiać energię męską w sobie. I chciałam, żeby te energie działały tak, abym mogła realizować moje cele, to co chcę. A dewizą mojego ojca było: "Pokorne ciele dwie matki ssie". Ile agresji trzeba stłumić w sobie, aby tak żyć...
Możliwe, że udało mi się ruszyć ten układ własne dzięki wzmocnieniu męskiej energii w sobie, którą wcześniej odrzucałam.
Przy okazji wspominek miałam okazję oglądać zdjęcia mojego ojca jak był malutki. Patrzyłam na to małe dziecko i widziałam, ze jest przerażone. Ale chyba nikt inny tego nie dostrzegał.
-
Ucięcie wiązałoby się z zablokowaniem pewnych obszarów w mózgu, co wiązałoby się pozostawieniem pewnych obszarów psychicznych oraz pewnych pól energi w formie bez zmian. To by oznaczało także brak istotnych zmian u rodziców którzy sami z siebie nigdy by sie nie zdecydowali na doświadzenie takiego bólu jaki mają obecnie. Jestem przekonana że dusze rodziców są ci wdzięczne za to co zrobiłąs, za to że się odważyłaś postawić wszystkich was na swoim miejscu, za to że ich od siebie odcięłaś, tak że już nie mogą na tobie żerowac tylko muszą zacząć byc odpowiedzialni za siebie i wejść w rozwój.
A tobie gratuluję odważenia się na tak radykalny krok, bo z pewnością twoja dusza (wnętrze) wiedziała jakie będą skutki tego co robisz. Poruszyłaś głeboko energie które powróciły na swoje miejsce.
-
Ja zawsze chciałam to uciąć, ale nie mogłam. Jakbym mogła tobym to ucięła. Ale bardzo możliwe, że beze mnie ten układ nie mógł funkcjonować.
Co do śmierci mojego ojca to może jego dusza uznała, że będzie lepiej i dla niego i dla mnie jak on umrze. I dla wszystkim zainteresowanych.
Zaczęłam uzdrawiać energię męską w sobie. I chciałam, żeby te energie działały tak, abym mogła realizować moje cele, to co chcę. A dewizą mojego ojca było: "Pokorne ciele dwie matki ssie". Ile agresji trzeba stłumić w sobie, aby tak żyć...
Możliwe, że udało mi się ruszyć ten układ własne dzięki wzmocnieniu męskiej energii w sobie, którą wcześniej odrzucałam.
Przy okazji wspominek miałam okazję oglądać zdjęcia mojego ojca jak był malutki. Patrzyłam na to małe dziecko i widziałam, ze jest przerażone. Ale chyba nikt inny tego nie dostrzegał.
Wydaje mi się, że rozumiem co czujesz.
W tym wszystkim co robisz troszczysz się o siebie. To jest dobre.
Dostrzegając przerażenie w dziecięcych oczach swego ojca, zaczynasz widzieć coś czego nikt wcześniej w rodzinie nie widział. Tak się zmienia historię rodziny. Musi znaleźć się ktoś, kto zacznie dostrzegać prawdę taką jaka ona jest.
Odkrywanie prawdy zazwyczaj jest bolesne.
Wymaga również dużej odwagi.
Masz w sobie dużo wewnętrznej siły.
-
bardzo możliwe, że potkaliśmy się w jakimś wcieleniu i daliśmy sobie wmówić, że mamy możliwości otwierania serc ludziom,
tak to przynajmniej czuję
Tak, bardzo możliwe.
-
Mój ojciec, który był katem, w dzieciństwie też był przestraszonym chłopcem, którego chłopaki bili.
Bo pod każdą agresją jest strach. Stara prawda, znana od lat.
Gdy po latach niewidzenia ojca, spotkałem się z nim w sądzie na rozprawie z mamą, to zamiast chojraka, był blady ze strachu jak ściana. Wtedy pierwszy raz w życiu widziałem człowieka białego na twarzy ze strachu. Zero krwi na twarzy - jak trup.
-
Ucięcie wiązałoby się z zablokowaniem pewnych obszarów w mózgu, co wiązałoby się pozostawieniem pewnych obszarów psychicznych oraz pewnych pól energi w formie bez zmian. To by oznaczało także brak istotnych zmian u rodziców którzy sami z siebie nigdy by sie nie zdecydowali na doświadzenie takiego bólu jaki mają obecnie. Jestem przekonana że dusze rodziców są ci wdzięczne za to co zrobiłąs, za to że się odważyłaś postawić wszystkich was na swoim miejscu, za to że ich od siebie odcięłaś, tak że już nie mogą na tobie żerowac tylko muszą zacząć byc odpowiedzialni za siebie i wejść w rozwój.
A tobie gratuluję odważenia się na tak radykalny krok, bo z pewnością twoja dusza (wnętrze) wiedziała jakie będą skutki tego co robisz. Poruszyłaś głeboko energie które powróciły na swoje miejsce.
Inga,
dziękuję.
Jak dobrze, że jest to forum...
-
Lilliole
Zyczę dalszego tak owocnego uzdrawiania:)
-
Byłam dzisiaj z moją mamą w szpitalu i udało nam sie zmienić lekarza prowadzącego. Jestem prawie pewna, że ten co jej tak naciągał rękę ma z nią jakieś karmiczne powiązania. Bo jeszcze pierwsze naciąganie to jakoś dałoby sie wytłumaczyć dobra wolą.
Ale drugie było zupełnie niepotrzebne i tak potwornie bolesne, że moja mama do tej pory ma przerażenie w oczach jak o tym mówi. Teraz usiłował ją namówić na operację. Chciał wymusić zgodę prawie natychmiast. Bez żadnych oględzin ręki (jest w gipsie) i bez ponownego prześwietlenia.
Normalnie widziałam jak ja kołował energetycznie. W pewnym momencie to miała juz taka nieprzytomność w oczach i tylko bezwiednie kiwała głową na tak. Musiałam prostować, że ona kiwa głową, ze rozumie a nie dlatego, że się zgadza. Jeżeli to jakiś wróg karmiczny to jeszcze by to nieświadomie spieprzył.
Całe szczęście, że kierownik jednostki okazał się w porządku. I miał inne zdanie co do leczenia. Na razie ręka zostanie w gipsie i zobaczyny jaka będzie sprawnośc po cąlkowitym zrośnięciu. Potem będzie decyzja czy operować czy nie.
Chcemy pojechac do Serwinki koło Lubartowa. A jakby wstawili jakies druty czy blaszkę to i ona by już nic nie poradziła.
-
A do tej pory pewnie ty ją chroniłaś przed takimi kontaktami z wrogami karmicznymi.
-
A do tej pory pewnie ty ją chroniłaś przed takimi kontaktami z wrogami karmicznymi.
Rzeczywiście. Wiele rzeczy brałam na siebie. Ja byłam takim buforem.
Ale zastanawiam jak jest teraz. Na ile to się zmieniło. Bo ręke ma złamaną na początku stycznia. I jak było tak, że ja tylko podwoziłam ją do lekarza, a ona zostawała sama, lub też na początku z ojcem to wszystko sie pieprzyło. Byl błąd za błędem.
W szpitalu jeden lekarz źle zakwalifikował złamanie, drugi w przychodni nie sprawdził, nie zlecił wykonania ponownego rentgena chociaz powinien, potem zdjął gips i kazał kupić usztywiacz chociaż nie wolno tak przy złamaniu z przemieszczenim,
Juz nie mówię o ojcu, który zamiast pomóc żonie trafił do szpitala, a gdy z niego wrócił to umarł, a ona chcąc ratowac go jeszcze mogła sobie ręke doprawić. Bo nie miała gipsu tylko usztywniacz. A próbowała go podnieść jak upadł z łóżka
Kolejny lekarz w szpitalu naciągał rękę chociaz sensu w tym nie było. Tylko ból. I opóżnienie leczenia.
A odkąd ja chodzę z nią po lekarzach to sprawy sie prostują. No i odganiam wrogów. Jak dzisiaj.
-
Ciekawe. Jak jakiś anioł stróż promieniujący pozytywnie.
Twoja obecność może też dawać jej pewnośc siebie.
-
Ciekawe. Jak jakiś anioł stróż promieniujący pozytywnie.
Twoja obecność może też dawać jej pewnośc siebie.
Na ten moment chyba jakieś zmniejszenie lęków i zagubienia.
-
Lilliole
to co napisałaś o tych szpitalach o mamie i tacie zasmuciło mnie to sobie wyobrażam jak wiele to od ciebie wysiłku kosztuje.
Wspieram ciebie dobrą myślą:).
-
Lilliole
to co napisałaś o tych szpitalach o mamie i tacie zasmuciło mnie to sobie wyobrażam jak wiele to od ciebie wysiłku kosztuje.
Wspieram ciebie dobrą myślą:).
Dziekuję Michał :)
Rzeczywiście ostatnie wydarzenia były dość trudne dla mnie. I psychicznie i fizycznie, bo nie mam ani rodzeństwa ani męża. Za to mam dziecko, psa, do niedawna kota i przeboje z rodzicami. Chociaż muszę przyznać, że dalsza rodzina trochę pomogła.
Ale czasem tak jest, że trudne wydarzenia wymuszają pewne zmiany. Więc w przyspieszonym tempie uczę się asertywności, stawiania granic, uczę, że nie tylko dawać, ale i brać. No i szukania pomocy i wsparcia. Bo zawsze wydawało mi się, że muszę być silna i sama sobie ze wszystkim dać radę, trzymać fason i udawać, że jest wszystko ok. Tylko po co i dla kogo.
-
Najważniejsze,że masz psa:) On cie kocha bezwarunkowo i zawsze będzie wspierał.
Pamiętam jak mój śp pies zawsze mnie witał jak wracałem do domu niezależnie czy były to 3 godziny czy tydzień z takim samym wielkim entuzjazmem. Zawsze mi to energii dodawało.
-
Nie wstydźmy się prosić o pomoc i wsparcie.
-
Najważniejsze,że masz psa:) On cie kocha bezwarunkowo i zawsze będzie wspierał.
Wiem. Piesek jest cudowny. Kocha bezwarunkowo nie tylko mnie.
Ale w sumie to ja mam takie ogólne poczucie, że jestem kochana. niezależnie od wszystkiego. Pewnie to efekt pracy z wewnętrznym dzieckiem.
Ciężko mi było głównie dlatego, że brakowało mi czasu i siły żeby ogarnąć wszystko. Bo jak jest rodzeństwo to się może dzielić opieką nad rodzicami. A jak jest małżeństwo to sie może dzielić opieką nad dzieckiem. Nie mówię, że zawsze tak jest. Bo to różnie bywa.
Ale u mnie już się uspokoiło. Pewne rzeczy odpuściłam. Niektóre scedowałam trochę na córkę np część spacerów z psem, zmywanie naczyń itp.
Więc ogólnie jest na plus. Czuję, ze odpuściłam sporo odpowiedzialności za innych. Jeszcze nie wiem czy wszystko, ale całkiem sporo :)
-
Miałem dzisiaj bardzo fajne doświadczenie duchowe. Nie chce mi się wchodzić za bardzo w szczegóły, ale generalnie zajmowałem się oczyszczaniem relacji z rodzicami i uwalnianiem od wyobrażeń na ich temat (żeby nie postrzegać ich wiecznie przez pryzmat przeszłości, kiedy oni mogą być już kompletnie innymi ludźmi). Intuicyjnie zrobiłem sobie wizualizacje jak rodzice mnie wspierają, kochają, akceptują, itd. skupiając się głównie na uczuciach i było mi z tym bardzo miło.
Pojawił się jednak jakiś zgrzyt - czy ja przypadkiem się nie zakłamuje tylko po to, aby lepiej się poczuć więc pomedytowałem nad tym i przyszła mi nieoczekiwana dla mnie odpowiedź. Że rodzice zawsze mnie kochali, wspierali, akceptowali. Tylko że to się działo na poziomie naszych WJ, a że wszyscy byliśmy mocno oderwani od naszych WJ to cóż... Momentalnie moja świadomość przeniosła się do serca, a ja poczułem jak w skali wszechświata wszystkie WJ są ze sobą połączone i jak się kochają czy wspierają. Poczułem jak przychodzi do mnie wsparcie od istot nawet z innych planet, które aktualnie modliły się za wszystkie nieoświecone istoty, które potrzebują wsparcia. To było naprawdę piękne i wspaniałe uczucie, że na poziomie WJ miłość i wsparcie są tak potężne i niczym nieograniczone. I tak całkowicie zapomniałem o poczuciu osamotnienia i braku wsparcia w swoich planach zawodowych - teraz już czuję, że tego wsparcia zawsze mogę mieć pod dostatkiem, wystarczy tylko czerpać z tego nieskończonego źródła :)
No i przy okazji miałem okazji poczuć tak silnie jak jeszcze nigdy jak wspaniałe jest postrzeganie innych ludzi przez serce, w oderwaniu od tych wszystkich iluzji ego :)
-
Clint,
mocno się ruszyło :)) I o to właśnie chodzi :))
-
Kinia
To w dużej mierze zasługa tego że wiedziałaś za które sznurki pociągnąć u mnie żeby mnie do tego sprowokować :)
Tak się cieszę że jesteś :)